– Nie jesteś głodna?
– Niespecjalnie.
Na jego twarzy odbiło się zdumienie, gdy przypomniał sobie, jakie ilości jedzenia Thea potrafiła pochłaniać na Krecie.
– Może więc innym razem? Co byś powiedziała na piątek? Masz czas?
– Chyba… chyba nie jest to dobry pomysł – rzekła z trudem. – Chwilowo sprawy trochę się skomplikowały.
– Rozumiem…
Zapadła niezręczna cisza. Stali na rogu, nie patrząc sobie w oczy. Wreszcie Thea opamiętała się i ściągnęła z palca pierścionek.
– O mały włos zapomniałabym o nim. Weź, bo jeszcze go zabiorę przez pomyłkę.
Rhys nawet nie drgnął.
– Czemu go nie zatrzymasz? – spytał nieswoim głosem. – Przyjmij go jako podziękowanie.
– Za co?
– Za dzisiejszy wieczór. Za Sophie. – Zawahał się. – Za Kretę…
– Nie mogę – odparła ze ściśniętym gardłem. – To zbyt kosztowny prezent. – Bez powodzenia starała się uśmiechnąć. – W dodatku i tak nie mogłabym go nosić, to przecież pierścionek zaręczynowy.
– Masz rację – odebrał go od niej, schował do kieszeni.
– To ja już pójdę – odezwała się po chwili milczenia.
– Odprowadzę cię do domu.
– Nie bądź niemądry, nie ma takiej potrzeby, jest jeszcze jasno.
W końcu udało jej się go przekonać, by nie jechał z nią do domu, a jemu udało się ją przekonać, że przynajmniej odprowadzi ją na stację.
– Dziękuję za dzisiejszy wieczór – rzekł dość sztywno, gdy stanęli przy bramkach i Thea szukała karty w torebce.
Znów spróbowała się uśmiechnąć, a rezultat nie wypadł ani trochę lepiej niż poprzednim razem.
– Było bardzo miło zobaczyć Sophie – zapewniła. Znalazła kartę i starała się odsunąć od siebie myśl o tym, jak na stacji South Kensington całowała się namiętnie z Rhysem tuż przed przejściem przez bramkę. Teraz nie mogła liczyć na nic podobnego…
– Pójdę już.
– Do widzenia, Theo.
Przeszła przez bramkę, po czym zerknęła przez ramię. Rhys stał, patrząc za nią posępnie. Chciała zawrócić, powiedzieć, że zmieniła zdanie, chętnie pójdzie na kolację i pozwoli się odprowadzić do domu. Wtedy jednak byłoby jeszcze trudniej rozstać się z nim. Musiała odejść, zostawiając mu czas do namysłu.
– Ale dlaczego? – jęknęła Nell. – Nawet nie dałaś mu szansy, by wybrał między tobą a Lyndą!
– Niestety, to nie jest wybór między nami dwiema, tylko między mną a Sophie, tak to urządziła Lynda. I Rhys musi wybrać córkę, nie ma innego wyjścia.
Nie wróciła do domu, tylko pojechała wprost do siostry i rozbeczała się dosłownie już na progu.
– Mam dość facetów z emocjonalnymi problemami i ciągnącą się za nimi skomplikowaną historią – chlipała żałośnie nad filiżanką herbaty. – Następnym razem poszukam sobie kogoś, kto nie ma podobnych problemów.
– W takim razie zacznij się rozglądać wśród nastolatków – poradziła trzeźwo Nell. – Mężczyzna w twoim wieku będzie miał za sobą co najmniej jeden poważniejszy związek, małżeński czy nie. Gdybyś nie była tak skołowana i wykończona przez tę historię z Harrym, rozumiałabyś to i nie bałabyś się stawić temu czoła.
– Nell, ja się przede wszystkim boje, że jak Lynda będzie nas tak bez końca szarpać, to zmienię się w jakąś wredną, zgorzkniałą babę i wreszcie się znienawidzimy.
– Trzeba więc pracować nad tym, by nie zgorzknieć i by się nie znienawidzić. W każdy wartościowy związek należy włożyć sporo wysiłku. Oczywiście będą pojawiać się okresowe trudności, ale pokaż mi parę, między którą zawsze wszystko układa się gładko. – Przerwała na chwilę, po czym podjęła już łagodniejszym tonem: – Nie każdy ma tyle szczęścia co ty, nie każdemu jest dane kochać kogoś równie mocno, jak ty kochasz Rhysa. Nie marnuj tego daru tylko dlatego, że wolałabyś mężczyznę z zupełnie czystą kartą. Sophie zawsze będzie stanowić część jego życia, zresztą przecież to dzięki niej jest człowiekiem, jakiego znasz i podziwiasz. Weź też pod uwagę, jak znakomicie się składa, że obie ogromnie się polubiłyście. Czy można życzyć sobie czegoś lepszego?
– A co z Lyndą? – spytała niepewnie Thea, która powoli zaczynała powątpiewać w słuszność swojej decyzji. A jeszcze kwadrans wcześniej była tak pewna, że dobrze zrobiła i że Nell ją poprze!
– Na pewno od czasu do czasu będzie wam sprawiać kłopoty, ale na twoim miejscu raczej bym jej współczuła, niż się na nią gniewała.
– Współczuć jej? – powtórzyła z niedowierzaniem Thea. – Przecież ona jest piękna, inteligentna, odnosi sukcesy…
– Ale jest przeszłością Rhysa, a ty możesz stać się jego przyszłością. Chyba oczywiste, co jest lepsze.
Rozmowa z siostrą wcale nie pocieszyła Thei, która popadła w czarną rozpacz, dochodząc do wniosku, że pogrzebała swoją jedyną szansę na szczęście. Czekała na jakiś znak od Rhysa, lecz minął wrzesień, drzewa zaczęły tracić liście, a jej nadzieja, i tak wątła, z każdym dniem stawała się coraz słabsza, wreszcie zgasła zupełnie.
– Czemu do niego nie zadzwonisz? – dopytywała się z troską Nell, patrząc na zgaszone oczy siostry.
– Nie mogę. Myślałam o tym wielokrotnie, nawet sięgałam po słuchawkę, ale co ja mu powiem? „Wcale nie udawałam, kiedy mówiłam, że cię kocham. Czy to zaproszenie na kolację nadal jest aktualne?”
– Po prostu zadzwoń, przywitaj się i zobaczysz, jak sytuacja się rozwinie.
– Nell, on ani razu nie powiedział, że mu na mnie zależy. I widać mu nie zależy, skoro się nie kontaktuje.
– Dziwisz mu się? Pewnie myśli, że ty nie jesteś zainteresowana, skoro tak zdecydowanie odrzuciłaś zaproszenie na kolację – argumentowała Nell.
Thea westchnęła ciężko.
– Trudno, podejdę do tego fatalistycznie. Jeśli ma z tego coś być, to będzie, a jak nie, to pewnie Lynda trafiła w sedno. Niewiele nas łączy.
Oprócz poczucia humoru i wspomnienia cudownych dni na Krecie, pomyślała. Oraz ust stworzonych jakby specjalnie dla siebie.
– Uwierz mi, to on musi zdecydować, czego naprawdę chce – powtórzyła nie wiedzieć który raz. Naraz usłyszała, jak trzasnęły drzwi wejściowe. – Czy to Gara wróciła?
– Tak, Simon obiecał odwieźć ją do domu. Poszła grać w kręgle z Sophie.
– Cześć, ciociu! – wrzasnęła Clara i rzuciła się Thei na szyję. – Strasznie długo cię nie widziałam!
– Cały tydzień – sprecyzowała Thea ze śmiechem. – Co u Sophie?
– W porządku.
Gdybyż mogła spytać i o Rhysa! Ale Clara nie odpowiedziałaby jej przecież na pytanie, czy o niej myślał, czy za nią tęsknił, czy również męczył się nocami w pustym, zimnym łóżku…
– Ciociu, pójdziesz ze mną na łyżwy? – spytała błagalnie Clara. – Zrobili nowe lodowisko, ale tata nie chce mnie tam zabrać, a mama nie może z tą nogą.
– Nie jeździłam na łyżwach od lat, a i wtedy ledwo umiałam utrzymać się w pionie. Nie będziesz miała ze mnie żadnego pożytku.
– Ciociu, proooszę! Będzie fajnie, zobaczysz! Cóż było począć?
– Dobrze, skoro tak ci zależy, pójdziemy w przyszły weekend.
W ciągu tygodnia Clara zadzwoniła dwukrotnie, by upewnić się, że ciocia nie zapomniała o swojej obietnicy.
– Tylko bądź koniecznie o drugiej, ciociu!
– Trochę się boję – wyjawiła Thea, gdy posłusznie zjawiła się w sobotę o czternastej w domu siostry. – Na pewno się wywrócę. Obym teraz ja nie złamała nogi!
– Wszystko będzie dobrze – zapewniła Nell, której oczy dziwnie lśniły. – O, jest Clara. Biegnijcie, dziewczyny!
– Życz mi szczęścia – mruknęła Thea.
Ku jej zaskoczeniu Nell objęła ją i uściskała serdecznie.