Pomógł jej ten zwykły dotyk. Rozluźniła się, odetchnęła spokojniej.
Dłoń Hala zsunęła się niżej, na ramiona, na szyję, musnęła piersi dziewczyny, splotła się z jej palcami. Wargi znaczyły ścieżki na białej skórze.
W Meredith rosła namiętność, gorąca, czerwona jak krew gnająca żyłami, przenikała ją do szpiku kości, od stóp do głów. Dziewczyna uniosła się na łokciach, każdy jej pocałunek zapewniał, że chce więcej. J kiedy wyczekiwanie stało się nie do zniesienia, Hal rozsunął jej nogi. Spojrzała w oczy niebieskie jak najczystszy lód, dostrzegła wszystkie możliwości świata. Najgorsze i najlepsze.
– Jesteś pewna?
Uśmiechnęła się, sięgnęła w dół i poprowadziła go do celu. Wsunął się powoli, delikatnie.
– Mmm… -mruknęła.
Przez chwilę leżeli bez ruchu, napawając się spokojem zespolenia. Potem Hal zaczął się poruszać. Najpierw bardzo wolno, potem szybciej, mocniej. Ciało Meredith z?reagowało samo. Czuła na sobie jego silne ramiona i dłonie. Wdarła się w niego gwałtownym pocałunkiem, rozdzieliła wargi pozbawione słów.
Hal oddychał coraz głośniej, reagował szybciej, a namiętność, pożądanie i natura kazały mu zdążać do ekstazy. Meredith wychodziła kochankowi na spotkanie, ona też zapomniała o całym świecie.
Krzyknął głośno, szarpnął się, oboje znieruchomieli.
Jakiś czas potrwało, zanim jej oddech wrócił do normy, zanim krew przestała szumieć w uszach. Hal przygniatał ją całym ciężarem, wyciska! powietrze z płuc, ale nie chciała się ruszyć. Pogładziła go po gęstych czarnych włosach i zamknęła w objęciach. W pewnej chwili zdała sobie sprawę, że jej kochanek ma mokrą twarz. Że bezgłośnie płacze.
– Już, już… – szepnęła.
– Zechce mi pani opowiedzieć coś o sobie – zażądał Hal. – Pani o mnie wie prawie wszystko, pewnie nawet za dużo, a ja o pani, droga pani Martin, tyle co nic.
– Co za oficjalna przemowa! – Meredith się zaśmiała. – Zaskakuje mnie pan, proszę pana. – Pogładziła go po piersi, zsunęła dłoń niżej.
Hal złapał ją za rękę.
– Mówię poważnie! Nawet nie wiem, gdzie mieszkasz na stałe. Skąd pochodzisz, co robią twoi rodzice… No, mów.
– Niech ci będzie. Jeden życiorys w krótkim streszczeniu, już podaję. Wychowywałam się w Milwaukee, mieszkałam tam do osiemnastego roku życia, potem wyjechałam do college'u w Karolinie Północnej. Następnie studiowałam, pisałam pracę, uczyłam w St Louis i w Seattle i cały czas szukałam funduszy na dokończenie biografii Debussy'ego. Teraz przewijamy taśmę o parę lat do przodu. Moi rodzice adopcyjni postanowili się przeprowadzić z Milwaukee do Chapel Hill. w pobliżu mojej dawnej szkoły. W tym roku zaproponowano mi pracę w prywatnym college'u niedaleko uniwersytetu i w końcu znalazłam wydawcę biografii.
– Powiedziałaś: rodzice adopcyjni?
Meredith westchnęła.
– Moja rodzona matka, Jeanette, nie umiała się mną zająć. Wobec tego Mary, nasza daleka kuzynka, dziesiąta woda po kisielu, zabierała mnie, kiedy Jeanette była chora. A jak się w końcu zrobiło bardzo nieciekawie, zamieszkałam u niej na stałe. Dwa lata później, po śmierci mojej matki, zostałam oficjalnie adoptowana.
Proste, zwykle słowa nie zdradzały, jak naprawdę wyglądał ten trudny czas. Nocne telefony, niezapowiedziane wizyty, krzyki na ulicy, ciężar odpowiedzialności za matkę, jaki mała Meredith dźwigała na swoich wątłych barkach. Rzeczowa relacja nie odzwierciedlała również poczucia winy, które dziewczyna nosiła w sercu przez długie lata. Bo pierwszą reakcją na wiadomość o śmierci matki nie był żal ani smutek, tylko ulga.
Do tej pory nie zdołała sobie wybaczyć.
– Nie miałaś lekkiego życia – podsumował Hal.
Uśmiechnęła się do niego i przysunęła bliżej.
– Miałam sporo szczęścia. Mary jest niezwykłą kobietą. Dzięki niej zaczęłam grać na fortepianie i na skrzypcach. Jej i Billowi zawdzięczam dokładnie wszystko.
Hal się zaśmiał.
– Najwyraźniej faktycznie piszesz biografię Debussy'ego! Meredith lekko uderzyła go w ramię.
– Ty niedowiarku!
Czas jakiś leżeli w przyjaznej ciszy, wtuleni w siebie.
– To jeszcze nie wszystko – odezwał się w końcu Hal. Ruchem głowy
wskazał zdjęcie w ramce, leżące na biurku. – Dobrze się domyślam, prawda?
Meredith usiadła, podciągnęła kołdrę.
– Dobrze się domyślasz.
Widząc, że nie jest gotowa na rozmowę o tej sprawie, Hal postanowił zmienić temat. Usiadł, opuścił nogi na podłogę.
– Przynieść ci coś? Może jakieś picie?
– Przydałaby się szklanka wody.
Zniknął na chwilę w łazience i wrócił z dwiema szklankami do mycia zębów. Z minibaru wyjął dwie butelki wody mineralnej, po czym wrócił pod kołdrę.
– Proszę uprzejmie.
– Dzięki. – Meredith pociągnęła wodę prosto z butelki. – Jeszcze do niedawna wiedziałam tylko, że rodzina mojej matki mogła pochodzić z południa Francji i że w czasie drugiej wojny światowej albo niedługo potem wyemigrowała do Ameryki. Mam fotografię mężczyzny, który wedle wszelkich znaków na niebie i na ziemi, jest moim prapradziadkiem. Pozuje we francuskim mundurze. Zdjęcie zrobiono na placu w Rennes-les-Bains, w tysiąc dziewięćset czternastym. Jakoś musiał trafić do Milwaukee, ale ponieważ nie znałam jego nazwiska, nie mogłam dużo zdziałać. Bardzo dużo w tych stronach Europejczyków, napływali przez cały dziewiętnasty wiek. Pierwszy przybył tam Jacąues Veau, francuski kupiec, który ustanowił punkt wymiany towarów na urwisku, gdzie spotykały się trzy rzeki: Milwaukee, Menomonee i Kinnickinnic.
Opowiedziała Halowi z grubsza o tym, co odkryła od przyjazdu do Domaine de la Cade, trzymając się wyłącznie faktów. Wyjaśniła, dlaczego zabrała fotografię z holu, i wspomniała o utworze fortepianowym, który odziedziczyła po babce, Louisie Martin. Ani słowem nie zająknęła się o kartach. Po wcześniejszej rozmowie w barze miała tego tematu serdecznie dosyć. Poza tym nie chciała Halowi akurat teraz przypominać o stryju.
– Doszłaś do wniosku, że twój nieznany żołnierz nosił nazwisko Ver-nier.
– Rodzinne podobieństwo rzuca się w oczy. Karnacja, rysy twarzy… Może być młodszym bratem albo kuzynem, ale mnie się wydaje, biorąc pod uwagę daty i jego wiek, że jest potomkiem w prostej linii. Synem. -Uśmiechnęła się zadowolona. – Jak schodziłam na kolację, przyszedł list od Mary. Napisała, że w rejestrach cmentarnych w Mitchell Point, w Milwaukee, znajduje się nazwisko Vernier.
– Jego ojcem byt Anatol Vernier?
– Tego nie wiem. Właśnie zamierzam się dowiedzieć. Może być synem Leonie.
– Wtedy nie nazywałby się Vernier.
– Chyba że nie wyszła za mąż.
– Faktycznie.
– Proponuję ci układ. Jutro najpierw ja porozmawiam z panią O'Donnell, a potem ty mi pomożesz prześledzić losy Vernierów.
– Umowa stoi – rzucił lekko, choć w jego głosie na nowo pojawiło się napięcie. – Wiem, że według ciebie, przesadzam, ale naprawdę bardzo liczę na twoją pomoc. Doktor O'Donnell przyjdzie o dziesiątej.
– Mhm… – sapnęła miękko. Oczy jej się zamykały. – Pewnie rzeczywiście łatwiej się dogada z kobietą.
Coraz trudniej było Meredith utrzymać otwarte powieki, więc przestała z nimi walczyć i powoli odpłynęła w sen.
Srebrny księżyc wędrował po czarnym niebie, a daleko w dolinie dzwon odmierzał mijające godziny.
ROZDZIAŁ 67
Śniło jej się, że siedzi przy fortepianie obok schodów. Pod palcami czuła chłód klawiszy. Spływała z nich melodia dobrze znana, ta, którą tak często grała babka Louisa. Muzyka słodka, rozkołysana, ale też niepokojąca. Meredith nigdy nie grała jej tak swobodnie jak teraz.
Potem fortepian zniknął, a ona szła długim, wąskim, zupełnie pustym korytarzem. W prostokątnej plamie światła na jego końcu widziała kamienne stopnie, nierówne, wydeptane, zniszczone przez czas. Odwróciła się, chciała odejść, ale jakoś nie mogła. Cokolwiek robiła, ciągle stała w miejscu. Na pewno znajdowała się w obrębie Domaine de la Cade. ale gdzie dokładnie?
Ruszyła wobec tego do przodu. Światło wydobywało się z wiszącej na ścianie gazowej latarni, sypiącej iskrami. U szczytu schodów stanęła twarzą w twarz ze starym, zakurzonym gobelinem, przedstawiającym scenę myśliwską. Przyglądała się chwilę okrutnym męskim twarzom, smugom krwi na włóczniach. Nie ścigali zwierząt. Ani dzika, ani niedźwiedzia, ani wilka. Ich celem był czarny stwór, stojący na zadnich łapach, zakończonych kopytami. Miał ludzką twarz, wykrzywioną wściekłością. Demon. Ze szponami umazanymi purpurą.
Asmodeusz.
W tle – ogień. Las płonął.
Przekręciła się gwałtownie z boku na bok. We śnie rękami jednocześnie ciężkimi i pozbawionymi wagi pchnęła stare drewniane drzwi. Podłogę zaścielał dywan srebrnego kurzu, połyskującego w świetle księżyca, a może w blasku gazowej latarni?
Choć powietrze było całkiem nieruchome, próżno by w nim szukać wilgoci czy chłodu miejsca od dawna opuszczonego.
Czas skoczył do przodu.
Znowu słyszała fortepian, tym razem jednak dźwięk był dziwacznie zniekształcony. Brzmiał jak odgłosy z karuzeli albo z targowiska, groźne, niebezpieczne.