Выбрать главу

– Anatolu! – Leonie pociągnęła brata za rękaw. – Zróbmy sobie zdjęcie! Proszę cię! Na pamiątkę! Na prezent dla mamy!

Sama się zdziwiła, gdy do oczu napłynęły jej łzy. Po raz pierwszy od dnia, kiedy brat wysłał list, zatęskniła za matką.

Może ze względu na te emocje Anatol skapitulował. Usiadł na rozchwierutanym metalowym krześle, niepewnie ustawionym na bruku, położył laskę i cylinder na kolanach. Izolda, jak zwykle nieskazitelnie elegancka, lekko wsparła dłoń na jego ramieniu. Długie, smukłe palce, obciągnięte jedwabiem. Leonie, rozkosznie śliczna w samodziałowym żakiecie, ozdobionym mosiężnymi guzikami i oblamowanym atłasem, stanęła po prawej stronie brata – i uśmiechnęła się prosto do obiektywu.

– Zapamiętamy ten dzień na zawsze – orzekła, gdy już było po wszystkim.

Przed powrotem do Domaine de la Cade Anatol jak zwykle zajrzał na poste restante, a Leonie w tym czasie, chcąc się upewnić, czy Audric Bail-lard rzeczywiście wyjechał z miasteczka, wybrała się do jego skromnego domku. W kieszeni miała kartkę z nutami, znalezioną w grobowcu. Postanowiła mu ją pokazać. Zamierzała także opowiedzieć, że maluje wizerunki, które widziała w kapliczce.

I wypytam go o plotki dotyczące Domaine de la Cade, postanowiła.

Stukała w drzwi pomalowane na niebiesko uparcie, długo, jakby mogła ściągnąć pana Baillarda siłą woli. Wszystkie okiennice były zamknięte, skrzynki na kwiaty, otulone wojłokiem, czekały na pierwsze mrozy. Najwyraźniej dłuższy czas miało tu nie być nikogo.

Zapukała po raz ostatni.

Myślała o ostrzeżeniu pana Baillarda. O jego radzie, by nie szukała kart, by nie wracała do kaplicy. Spędziła w towarzystwie tego człowieka tylko jeden wieczór, a obdarzyła go całkowitym zaufaniem. Bardzo chciała Baillardowi powiedzieć, że choć od proszonej kolacji minęło już dużo czasu, nadal jest mu posłuszna.

Prawie całkowicie.

Nie wróciła do zapuszczonego lasu. Nie zrobiła nic, żeby się dowiedzieć czegoś więcej o dawnych dziwnych wydarzeniach. Co prawda, jeszcze nie odłożyła na miejsce książki wuja, ale do niej wcale nie zaglądała. Nawet jej nie otworzyła.

Choć było jej przykro, że nie zastała pana Baillarda w domu, umocniło się w niej postanowienie, by postępować w zgodzie z jego słowami. Przemknęło jej przez myśl, że inne zachowanie mogłoby się okazać niebezpieczne.

Odwróciła się od niebieskich drzwi i ujęła Izoldę pod ramię.

***

Jakieś pół godziny po powrocie do Domaine de la Cade, gdy wszystkie sprawy niecierpiące zwłoki zostały załatwione, Leonie włożyła nuty znalezione w grobowcu do schowka w stołku przy fortepianie. Pod zjedzoną przez mole kopię „Das Wohltemperierte Klavier". Wydało jej się znaczące, że choć tak długo nosiła kartkę przy sobie, ani razu nie spróbowała zagrać utworu.

Wieczorem, gdy zdmuchnęła świecę w sypialni, po raz pierwszy pożałowała, że do tej pory nie odniosła „Les Tarots" na miejsce. Czuła natarczywą obecność książki, choć przecież dobrzeją ukryła pod włóczką, nićmi i tasiemkami. Męczyły Leonie myśli o diabłach opanowujących ludzkie umysły, o dzieciach wykradanych z łóżeczek, o śladach pazurów na ziemi i na kamieniach, świadczących o uwolnieniu jakiegoś potężnego zla. Pogrążyła się w niespokojnym śnie.

W środku nocy przebudziła się raptownie, przytłoczona obrazem ośmiu figur z kart tarota. Zapaliła świecę, by wystraszyć duchy i zjawy. Nie zamierzała dać się wciągnąć w ich grę.

Ponieważ teraz już rozumiała naturę ostrzeżenia pana Baillarda. Duchy tego miejsca się do niej zbliżały. Nie powinna im ułatwiać zadania.

ROZDZIAŁ 54

Piękna pogoda utrzymała się do czwartku, dwudziestego października. Tamtego dnia stalowoszare niebo zawisło nisko nad horyzontem, a wilgotna mgła objęła Domaine de la Cade chłodnymi palcami. Z drzew zostały tylko cienie, powierzchnia jeziora się zmarszczyła, a jałowiec i krzewy ro-dodendronu kłaniały się porywistemu wiatrowi z południowego zachodu.

Leonie bardzo była rada, że aura zaczęła grymasić dopiero następnego dnia po myśliwskiej wyprawie brata. Polowanie w towarzystwie Charles'a Denarnauda odbyło się jeszcze bez deszczu. W poniedziałek Anatol wyszedł z domu o świcie. Przez ramię miał przewieszone brązowe, skórzane etui a fusil, o wypolerowanych sprzączkach, błyszczących w słońcu. W środku – pożyczoną broń. Wrócił późnym popołudniem z naręczem gołębi grzywaczy, opalony i z oczyma rozjarzonymi gorączką strzelania.

We wtorek lało jak z cebra, więc i polowanie wyglądałoby zupełnie inaczej, z pewnością okazałoby się znacznie mniej pociągającą rozrywką.

Po śniadaniu Leonie zajęła chaise longue w pokoju dziennym i zatonęła w lekturze opowiadań pani Oliphant. W pewnym momencie dostarczono pocztę. Słyszała odgłos otwieranych drzwi, szmer powitań, kroki służącej na płytkach w holu, zbliżające się do gabinetu.

Nieubłaganie nadciągał jedenasty listopada, dzień świętego Marcina, czas bardzo intensywnej pracy w życiu każdego gospodarza, ponieważ właśnie wtedy należało zamknąć wszelkie roczne podsumowania, a w niektórych majątkach dokonać eksmisji. Według wyjaśnień Izoldy, właśnie tego dnia ustalało się czynsze na nadchodzący rok, a ona jako właścicielka posiadłości musiała wypełnić swoje zadanie. W zasadzie bardziej polegało ono na słuchaniu rad zarządcy niż osobistym podejmowaniu decyzji, ale tak czy inaczej, ciotka spędziła w gabinecie dwa poranki z rzędu.

Dziewczyna wróciła do lektury. Kilka chwil później usłyszała głośniejszą rozmowę, a następnie całkiem obcy dźwięk gabinetowego dzwonka. Zdziwiona odłożyła książkę i w samych tylko pończochach podeszła do drzwi. Uchyliła je lekko, akurat na czas, by zobaczyć Anatola pędzącego Po schodach i znikającego w gabinecie.

Wystawiła głowę za framugę.

– Anatolu! – zawołała. – Są wieści z Paryża?

Najwyraźniej nie usłyszał, ponieważ nie odpowiedział, tylko zatrzasnął za sobą drzwi.

Cudownie, nie ma co.

Odczekała jeszcze chwilę, rozglądając się po korytarzu, ale skoro nic więcej się nie stało, wróciła do czytania.

Minęło pięć minut, potem dziesięć. I następne pięć. Dziewczyna wpatrywała się w drukowane słowa, lecz myślami błądziła gdzie indziej.

O godzinie jedenastej Marieta przyniosła tacę z kawą. Rozstawiła zastawę na stole. Trzy filiżanki, jak zwykle.

– Mój brat i ciotka przyjdą tutaj?