Leonie zaczekała z Izoldą, az Anatol wezwie powóz. Nie trwało to długo. Wkrótce minęli Pont Marengo i znaleźli się pod hotelem, rekomendowanym przez doktora Gabignaud w północnej quartier Bastide Saint-Louis.
Budynek stał przy rue du Port, na rogu jakiejś spokojnej bocznej uliczki, niedaleko kościoła Saint-Vincent. Chodniki znajdowały się nieco po wyżej poziomu brukowanej ulicy. Do czarnych drzwi hotelu, obramowanych rzeźbionym kamieniem, wiodło półkole również kamiennych stopni a pod ścianami ustawiono, zasadzone w wielkich terakotowych donicach różne drzewka ozdobne, które wyglądały jak szereg wartowników. Ze skrzynek na kwiaty pod oknami kipiała zieleń i biel. kontrastująca ze świeżo pomalowanymi okiennicami. Na bocznej ścianie znajdował się napis HOTEL ET RESTAURANT, wymalowany dużymi czarnymi literami Wnętrze okazało się nieszczególnie wytworne, lecz wygodne.
Anatol zajął się formalnościami i dopilnował wniesienia bagaży do pokojów. Wzięli apartament na pierwszym piętrze dla Izoldy, Leonie oraz pokojówki, a dla Anatola pokój po drugiej stronie korytarza.
Zjedli lekki posiłek w brasserie tuż obok hotelu i umówili się o wpół do szóstej, w sam raz na szybką kolację przed koncertem. Izolda miała spotkanie z prawnikami zmarłego męża. wyznaczone na godzinę czternastą, na ulicy Carriere Mage, Anatol postanowił jej towarzyszyć. Wychodząc, uzyskał od Leonie obietnicę, że raczej nie będzie wychodziła z hotelu, jeśli już, to nie pójdzie nigdzie bez Mariety, a już na pewno nie wybierze się na drugi brzeg rzeki, poza granice Bastide.
Znów zaczęło padać. Leonie czas jakiś rozmawiała z innym gościem hotelowym, starszą wdową, madame Sanchez, która odwiedzała Carcassonne regularnie od wielu lat. Opowiedziała ona dziewczynie, jak miasto poiozone poniżej cytadeli – nazywała je Basse Ville – zostało zbudowane na planie kwadratów, na modłę nowoczesnych metropolii amerykańskich. Następnie, posługując się kopiowym ołówkiem Leonie, obwiodła kółkiem na mapie, na plan de la ville, dostarczonym usłużnie przez właściciela hotelu, główny skwer oraz sam hotel i przestrzegła dziewczynę, że wiele ulic ma w rzeczywistości całkiem inne nazwy.
– Świętych zamieniono na generałów, kochanieńka – rzekła starsza dama, kręcąc głową. – I teraz słuchamy muzyki na skwerze Gambetty, zamiast na placu Świętej Cecylii. Całe szczęście, że orkiestra brzmi tak samo jak dawniej!
Gdy tylko deszcz ustał, Leonie przeprosiła nową znajomą, zapewniła ją, że doskonale sobie poradzi, i spragniona nowych wrażeń szybko przygotowała się do wyjścia.
Znalazłszy się na ulicy, narzuciła takie tempo, że Marieta ledwo za mą nadążała. A ona jak na skrzydłach biegła na La Place aux Herbes, prowadzona nawoływaniami domokrążców i kupców, turkotem kół na bruku i brzękiem uprzęży. Gdy dotarła na miejsce, okazało się, że wiele straganów już się składa, lecz w powietrzu nadal unosił się cudowny zapach pieczonych kasztanów i świeżego chleba. Z metalowych kotłów, powieszonych na rusztowaniu ręcznego wózka, parował poncz doprawiony cukrem i cynamonem.
Sam Place aux Herbes okazał się skromnym placykiem o miłych dla oka proporcjach, okolonym pięciopiętrowymi domami. Z każdego rogu prowadziły w miasto ciasne uliczki. Na środku stała bogato zdobiona osiemnastowieczna fontanna, zadedykowana Neptunowi. Leonie z obowiązku przystanęła przed tabliczką informacyjną, ale ponieważ samo dzieło stanowczo nie wzbudziło jej sympatii, długo przy nim nie zmitrężyła.
Platanes zrzucały liście, a te, które jeszcze pozostały na gałęziach, ustroiły się w miedź, bladą zieleń i złoto. Jak okiem sięgnąć wszędzie przyciągały wzrok barwne parasole, pod którymi ludzie chronili przed kapryśnym deszczem i wiatrem siebie oraz barwne towary, rozłożyste wiklinowe paniers ze świeżymi warzywami, owocami, ziołami i jesiennymi kwiatami. Jakaś kobieta, cała ubrana na czarno, o twarzy zniszczonej słońcem i wiatrem, sprzedawała chleb i chevres, kozi ser, prosto z wysokich plecionych corbeilles.
Ku zaskoczeniu i radości dziewczyny, prawie cały jeden bok placu zajmował ogromny dom handlowy. Jego nazwa, wyrażona wielkimi literami, przytwierdzonymi drutem do żelaznej balustrady balkonu głosiła: PARIS CARCASSONNE. I choć dopiero minęło wpół do trzeciej, już wystawiano towary okazyjne – solde d'artides, reclame absolument sacrifies – ale całkowicie pełnowartościowe. Na jednym ze stojaków prezentowano broń myśliwską, suknie pret-a-porter, w odróżnieniu od szytych na miarę, kosze, najróżniejsze przedmioty użytku domowego, blachy do pieczenia, a nawet kuchenki i piekarniki.
Mogłabym kupić jakiś sprzęt myśliwski dla Anatola, przebiegło jej przez głowę.
Myśl zgasła równie szybko, jak się pojawiła. Dziewczyna miała bardzo niewiele gotówki, a możliwości zaciągnięcia kredytu – żadnej. Zresztą nie wiedziałaby, od czego zacząć i co właściwie byłoby mu potrzebne. Wobec tego zafascynowana urządziła sobie spacer wokół marche. Taki targ to wydarzenie jedyne w swoim rodzaju. Wydawało jej się, że wszyscy kupcy mają uśmiechnięte twarze. Brała w rękę kolejne warzywa, rozcierała w palcach zioła, wdychała cudny zapach wysokich kwiatów, zachłannie, jak nigdy przedtem, jak nigdy w Paryżu.
Gdy obejrzała już wszystko, co Place aux Herbes miał do zaoferowania, postanowiła zapuścić się w uliczki od niego odchodzące. Najpierw skierowała się na zachód i zdziwiona stwierdziła, że znajduje się na Car-riere Mage, na ulicy, gdzie mieściła się kancelaria prawna, w której miała spotkanie Izolda. Znajdowały się tutaj głównie biura oraz ateliers de cou-turiers. Dziewczyna zatrzymała się przed pracownią Tissusa Cathali. Przez szklane drzwi widać było ubrania we wszystkich kolorach tęczy oraz niesłychany wybór tkanin. Na drewnianych okiennicach po obu stronach wejścia przypięto pinezkami rysunki, przedstawiające les modes masculine et feminine, od porannych strojów męskich zaczynając, poprzez różnorodne stroje kobiece, na pelerynach kończąc.
Dłuższy czas oglądała modele, zerkając niekiedy w stronę biur prawniczych, czy nie zobaczy przypadkiem Izoldy i Anatola. Skoro jednak minuty mijały, a ich nie było widać, pozwoliła się skusić sklepom w głębi ulicy.
Wciąż z Marietą depczącą jej po piętach ruszyła w stronę rzeki. Zatrzymała się kilka razy, by przez okna o dzielonych szybach obejrzeć ofertę antykwariatów. Znalazła też librairie, gdzie, jak to w księgarni, półki z ciemnego drewna uginały się od tomów oprawionych w czerwoną, zielona i niebieską skórę. Pod numerem siedemdziesiątym piątym z epiceriefme dobiegał kuszący zapach świeżo zmielonej kawy. Przystanęła na chodniku, zaglądając do środka przez trzy wysokie okna. Na szklanych i drewnianych półkach wystawiono chyba z tysiąc gatunków kawy, a także wszelkie przybory potrzebne do jej parzenia, dzbanki do używania na kuchni i nad ogniem. Napis nad drzwiami dumnie ogłaszał właściciela: Elie Hue. W środku, na jednej ścianie, wisiały na hakach pęta suszonych kiełbas, a na drugiej pęki tymianku, rozmarynu i szałwii. Tam też pysznił się stół zastawiony talerzami oraz słojami pełnymi marynowanych wiśni i śliwek w occie.
Postanowiła kupić prezent dla Izoldy, drobiazg w podziękowaniu za wycieczkę do Carcassonne. Weszła do sklepu jak Aladyn do zbójeckiego skarbca.
Marieta, zostawiona sama sobie na chodniku, wykręcała palce ze zdenerwowania.