Chateau Comtal wyglądał zupełnie inaczej. Szary, monotonny budynek każdym kamieniem mówił o swoim militarnym przeznaczeniu. W wieży nazywanej Tour de Vade, w cieniu murów obronnych, znajdował się magazyn prochu. Tylko jeden strażnik stał na warcie; z nudów dłubał w zębach. Otoczenie robiło wrażenie zaniedbanego, sama budowla była do przyjęcia, ale też nie cieszyła oka.
Leonie chwilę obserwowała scenę spod ronda kapelusza, usiłując się doszukać jakiegoś romantyzmu w zwykłym moście czy funkcjonalnej wąskiej furcie, prowadzącej do samego zamku. Na próżno. Odwróciła się na pięcie. Jej zdaniem, wysiłki zmierzające ku temu, by z La Cite uczynić perłę turystycznych atrakcji, spełzły na niczym. Nie potrafiła sobie wyobrazić tych ulic pełnych turystów. Były nudne, nie przystawały do współczesnych gustów ani mody. Świeżo postawione ściany z mechanicznie ciętego kamienia tylko podkreślały fatalny stan autentycznych fragmentów murów. Można było jedynie mieć nadzieję, że gdy prace dobiegną końca, atmosfera ulegnie zmianie. Że nowe restauracje, sklepy, a może nawet hotele tchną życie w kręte uliczki.
Jakiś czas spacerowała po La Cite. Napotkała nielicznych zwiedzających, damy z dłońmi ukrytymi w ciepłych futrzanych mufkach, dżentelmenów w cylindrach i z laskami. Wszyscy życzyli jej miłego popołudnia.
Wiatr przybierał na sile, aż w końcu zmuszona była wyjąć z kieszeni chusteczkę i osłonić nią usta oraz nos, bo drobny pył utrudniał oddychanie. Szła plątaniną przejść i zaułków, aż w którejś chwili stanęła przy starym kamiennym krzyżu, wzniesionym nad tarasowymi ogrodami, gdzie rosły warzywa i winogrona, gdzie w zagrodach hodowano kury i króliki w klatkach. Niżej przycupnęła garstka stłoczonych domów.
Z tego miejsca miała doskonały widok na rzekę. Niespokojna czarna woda pędziła przez młyny, szybko obracając łopaty. Dalej, na drugim brzegu, rozciągała się Bastide. Dziewczyna łatwo znalazła wieżycę katedry Świętego Michała i wysoką dzwonnicę kościoła Saint-Vincent, tuż koło hotelu. Zaniepokoiła się. Uświadomiła sobie, że może zostać w La Cite, odcięta przez wzburzoną rzekę, Basse Ville wydało jej się nagle bardzo dalekie. A cały misterny plan, według którego miała wyznać bratu, że się zgubiła wśród wąskich uliczek Bastide, spali na panewce, jeśli powódź odetnie ją od tamtej dzielnicy.
Jakiś ruch nad głową przyciągnął jej uwagę. Na tle poszarzałego nieba stado wron walczyło z jesiennym wiatrem nad średniowiecznymi wieżyczkami i blankami.
Leonie zaczęła się śpieszyć.
Na twarzy poczuła pierwszą kroplę deszczu. Zaraz potem drugą i następną, a każda kolejna była cięższa i zimniejsza. Chwilę później rozległ się grzmot.
I nagle wszystko spłynęło wodą.
Rozpętała się burza.
ROZDZIAŁ 59
Leonie rozejrzała się za jakimś schronieniem, lecz nic nie znalazła. W połowie stromej brukowanej uliczki, łączącej cytadelę z quartier Barbacane pod murami obronnymi, nie było ani drzew, ani budynków. Wracać na górę, do La Cite, nie miała już siły.
W tej sytuacji nie pozostawało nic innego, jak tylko iść dalej w dół.
Potykając się i ślizgając, ruszyła po calada, podciągając spódnice wyżej kostek, żeby nie nasiąkły wodą płynącą po bruku wartkim strumieniem. Wiatr gwizdał jej w uszach, wciskał deszcz pod rondo kapelusza i oblepiał ją mokrym płaszczem.
Nie zwróciła uwagi na dwóch mężczyzn, obserwujących ją zza kamiennego krzyża. Jeden z nich był świetnie ubrany, strój zdradzał człowieka o pewnym znaczeniu i statusie. Drugi niski, o skórze spalonej słońcem, owinięty napoleońską peleryną. Wymienili kilka słów. Błysnęły monety przechodzące z dłoni w skórzanej rękawiczce do brudnej ręki starego żołnierza i każdy poszedł w swoją stronę. Wojak zniknął między murami La Cite.
Dżentelmen ruszył za Leonie.
Zanim dotarła do Place Saint-Gimer, była przemoczona do nitki.
Ponieważ w okolicy próżno by szukać restauracji czy kawiarni, pozostało jej schronić się w kościele. Spiesznie wbiegła po gładkich nowych stopniach i minęła uchyloną żelazną bramę. Pchnąwszy drewniane drzwi, znalazła się w środku. W świątyni panował chłód. Owszem, na ołtarzu i w kaplicach płonęły świece, ale dawały tylko światło, nie ciepło. Leonie zadygotała, tupnęła, strząsając z siebie wodę. Natychmiast objął ją zapach wilgotnego kamienia i kadzidła. W pierwszej chwili nie bardzo wiedziała, co dalej, ale szybko sobie uświadomiła, że spędzi w kościele Saint-Gimer jakiś czas, wobec czego należało zadbać, żeby się nie przeziębić, i to było znacznie istotniejsze niż wygląd. Zdjęła więc rękawiczki oraz przemoczony kapelusz. Gdy jej wzrok przywykł do półmroku, zorientowała się z niemałą ulgą, iż nie ona jedna znalazła w świątyni schronienie przed burzą. Zebrało się tu dziwne towarzystwo, rozproszone po nawie i bocznych kaplicach. Większość osób wolnym krokiem przechadzała się to tu, to tam. Pewien dżentelmen w cylindrze i eleganckim płaszczu, trzymając pod ramię swoją towarzyszkę, siedział w ławie tak sztywno wyprostowany, jakby go atakował jakiś odstręczający zapach. Na kamiennej podłodze rozłożyli się mieszkańcy quartier, wielu z nich na bosaka i ubranych nieodpowiednio do pory roku. Był tam nawet osiołek oraz kobieta ściskająca dwa kurczaki, po jednym pod każdą pachą.
– Wyjątkowy widok – usłyszała Leonie tuż przy uchu męski głos. – Ale
trzeba pamiętać, że świątynia zaprasza wszystkich, którzy chcą do niej
wejść.
Zaskoczona taką bezpośredniością dziewczyna obróciła się gwałtownie. Szary cylinder i ocieplany surdut świadczyły o klasie mężczyzny, podobnie jak srebrna główka laski oraz rękawiczki z koźlej skórki. Elegancję stroju podkreślały niesłychanie błękitne oczy.
Przez moment Leonie miała wrażenie, że już gdzieś tego człowieka widziała. Zaraz jednak zdała sobie sprawę, że prezentuje on, najzwyczajniej w świecie, styl podobny do stylu Anatola.
Było w nim coś jeszcze, coś w zbyt bezpośrednim spojrzeniu, w jakimś przebiegłym rysie twarzy, co spowodowało u Leonie niespodziewanie szybsze bicie serca.
– Cóż… – Zaczerwieniła się uroczo. – Ja… – spuściła wzrok.
– Proszę o wybaczenie – rzekł szybko. – Nie zamierzałem panienki urazić. W normalnych okolicznościach, oczywiście, nie zwróciłbym się do damy, nie będąc przedstawionym. Nawet w takim miejscu. – Uśmiechnął się. – Warunki jednak są raczej niecodzienne.
Ujął dziewczynę nienagannymi manierami. Podniosła na niego oczy.
– Rzeczywiście. Niecodzienne.
– Odważnie uznałem, że między uciekinierami zgromadzonymi w świątyni zwykłe zasady etykiety można nieco zmodyfikować. – Uchylił kapelusza, odsłaniając wysokie czoło i błyszczące włosy, przycięte idealnie na wysokości kołnierzyka. – Czy możemy zostać przyjaciółmi na ten czas? Nie obrażam panienki taką prośbą?