Выбрать главу

– …niekonwencjonalnie? – Baillard się uśmiechnął. – Bo nie mam na sobie zwyczajowego uniformu?

– Uniformu? – powtórzyła zbita z pantałyku.

– Uniformu współczesnego dżentelmena na proszonej kolacji. W oczach mężczyzny zamigotało rozbawienie.

Leonie westchnęła.

– Tak. Cóż, rzeczywiście. Brat wspomniał, że wkłada pan żółte ubrania dla upamiętnienia poległych towarzyszy.

Baillard spochmurniał.

– Taka właśnie jest prawda – rzekł cicho.

– Walczył pan pod Sedanem? – Zawahała się. – Mój tatuś bił się za Komunę. Nigdy go nie widziałam. Został deportowany i…

Audric Baillard przykrył ręką dłoń dziewczyny. Dotyk miał lekki. Leonie nie potrafiła wyjaśnić, co ją właściwie naszło. Wiedziała jedynie, że czuła ogromną potrzebę wyrażenia udręki, której istnienia dotąd nawet nie podejrzewała.

– Czy warto walczyć za to, w co się wierzy? – spytała drżącym głosem.

Nawet jeśli trzeba zapłacić tak wielką cenę? Unieszczęśliwić swoich bliskich?

Lekko ścisnął jej palce. Zawsze – odparł cicho, lecz pewnie. -Zawsze warto. I trzeba pamiętać o tych, którzy odeszli.

Gwar panujący w jadalni gdzieś odpłynął. Głosy, pobrzękiwanie srebrnych sztućców, krystaliczne tony szkła. Leonie patrzyła w oczy rozmówcy i widziała w nich mądrość i doświadczenie.

Po chwili Audric Baillard się uśmiechnął i moment poufałości minął.

– Katarzy, nazywani inaczej,,dobrymi chrześcijanami", zmuszeni byli nosić żółty krzyż, przypięty do ubrania. – Trącił chusteczkę wystającą z kieszeni. – Zawsze o nich pamiętam.

Leonie przechyliła głowę.

– Jest pan z nimi mocno związany – rzekła z uśmiechem.

– Ci, którzy odeszli przed nami, madomaisela, nie muszą zostać zapomniani. – Położył rękę na piersi. – Żyją tutaj. – Powiedziałaś, panienko, że nigdy nie widziałaś ojca. A przecież on trwa w twoim sercu, prawda?

Pod powiekami zapiekły ją łzy. Nie powiedziała nic, bo nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Tylko kiwnęła głową.

Całe szczęście, że pan Gabignaud zadał jej jakieś pytanie, musiała wziąć się w garść i odzyskała opanowanie.

ROZDZIAŁ 43

Na stole pojawiały się kolejne dania. Świeży pstrąg, różowiutki i rozpływający się w ustach jak masło, po nim delikatne kotlety jagnięce, serwowane na późnych szparagach. Mężczyznom proponowano mocne corbieres, miejscowe czerwone wino z doskonałych piwnic Jules'a Lascom-be'a, paniom półsłodkie białe z Tarascon, ciężkie i ciemne, w kolorze łupinek cebuli.

Nad stołem krzyżowały się opinie i argumenty, dyskusje na temat wiary i polityki, północ przeciwstawiano południu, życie w mieście mieszkaniu na wsi. Leonie ukradkiem zerkała na brata. Anatol był w swoim żywiole. Oczy mu błyszczały, z zapałem czarował obie sąsiadki. Tylko dlaczego miał cienie pod oczami? I na dodatek w blasku świecy ożyła blizna nad okiem.

Dziewczyna potrzebowała trochę czasu, by opanować emocje, jakie wzbudziła w niej wymiana zdań z panem Baillardem. Zrobiło jej się wstyd. że tak bardzo się otworzyła; nie do końca rozumiała, jak właściwie do tego doszło. Odzyskawszy równowagę, ze zniecierpliwieniem wyczekiwała okazji, by powrócić do rozmowy, niestety, pan Baillard był pogrążony w dyskusji z proboszczem, a przy tym panu Gabignaud nie zamykały się usta. Dopiero przy deserze zyskała okazję, by ponownie zwrócić się do sąsiada po prawej.

– Ciotka Izolda mówi, że jest pan ekspertem w wielu sprawach. Nie tylko albigensów, ale też historii Wizygotów i egipskich hieroglifów. Zaraz po przyjeździe do majątku, dosłownie pierwszego wieczoru, czytałam monografię „Diables et Esprits Malefiques et Phantómes de la Montagne. W bibliotece jest egzemplarz.

Uśmiechnął się, nie kryjąc, że on również chętnie odnajduje w niej partnerkę do rozmowy.

– Sam go podarowałem Jules'owi.

– Pewnie długi czas pan zbierał te wszystkie historie.

– Nie tak długo, jakby się mogło wydawać – odparł lekko. Wystarczy umieć słuchać. Przyrody, ludzi, którzy mieszkają na tej ziemi. Najczęściej opowieści o demonach, duchach i upiorach są tak samo mocno wtopione w charakter regionu, jak skały, góry i jeziora w krajobraz.

– Rozumiem. A czy uważa pan, że istnieją legendy, których istnienia

nie sposób uzasadnić?

– Oc, madomaisela, ieu tanben. Tak sądzę. Leonie zamrugała zdziwiona.

– Pan mówi po oksytańsku?

– To mój ojczysty język.

– Nie jest pan Francuzem?

– Nie, nie jestem.

– Ciotka Izolda chciałaby, żeby służba mówiła po francusku, ale oni tak często wplatają oksytański, że w końcu dała za wygraną.

– Język oksytański jest mową tych stron. Regionu Aude, Ariege, Cor-bieres, Razes, północnej Hiszpanii i Piemontu. Niesie poezję i ludowe opowieści.

– Pochodzi pan z tych stron?

– Pas luenh – odparł, unikając dokładniejszej odpowiedzi.

Mogłaby go poprosić o przetłumaczenie słów zapisanych nad wejściem do grobowca.

Raptem przypomniał jej się chrobot pazurów na kamieniach. Zadrżała.

– Czy te historie są prawdziwe? – spytała. – Opowieści o złych duchach, widmach, zjawach i demonach… Czy jest w nich chociaż ziarno prawdy?

– Vertat? – powtórzył Audric Baillard, przytrzymując ją spojrzeniem nieco dłuższą chwilę. – Czy są prawdziwe? Któż to może wiedzieć, madomaisela… Są tacy, którzy wierzą, że zasłona oddzielająca jeden wymiar od drugiego jest tak cienka, tak przejrzysta, iż omal niewidoczna. Inni twierdzą, że jedynie prawa nauki dyktują, w co nam wolno wierzyć. – Przerwał na moment. – Ja mogę tylko powiedzieć, że ludzkie spojrzenie na wszelkie sprawy z czasem ulega zmianie. To, co dziś jest uznawane za fakt, kiedy indziej uważa się za herezję.

– Proszę pana – wtrąciła Leonie szybko – czytając pańską książkę, zastanawiałam się, czy legendy powstają w związku z nazwami geograficznymi? Czy może odwrotnie? Co było pierwsze: nazwa Fauteuil du Diable albo Etang du Diable, czy też opowieści, od których te miejsca zyskały nazwy?

Audric Baillard pokiwał głową.

– Interesujące pytanie. – Mówił cicho, spokojnie, a przecież zdawało się, że wszystkie inne dźwięki ustępują przed jego głosem. – To, co nazywamy cywilizacją, jest zaledwie człowieczą próbą narzucenia ludzkich wartości naturze. Książki, muzyka, malarstwo, niebosiężne konstrukcje, które tak zajmują naszych przyjaciół dziś wieczór, są niczym więcej, jak tylko próbami uchwycenia sedna tego, co widzimy wokół siebie w przyrodzie. Sposobem na nadanie sensu, na uporządkowanie ludzkich doświadczeń.

Dziewczyna jakiś czas patrzyła na niego bez słowa.

– Ale akurat duchy i diabły – odezwała się w końcu. – Proszę pana, czy pan wierzy w duchy?

– Benku – rzekł miękko. Być może. Odwrócił twarz do okna, jakby kogoś tam wypatrywał, po czym znów spojrzał na rozmówczynię. – Dwa razy diabeł, który nawiedza to miejsce, został wezwany. Dwukrotnie został pokonany. Za drugim razem z pomocą obecnego tu proboszcza. – Pochylił głowę w prawo, wskazując Sauniere"a. – Nie chciałbym tego przeżywać ponownie.

– Proboszcza Sauniere'a? – zdziwiła się Leonie.

Baillard nie zdradził niczym, że ją usłyszał.

– Tutejsze góry, doliny, kamienie, duch, co tchnął w nie życie, istniał na

długo przedtem, nim pojawili się ludzie, którzy próbowali oddać w mowie

esencję rzeczy najdawniejszych. W imionach, w nazwach, o które pytasz,

madomaisela, znajduje odbicie ludzki strach.

Dziewczyna rozważyła jego słowa dokładnie.

– Nie jestem pewna, czy pan odpowiedział na moje pytanie – rzekła w końcu.

Położył na stole dłonie o pergaminowej skórze, poznaczone niebieskimi żyłkami i starczymi plamami.

– Jest duch, który żyje w każdej rzeczy. Oto siedzimy w domu istnieją

cym od kilkuset lat. Według człowieczego pojęcia, jest to stary dom. Ale stoi on na ziemi istniejącej od tysięcy lat. Nasz wpływ na wszechświat jest jak nieśmiały szept podczas burzy. Charakter świata, jego dusza, światło i ciemność, zostały ustanowione na długo przedtem, nim człowiek postanowił zostawić na Ziemi swój ślad. Duchy tych, którzy byli tu przed nami, zawsze nas otaczają, przynależne do wzoru całości, stanowiące cząstkę muzyki świata.

Leonie czuła się dziwnie rozgorączkowana. Przyłożyła dłoń do czoła. To zastanawiające, lecz było całkiem chłodne. A przecież pokój wirował, kołysał się i zmieniał. Światło, głosy, postacie przybliżały się i oddalały, traciły wyrazistość. Usiłowała uporządkować myśli, skupić się na temacie rozmowy. By uspokoić nerwy, pociągnęła łyk wina.

– A muzyka? – spytała. Jej głos zabrzmiał, jakby dochodził z oddali. -

Czy zechce mi pan opowiedzieć o muzyce?

Sądząc z wyrazu jego twarzy, mogła się domyślać, że zrozumiał niezadane pytanie.

„Dlaczego, kiedy śpię, kiedy wchodzę do lasu, stale słyszę muzykę na wietrze?".

– Muzyka to forma artystyczna, która układa dźwięki i ciszę, madomaisela. Traktujemy ją jak rozrywkę, ale w rzeczywistości jest w mej

znacznie więcej sensu. Widzimy w niej wiedzę wyrażaną za pośrednictwem

instrumentu, czyli melodię i harmonię, przez rytm, a więc tempo, metrum