Выбрать главу

– Obawiam się, że to może być prawda. Myślę, że boi się pan umrzeć, ale nie wiem, czy ma pan wystarczająco dużo sił, żeby żyć.

Oddech lekarza był gorzki od miętówek i od whisky. Miał sucho w ustach i zesztywniały język. Marzył o kieliszku.

Bez przekonania spróbował poruszyć rękoma przywiązanymi do krzesła. W końcu, czując wstręt do tonu samoużalania się we własnym głosie, ale nie mogąc zdobyć się na zachowanie godności, spytał:

– Czego pan ode mnie chce?

– Chcę powstrzymać pana przed udaniem się dziś w nocy do szpitala. Chcę mieć tę cholerną pewność, że nie będzie pan przyjmował dziecka Janet Shane. Stał się pan rzeźnikiem, potencjalnym zabójcą i trzeba pana na czas powstrzymać.

Markwell oblizał suche wargi.

– Ciągle nie wiem, kim pan jest.

– I nigdy się pan nie dowie, doktorze. Nigdy się pan nie dowie.

* * *

Bob Shane nigdy jeszcze tak się nie bał. Powstrzymywał się od płaczu z przesądnej wiary, że otwarte okazanie lęku byłoby kuszeniem losu i sprowadziłoby śmierć na Janet i dziecko…

Pochylił się na krześle, skłonił jeszcze bardziej głowę i modlił się w milczeniu: „Panie Boże, Janet mogła trafić na lepszego ode mnie. Ona jest śliczna, a ja prościuch. Jestem tylko właścicielem małego narożnego sklepu, który nigdy nie będzie miał dużych obrotów, ale ona mnie kocha. Panie, ona jest taka dobra, uczciwa, skromna… nie zasługuje na to, żeby umrzeć. Może Ty zapragnąłeś wziąć ją do siebie, bo już w swojej dobroci dojrzała do nieba. Ale ja jeszcze nie dojrzałem i bez jej pomocy nigdy nie stanę się lepszy”.

Jedno ze skrzydeł poczekalni otwarło się.

Bob podniósł głowę.

Doktorzy Carlson i Yamatta wkroczyli w swoich zielonych szpitalnych fartuchach.

Ich widok tak wystraszył Boba, że powoli wstał z krzesła.

Oczy Yamatty były jeszcze smutniejsze niż zwykle.

Carlson był wysokim, dostojnie wyglądającym mężczyzną, któremu udawało się zachować godną postawę nawet w obwisłym, szpitalnym stroju.

– Panie Shane… przykro mi. Przykro mi… ale pańska żona zmarła podczas porodu.

Bob stał bez ruchu, tak jakby te straszne słowa zmieniły go w kamień. Z tego, co mówił Carlson, docierały do niego tylko strzępy:

– …poważne kłopoty z pracą macicy… jedna z tych kobiet, których budowa w istocie wyklucza poród. Nigdy nie powinna zajść w ciążę. Przykro mi… tak żałuję… wszystko, na co było nas stać… ale dziecko…

Słowo „dziecko” wytrąciło Boba z paraliżu. Zrobił chwiejny krok w kierunku Carlsona.

– Co pan powiedział o dziecku?

– To dziewczynka – powiedział Carlson. – Zdrowa, mała dziewczynka.

Jeszcze przed chwilą Bob myślał, że wszystko stracone. Teraz wpatrywał się w Carlsona, myśląc z kiełkującą nadzieją, że jakaś część Janet nie umarła i że jednak nie został całkowicie sam na świecie.

– Naprawdę? Dziewczynka?

– Tak – powiedział Carlson. – Wyjątkowo śliczne maleństwo. Urodziła się z gęstą ciemnobrązową czuprynką.

Patrząc na Yamattę Bob odezwał się.

– Moje dziecko żyje.

– Tak – powiedział Yamatta. Wyrazisty uśmiech szybko przemknął mu po twarzy. – I zawdzięcza pan to doktorowi Carlsonowi. Obawiam się, że pani Shane nie miała żadnych szans. W mniej doświadczonych rękach dziecko również mogłoby nie przeżyć.

Bob odwrócił się do Carlsona, ciągle lękając się uwierzyć w to, czego się dowiedział.

– Moje… dziecko żyje i to jest jakaś pociecha, prawda?

Lekarze stali w dziwnym milczeniu. Potem Yamatta położył dłoń na ramieniu Boba Shane. Jakby czuł, że taki kontakt z drugim człowiekiem przyniesie tamtemu pocieszenie.

Bob był o pięć cali wyższy i o czterdzieści funtów cięższy niż filigranowy lekarz. Ale to on potrzebował wsparcia. Płakał, złamany smutkiem, a Yamatta obejmował go.

* * *

Obcy pozostał z Markwellem jeszcze przez godzinę, ale teraz już się nie odzywał i nie odpowiadał na żadne z jego pytań. Leżał na łóżku, wpatrując się w sufit, tak pogrążony we własnych myślach, że prawie się nie poruszał.

Lekarz, w miarę jak trzeźwiał, czuł, że narasta w nim pulsujący ból głowy. Jego pijackie ciągi zwykle zaczynały się od użalania nad sobą, a kac powodował, że z kolei sięgał po kieliszek.

W końcu napastnik spojrzał na zegarek.

– Wpół do dwunastej. Muszę iść.

Wstał z łóżka, podszedł do krzesła i znowu wyciągnął spod płaszcza nóż.

Markwell zesztywniał.

– Nadetnę trochę pańskie więzy, doktorze. Jeśli powalczy pan z nimi przez jakieś pół godziny, będzie mógł się pan uwolnić. A mnie starczy czasu na wydostanie się stąd.

Mężczyzna stanął za krzesłem i przystąpił do pracy. Pomimo jego słów Markwell oczekiwał, że ostrze wbije mu się między żebra.

Ale po niespełna minucie obcy odłożył nóż i podszedł do drzwi sypialni.

– Naprawdę ma pan szansę na samoodkupienie, doktorze. Chyba że jest pan na to za słaby, ale miejmy nadzieję, że się mylę.

I wyszedł.

Przez dziesięć minut, w czasie których Markwell usiłował się uwolnić, od czasu do czasu dochodziły go z dołu jakieś hałasy. Oczywiście, napastnik szukał kosztowności. Chociaż wydawał się tak tajemniczy, chyba był tylko włamywaczem o dziwacznym modus operandi.

Dwadzieścia minut po północy Markwell w końcu uwolnił się. Przeguby, boleśnie poobcierane, krwawiły. Chociaż od pół godziny z parteru nie dobiegały żadne dźwięki, wyjął pistolet z szafki przy łóżku i ostrożnie zszedł po schodach. Wchodząc do części domu służącej mu jako biuro przypuszczał, że zastanie apteczkę ogołoconą ze środków narkotycznych, ale zawartość żadnej z dwóch wysokich białych szafek nie była naruszona.

Pospieszył do gabinetu, spodziewając się, że marnie zabezpieczony sejf ścienny będzie otwarty. Był nietknięty.

Zbity z tropu już zamierzał wyjść, kiedy dojrzał puste butelki. Szkła po whisky, ginie, tequili i wódce piętrzyły się w barowym zlewie. Napastnik zatrzymał się tylko po to, żeby odnaleźć i wylać alkohole.

Do barowego lustra był przyklejony krótki list. Napastnik zostawił wiadomość napisaną wyraźnymi, drukowanymi literami.

JEŻELI NIE PRZESTANIE PAN PIĆ, JEŻELI NIE POGODZI SIĘ PAN ZE ŚMIERCIĄ LENNVEGO, TO NIE MINIE ROK, A WŁOŻY PAN SOBIE LUFĘ W USTA I WYSTRZELI MÓZG Z GŁOWY. TO NIE PRZEPOWIEDNIA, TO FAKT.

Ściskając list i broń Markwell rozejrzał się po pustym pokoju, jakby obcy był tu wciąż, niewidoczny jak duch, który może wybierać między widzialnością i niewidzialnością. Kim jesteś?, zapytał w myśli. Kim, do diabła, jesteś?!

Odpowiedział mu tylko wiatr za oknem, ale nie potrafił zrozumieć nic z jego żałosnego zawodzenia.

* * *

Nazajutrz o jedenastej, po wcześniejszym spotkaniu z przedsiębiorcą pogrzebowym w sprawie pochówku Janet, Bob Shane wrócił do szpitala okręgowego. Chciał zobaczyć swoją nowo narodzoną córkę. Najpierw dano mu bawełniany kitel, czepek i chirurgiczną maskę. Potem, pod nadzorem pielęgniarki, kazano dokładnie wyszorować ręce, a następnie pozwolono wejść na salę noworodków, gdzie mógł delikatnie podnieść Laurę z łóżeczka.

W pokoju leżało jeszcze dziewięć innych noworodków. Każdy z nich w ten czy inny sposób był uroczy, ale Bob nie dałby się przekonać, że Laura Jean nie jest z nich wszystkich najsłodsza. Chociaż według popularnych wyobrażeń aniołek powinien mieć niebieskie oczy i jasne włosy, a oczy i włosy Laury były brązowe, to jednak w jej wyglądzie było coś anielskiego. Przez całe dziesięć minut, podczas których trzymał ją na ręku, nie płakała, tylko wodziła oczkami, mrugała i ziewała. W jej spojrzeniu kryło się zamyślenie, jakby przedwczesna świadomość, że nie ma mamy i że ojciec i ona mają w zimnym, niegościnnym świecie tylko siebie nawzajem.