Teraz, gdy stali naprzeciwko siebie w jezuickiej kapliczce, a duchowny wypowiadał ostatnie słowa krótkiej ceremonii, która łączyła ich związkiem małżeńskim, wziął Izoldę za rękę.
– Madame Vernier, enfin – szepnął. – Nareszcie. Mon coeur. Moje serce. Moja najdroższa. Moja żona.
Świadkowie, osoby poproszone z ulicy, uśmiechnęli się, widząc ten gest miłości. Żałowali jedynie, że uroczystość jest tak skromna.
Nowożeńcy wyszli z kaplicy skąpani w graniu dzwonów.
Raptem huknął grzmot.
Chcąc spędzić pierwsze chwile małżeństwa we dwoje, przekonani, iż Leonie pod opieką Mariety czeka w hotelu na ich powrót, pobiegli ulicą do pierwszego lokalu z brzegu.
Anatol zamówił butelkę cristala, najdroższego szampana z karty. Wymienili drobne podarunki. Izolda dostała srebrny medaJionik z dwiema miniaturkami: swoją po jednej stronie, Anatola po drugiej. On został obdarowany przepięknym złotym zegarkiem z wygrawerowanymi inicjałami.
Przez godzinę pili, rozmawiali i uszczęśliwieni patrzyli sobie w oczy.
W okna restauracji zastukały pierwsze ciężkie krople deszczu.
ROZDZIAŁ 58
Schodząc z mostu, Leonie poczuła ukłucie niepokoju. Nie mogła już udawać, że przestrzega zaleceń brata. Odepchnęła więc tę niewygodną myśl. Obejrzawszy się przez ramię, dostrzegła czarną chmurę nadciągającą nad Bastide.
Szybko przekonała samą siebie, że w takiej chwili mądrzej będzie zostać na drugim brzegu, jak najdalej od burzy. W zasadzie nierozsądne byłoby w tej chwili wracać do Basse Viłle. A poza tym odważna dama, odkrywca, łowca przygód i podróżnik, nie zawróci z drogi tylko dlatego, że jej brat miałby inne zdanie na temat wyprawy.
Quartier Trivalle nie była piękna, a nawet uderzała brzydotą ubóstwa. Wszystkie dzieci biegały na bosaka. Przy drodze siedział żebrak o oczach powleczonych bielmem, owinięty szmatami koloru mokrego chodnika. Słysząc kroki, wyciągnął do przechodzącej poczerniałe od nędzy dłonie z brudnym kubkiem. Rzuciła mu monetę i poszła dalej, ostrożnie stąpając po śliskim bruku. Po obu stronach ulicy ciągnęły się brzydkie domy. Ze zniszczonych okiennic oblaziła farba. Leonie zmarszczyła nos. Wszędzie widziała ciasnotę i zaniedbanie.
W La Cite będzie lepiej, uznała.
Droga prowadziła łagodnie w górę. Gdy dziewczyna wyszła spomiędzy budynków na otwartą przestrzeń, znalazła się na podejściu do samej cytadeli. Po lewej, na szczycie wykruszonych schodów, dostrzegła ciężkie drewniane drzwi, osadzone w szarym murze. Zniszczona tablica oznajmiała czytającemu, że znajdował się przed wejściem do klasztoru franciszkańskiego.
Do dawnego klasztoru.
Ani ona, ani brat nie zostali wychowani w cieniu Kościoła. Marguente była wolnym duchem, a republikańskie sympatie ojca oznaczały, że – jak to kiedyś Anatol objaśnił siostrze – Leo Vernier uważał kler za takich samych wrogów ustanowienia prawdziwej republiki, jak arystokrację. Niemniej jednak romantyczna wyobraźnia kazała dziewczynie żałować, ze bezkompromisowe starcie polityki i postępu wymagało poświęcenia piękpa zasadom. Uduchowiona architektura przemawiała do niej wymownie, nawet gdy nie docierało echo słów wypowiadanych niegdyś w budynku zakonu.
W refleksyjnym nastroju poszła dalej, mijając kolejny charakterystycz-0y punkt, Maison de Montmorency, z belkami na elewacji, z oknami obłożonymi łupkiem, kryształowymi szybkami, odbijającymi światło w błękitach, różach i złocie, mimo poszarzałego nieba.
Na rue Trivalle skręciła w prawo. I ujrzała przed sobą wysokie, smukłe wieże koloru piasku. Brama Narbońska. Główne wejście do La Cite. Ser ce jej zadrżało na widok podwójnego pierścienia murów obronnych, łączonego wieżami odcinającymi się ostro na tle nieba. Jedne zwieńczone były czerwoną dachówką, inne szarym łupkiem.
Zebrawszy spódnice w jedną rękę, ułatwiła sobie wspinaczkę i ruszyła pod górę z nową energią. Gdy podeszła bliżej, ujrzała za murem cmentarza czubki szarych nagrobków, zdobionych wyniosłymi aniołami oraz krzyżami.
Dalej ciągnęły się pastwiska i łąki.
Przystanęła dla złapania oddechu. Od cytadeli dzieliła ją jeszcze trawiasta fosa o brzegach połączonych brukowanym mostem. Przed nim stała prostokątna budka, w której pobierano myto. Obok tkwił mężczyzna w zniszczonym cylindrze, ze staromodnymi wąsami. Ręce trzymał w kieszeniach. Czekał na klientów: woźniców zwożących do miasta wszelkie dobra i kupców z beczkami piwa.
Na szerokim, niskim murze mostu siedziało trzech żołnierzy. Jeden z nich miał na sobie niebieską napoleońską pelerynę i pociągał fajkę, równie czarną jak jego zęby. Wszyscy trzej śmiali się głośno. W pewnym momencie dziewczyna odniosła wrażenie, że ten z fajką spojrzał na nią uważniej i przyglądał jej się chwilę za długo, dość impertynenckim spojrzeniem. W końcu jednak odwrócił wzrok. Ale i tak minęła żołnierzy najszybciej, jak mogła.
Gdy schodziła z mostu, uderzył w nią wiatr. Musiała przytrzymać kapelusz, a drugą ręką strzepnąć spódnice krępujące nogi. Szła z niejakim trudem, mrużąc oczy przed pyłem.
W samym La Cite wiatru nie było. Leonie przystanęła, poprawiła ubranie i dopiero wtedy ruszyła dalej, starając się nie zamoczyć butów w ścieku płynącym środkiem ulicy. Znalazła się między zewnętrznymi i wewnętrznymi fortyfikacjami. Jacyś dwaj chłopcy na zmianę miarowo naciskali metalowe ramię pompy, napełniając wodą metalowe wiadro. Po bokach Leonie miała ruiny domów przeznaczonych do rozbiórki. W jednym z nich na piętrze widać było szczątki poczerniałego od sadzy kominka, teraz na wpół zawieszonego w powietrzu.
Poniewczasie przyszło jej do głowy, że mogła wziąć nie tylko mapę, ale i przewodnik. Trudno. Zapytała kogoś o drogę i uzyskała informację, że zamek znajduje się dokładnie przed nią, pod zachodnią częścią murów obronnych. Ruszyła więc w dalszą drogę, choć zaczynała czuć niepokój.
Wcześniej, gdy z daleka patrzyła na cytadelę, widziała jej majestat i piękno. Potem minęła omiatane wiatrem hautes lices, blanki, przestrzeń mię. dzy dwoma pierścieniami murów obronnych. Natomiast w samym średniowiecznym mieście było dziwnie mroczno. I w dodatku brudno. Bruk pokrywało błoto. Z rynsztoków wylewały się śmieci.
Odczytawszy informację na malowanym ręcznie drewnianym znaku ruszyła w górę wąską uliczką. Do Chateau Comtal, gdzie stacjonował garnizon.
Tutaj również doznała rozczarowania. Z tego, co wcześniej przeczytała, wiedziała, że zamek był niegdyś siedzibą rodu Trencavelów, dynastii panującej na tych ziemiach przed setkami lat. Wyobrażała sobie bajkowy pałac, jak jeden z tych, które stały nad brzegiem Rodanu czy Loary. W głębi duszy widziała rozległe dziedzińce i wielkie hole, gdzie przechadzały się damy w ogoniastych sukniach, a chevaliers, jak to zwykle rycerze, szykowali się do bitwy.