Niby tak, ale nie bardzo. Chciałem cię zaprosić na obiad, tylko, widzisz, wyszła pewna sprawa, którą muszę załatwić od razu.
Nic złego?
Nie, nie. Wręcz przeciwnie. Policja z Couizy wreszcie postanowiła pozwolić mi obejrzeć dokumenty dotyczące wypadku taty. Suszę im głowę od miesiąca, no i w końcu jest jakiś skutek.
Wspaniale! – Oby tylko faktycznie było się z czego cieszyć.
Mogę cię podrzucić do hotelu – podjął – albo zabrać ze sobą i potem coś zjemy. Problem w tym, że nie bardzo wiem, ile czasu mi to zajmie. Wiesz, jak to jest na południu. Mało kto się śpieszy.
Kusiło ją, żeby z nim pojechać. Wesprzeć go w trudnej chwili. Zaraz jednak uświadomiła sobie, że przez takie doświadczenie powinien przejść sam. Zresztą miała na głowie własne kłopoty i żadnych powodów, żeby wtykać nos w nie swoje sprawy.
– Nie chcę, żebyś się śpieszył zdecydowała. – Jeśli możesz mnie odwieźć do hotelu, to super.
Z niekłamaną radością odnotowała zawód na jego twarzy.
– Pewnie tak będzie lepiej – uznał. – Może faktycznie powinienem się zgłosić sam, robią mi grzeczność.
– Tak przypuszczałam.
Hal uruchomił silnik i wycofał wóz z parkingu.
– Spotkamy się wieczorem, dobrze? Ruszyli wąskimi uliczkami Rennes-le-Chateau. – Może wybierzemy się razem na drinka? Albo na ko-kcję? Nie wiem, co planowałaś…
– Nie ma sprawy. – Uśmiechnęła się zadowolona. – Może być kolacja.
ROZDZIAŁ 49
Julian Lawrence stał przy oknie swojego biura w Domaine de la Cade, obserwując, jak bratanek zawraca i odjeżdża. Gdy samochód zniknął mu z oczu, skupił uwagę na kobiecie, która jeszcze przed chwilą machała Halowi na do widzenia. Na pewno ta Amerykanka.
Z uznaniem pokiwał głową. Niezła figura, mocna i szczupła, proste czarne włosy do ramion. Bez przykrości spędzi nieco czasu w jej towarzystwie.
Kiedy odwróciła się w stronę budynku, zobaczył twarz dziewczyny. Rozpoznał ją natychmiast, ale jakoś nie potrafił umiejscowić. Poszperał w pamięci i wreszcie znalazł. Ta namolna baba z zablokowanej drogi w Rennes-les-Bains. Jak najbardziej.
Niedobrze. Jeżeli panna Martin wspomni Halowi, gdzie widziała Juliana wczoraj wieczorem, bratanek będzie miał prawo go pytać, dokąd się wtedy wybierał. I pewnie sobie uświadomi, że wytłumaczenie spóźnienia nie ma żadnego sensu.
Osuszył szklaneczkę. Podjął decyzję. Przeciął biuro trzema długimi krokami, chwycił marynarkę wiszącą na drzwiach i ruszył do holu.
W drodze powrotnej z Rennes-le-Chateau Meredith miała o czym myśleć. Jeszcze niedawno prezent od Laury wydawał jej się fatalnym ciężarem. Teraz karty tarota otwierały przed nią interesujące możliwości.
Odczekała, aż samochód Hala zniknął jej z oczu, obróciła się na pięcie i poszła do hotelu. Była lekko podenerwowana, ale też podekscytowana. Takie same sprzeczne emocje targały nią przy stoliku wróżki. Nadzieja i sceptycyzm, niecierpliwe oczekiwanie, ale i strach, że kiedy doda dwa do dwóch, wyjdzie jej pięć. Pani Martin'?
Zaskoczona obróciła się w kierunku głosu i zobaczyła stryja Hala-Spięła się, mając świeżo w pamięci niezbyt uprzejmą rozmowę poprzedniego wieczoru w Rennes-les-Bains. Pozostawało mieć nadzieję, że mężczyzna jej nie rozpozna. Tak czy inaczej, miał na ustach uśmiech.
– Pani Martin? powtórzył, wyciągając rękę. Nazywam się Julian Lawrence. Chcę panią przywitać w Domaine de la Cade.
– Miło mi.
Podali sobie dłonie.
– A przy okazji – leciutko wzruszył ramionami – chciałbym przeprosić za niezbyt uprzejme zachowanie wczoraj w mieście. Gdybym wiedział, że jest pani znajomą mojego bratanka, przynajmniej bym sięprzedstawił.
Meredith poczuła, że się czerwieni.
– Nie sądziłam, że pan mnie zapamięta. – Przygryzła wargę. – Moje zachowanie także nie było bez zarzutu.
– Naprawdę nie ma o czym mówić. Hal na pewno wspomniał, że wczorajszy dzień był dla nas trudny. Marne to wytłumaczenie, ale jednak… -Nie dokończył zdania.
Meredith zauważyła, że Julian Lawrence ma tak samo jak Hal, zwyczaj patrzenia ludziom prosto w oczy. Poza tym, choć ze trzydzieści lat starszy, roztaczał wokół siebie tę samą charyzmę. Ciekawe, czy ojciec Hala również miał ten dar.
– Rozumiem – powiedziała. – Zechce pan przyjąć kondolencje.
– Proszę mi mówić po imieniu. Zamilkł, ale nie doczekał się rewanżu. – Rzeczywiście, nie jest nam łatwo. – Spuścił wzrok. – Nie orientuje się pani przypadkiem, gdzie się podział mój bratanek? O ile wiem, rano mieliście jechać do Rennes-le-Chiiteau, ale po południu spodziewałem się go tutaj. Chciałem zamienić z nim dwa słowa.
– Zadzwonili do niego z policji w Couizie. O ile nie pomyliłam nazwy miejscowości.
Wyraźnie go to zainteresowało, choć wyraz jego twarzy w zasadzie się nie zmienił. Meredith natychmiast pożałowała, że się w ogóle odezwała.
– A o co chodziło?
– Nic mi nie powiedział – zapewniła pośpiesznie.
– Szkoda, będę musiał zaczekać. W geście rezygnacji otworzył dłonie. – Trudno. Nie ma rady. – Uśmiechnął się znowu, lecz tym razem uśmiech nie sięgnął oczu. – Mam nadzieję, że się pani u nas podoba? Niczego pani nie brakuje?
– Niczego zapewniła go, spoglądając na schody.
– Proszę mi wybaczyć, nie zatrzymuję pani.
– Muszę popracować…
– A tak, tak. Hal wspomniał, że pani pisze. Przyjechała tu pani z jakimś konkretnym zadaniem?
Znalazła się w pułapce.
– Niezupełnie. Chciałam się trochę rozejrzeć.
– Rozumiem. Podał jej rękę. Wobec tego nie będę pani dłużej zatrzymywał.
Nie chcąc być niegrzeczna, wyciągnęła do niego dłoń. Tym razem jeg0 dotyk okazał się niemiły. Zbyt osobisty.
Jeśli pani spotka mojego bratanka, proszę mu powtórzyć, że go szukam.
Oczywiście.
Odszedł, nie oglądając się ani razu. Pewny siebie. Opanowany.
Meredith wypuściła powietrze ustami.
O co właściwie chodziło? Stała przez chwilę bez ruchu, ze wzrokiem wbitym w miejsce, gdzie przed minutą stał właściciel hotelu. Potem, zła na siebie, że znowu wyprowadził ją z równowagi, wzięła się w garść.
Nie myśl o tym, nakazała sobie.
Rozejrzała się dookoła. Recepcjonistka nie zwracała na nią uwagi, zajęta rozmową z przyjezdnym. Z restauracji dobiegał gwar świadczący o tym, że większość gości właśnie je obiad. Trudno o lepszą okazję.
Szybkim krokiem przeszła po szachownicy płytek za fortepian i zdjęła ze ściany interesujący ją portret. Wsunęła zdjęcie pod kurtkę i ruszyła w górę po schodach, pokonując po dwa stopnie naraz.
Dopiero gdy znalazła się w pokoju i zamknęła za sobą drzwi, odetchnęła spokojniej.
Stanęła, zmrużyła oczy, rozejrzała się uważnie.
Coś tu było nie tak. Czuła obcy zapach. Subtelny, ledwo wyczuwalny. ale jednak. Objęła się ramionami, bo pierwsze, co jej przyszło na myśl, to nocny koszmar. Pokręciła głową. Tylko spokojnie. Na pewno była tu sprzątaczka. Teraz czuła coś zupełnie innego niż w nocy.
Wtedy miała pewność, że ktoś jest w pokoju, powiało chłodem…
Zresztą to był tylko sen.
Wzruszyła ramionami. Pewnie to zapach jakiegoś środka czyszczącego. Nawet niezbyt mocny. Bez przesady. Chociaż dziwaczny. Odruchowo zmarszczyła nos. Jakby woń gnijących resztek ryb nad morzem.
ROZDZIAŁ 50
Meredith wyjęła z szafy talię kart i ostrożnie odsunęła na boki wszystkie cztery rogi czarnego jedwabiu, jakby trzymała w dłoni kruche szkło.
Na wierzchu znajdował się niepokojący obraz Wieży – tło w szarościach i zieleniach, drzewa żywsze tutaj, w to chmurne popołudnie, niż wydawały się w Paryżu. Wpatrzyła się w pierwszą kartę z lekkim zdziwieniem. Miała nieodparte wrażenie, że kiedy Laura składała talię, na wierzchu została Sprawiedliwość. Cóż, najwyraźniej się myliła.
Zrobiła miejsce na biurku, położyła na nim karty, po czym wyjęła z torebki notatnik. Szkoda, że poprzedniego wieczoru nie znalazła czasu, żeby przerzucić zapis wizyty u wróżki z papieru na ekran.
Przez chwilę zastanawiała się, czy gdyby rozłożyła dziesięć kart, które wczoraj wyciągnęła z talii, gdyby się im przyjrzała w spokoju, zobaczyłaby coś więcej. Jednak nie. Mniej interesowało ją samo wróżenie, bardziej informacje na temat kart Bousqueta oraz ich powiązania z Domaine de la Cade, z Vernierami i rodziną Lascombe'ów.
Wydzieliła z talii arkana większe, resztę odłożyła na bok, a te dwadzieścia dwie karty, teraz najważniejsze, rozłożyła w trzech rzędach, umieszczając Głupca nad nimi, tak samo jak to zrobiła Laura. Tym razem wywierały na niej zupełnie inne wrażenie niż poprzednio. Wczoraj ją denerwowały. Jakby trzymając je w ręku, czemuś się poddawała. Dzisiaj natomiast wydawały się przychylnie nastawione.
Przyjrzała się czarno-białym postaciom ze zdjęcia z holu. Osobom zatrzymanym w czasie. Następnie przeniosła spojrzenie na barwne ilustracje na kartach.
Najpierw Le Pagad, z tymi niemożliwie błękitnymi oczami i gęstymi czarnymi włosami, uwieczniony razem z symbolami tarota. Atrakcyjny, ale czy można mu ufać.