Выбрать главу

Miejsce na parking to był mit i legenda. Kotłowanina samochodowa prawie jak na Place de 1'Etoile w godzinach szczytu, l od nikogo za skarby świata nie można się dowiedzieć, dokąd jechać i gdzie się zatrzymać, każdy taki nagabnięty z obsługi odwraca się tyłem i ucieka, machając rękami do kogoś innego, sytuacja beznadziejna. Zdenerwowałam się wreszcie, zatrzymałam się na środku jezdni i postanowiłam nie drgnąć tak długo, aż ktoś przyleci, żeby mnie stąd wyrzucić.

Presja okazała się słuszna i rozsądna, dwie minuty nie minęły i już rzucił się na mnie taki w mundurku. Palcem pokazał, gdzie jest parking kasynowy, podziemny, o, tam, na prawo i na lewo! No dobrze, pojechałam tam, wjechałam w podziemia.

Bardzo długo jeździłam w kółko, nie zdając sobie sprawy, że zjeżdżam w dół, tak małe było nachylenie. Pojawiły się w końcu wolne miejsca i zgadłam, że jestem na jakimś niższym poziomie, ale dopiero w windzie pomyślałam, żeby sprawdzić, które to piętro. Okazało się, że czwarte. W porządku, niech będzie czwarte.

Wyszłam z tej windy bezpośrednio na świat.

Znalazłam się wśród nader licznych pagórków, klombów, kwiecia i wodotrysków. Pałac kasynowy razem z tą całą kołomyją przed nim ujrzałam w dole, w odległości bez mała pół kilometra. Deszcz lał. Parasolkę zostawiłam w hotelu w Nicei. Na wszelki wypadek ubrałam się wytwornie i na nogach miałam najwyższe obcasy ze wszystkich posiadanych w dorobku. A droga wiodła dość stromo.

Rozejrzałam się wokół, żeby później rozpoznać miejsce, i stwierdziłam, że można by schodzić pod daszkiem, ale pod tym daszkiem ułożone były idealnie gładkie płyty marmurowe, równie strome jak wszystkie pozostałe alejki. Wyobraziłam sobie, co będzie, jak moje fleki zetkną się z tym śliskim marmurem, i uznałam, że z dwojga złego wolę deszcz niż gwałtowny zjazd na odwłoku, a i po tym porowatym asfalcie też schodziłam jak pokraka. Nie przyszło mi do głowy, żeby zdjąć buty. Zeszłam wreszcie. Zmokłam całkiem przyzwoicie.

W holu kasyna i w przedsionku do sali automatów siedziały dwie wycieczki Japończyków. Dalej, wewnątrz sali, kłębił się tłum, nie wiadomo dlaczego kojarzący mi się silnie z odpustem w Kazimierzu. Pooglądałam co trzeba, pograłam trochę na automacie po 5 franków, bo do tańszych stała kolejka, i udałam się na górę.

I tam, w tych osławionych salonach, panowała atmosfera jak w grobowcu. Drętwo, martwo, acz wcale nie pusto, jakiś ponury, milczący tłum, zbity w ciasne kupy przy nielicznych otwartych stołach ruletki. Krupierzy mieli wyraz twarzy pełen nagany i potępienia, może i słusznie, w końcu było to miejsce rozpusty...

Zagrać w ogóle się nie dało. To znaczy owszem, przy wejściu dostaje się jeden żeton dla zachęty, coś z tym żetonem musiałam zrobić, postawiłam na byle co rękami krupiera, bo własnymi nie miałam szans, to coś nie przyszło i cześć. Z rozpaczy usiadłam przy barze i piłam wino, posępnie kontemplując architekturę.

I pomyśleć, że lata całe człowiek wyobrażał sobie kasyno w Monte Carlo jako miejsce rozrywkowe, podniecające i wesołe...!

Wytworny strój był mi potrzebny jak dziura w moście. Mogłam przyjść boso i w klapkach, a może nawet w dżinsach, których, na szczęście, w ogóle nie posiadam. O żadnych kelnerach, biegających wśród gości z drinkami, mowy nie ma, gorzej, nie wolno zbliżać się nawet do stołu z napojem w ręku. Obsługi tyle co kot napłakał i nikt szczęśliwym graczom nie wymienia żetonów z powrotem na pieniądze, niech sobie sami latają do kasy...

Porzuciłam ten cały pałac i udałam się obok, do nowego kasyna, niedawno otwartego.

No i to wreszcie było COŚ. Hala automatów o rozmiarach, na moje oko, dwóch hektarów, jeśli nie lepiej. Wybór wstrząsający! Ostatnie słowo elektroniki, automaty już nawet nie prztykane, a dotykane, automaty, na których można wybrać sobie dowolną z sześciu gier! Tam dopiero panowało życie rozszalałe! Na dobrą sprawę można by tam spędzić miesiąc i jeszcze wszystkiego nie wypróbować.

Z dumą patriotyczną komunikuję, że jeden taki szczytowy automat, ostatni krzyk, zainstalowano w Grandzie. Dotykany i gry do wyboru. Stawka wynosi 25 groszy.

Potrwało to wszystko trochę, a tą wysoce malowniczą, nadmorską drogą wolałam wracać do Nicei za dnia, a nie po nocy. Wyszłam zatem i rozpoczęłam poszukiwanie samochodu.

Do pagórków trafiłam bez problemu, były widoczne z daleka. Po czym okazało się, że cześć pieśni, pojęcia nie mam co dalej, same klomby w obmurowaniach, same wodotryski, wszystkie jednakowe, a wejścia nigdzie. Żadnego znaku, żadnej informacji. Deszcz już tylko mżył, a chwilami całkiem ustawał i wychylało się zachodzące słoneczko, obeszłam zatem te wdzięczne tereny dość dokładnie. Na litość boską, wyjechałam przecież windą na samą górę, gdzieś ta winda powinna się znajdować, sterczeć ponad gruntem, w ziemię się chyba nie zapadła?! Nie ma jej, nic nie sterczy, poza roślinnością, no i fontanny, owszem, biją w górę, ale razem z fontanną przecież nie wyszłam...? Zauważyłabym, mimo deszczu... Gdzie, u diabła, może być wejście...?!

Najpierw postanowiłam wrócić na dół i wejść tak, jak wjechałam, drogą samochodową. Potem przypomniało mi się moje jeżdżenie w kółko i zmieniłam zdanie. Postanowiłam dopaść jakiegoś z obsługi i zażądać, żeby odnalazł mój samochód, skoro sami mnie do tego garażu skierowali. Już ruszyłam ku dołowi, kiedy wreszcie na tym bezludziu pojawił się jakiś facet. Dopadłam go natychmiast, rozpaczliwie pytając, jak, do pioruna ciężkiego, wchodzi się na parking?!

- A o, tam, za klombem z kwiatami - odparł z miłym uśmiechem.

W dramatycznych chwilach życiowych znam doskonale wszystkie języki świata.

- O nie, kochany - rzekłam stanowczo. - Ja za tym klombem już byłam. Parę razy. Za innymi klombami też. Tam nic nie ma. Pan mi to musi pokazać!

Moje życzenie rozweseliło go wyraźnie, wziął mnie za rękę i doprowadził. Chryste Panie! Schody ruchome w dół,

niczym nie oznaczone, w tych kwiatach i kaskadach kompletnie niewidoczne, w dodatku milczące, bo ruszały na fotokomórkę! Mogłam ich szukać do sądnego dnia.

Zjechałam nimi kawałek, jedno piętro, windę znalazłam po długiej chwili, niepewna, czy jest to winda właściwa, przypomniałam sobie, że stoję na czwartym poziomie, i wreszcie ujrzałam własny samochód. Tyle że z tego wszystkiego wyjechałam nim pod włos, wjazdem, a nie wyjazdem, sprzecznie z jednym kierunkiem ruchu. Na górze stał gliniarz, który, o dziwo, nie zrobił mi nic złego, kiwał tylko głową z wyraźnym politowaniem.

Gdzie natomiast znajduje się ta winda, którą wcześniej wyjechałam na świeże powietrze, do tej pory nie mam pojęcia.

Obawiam się, że nie pokochałam Monte Carlo.

W Aix-en-Provence trafiłam na trente et ąuarante i powiało mi fin de siècle’em.

Bardzo śmieszna gra. Ogólnie polega na tym, że krupier rozkłada karty w dwóch rzędach i wygrywa ten kolor, w którym suma punktów (wartości kart, liczonych tak samo jak w black-jacku) mieści się w granicach pomiędzy 30 a 40 i najbardziej jest do tych trzydziestu zbliżona. Ponadto można zgadywać, będzie kolor czy go wcale nie będzie, a zależy to od pierwszej karty wygrywającego rzędu, czerwona ona czy czarna, pasuje do wygrywającego koloru czy nie. Niby skomplikowane, a w gruncie rzeczy proste, debil może w to grać, zgadując na chybił-trafił.

Zważywszy, iż grałam w trente et ąuarante po raz pierwszy w życiu, rzecz oczywista wygrałam, i to całkiem nieźle, bo z emocji zapomniałam rozmienić stufrankowe żetony na drobniejsze i grałam tymi stufrankowymi. Poniechałam gry, wygrana, kiedy siła wyższa dała mi wyraźny znak.

Mianowicie wtrąciła się dusza, mówiąca z naciskiem, że teraz będzie czarne, będzie czarne, będzie czarne, grać, postawić podwójnie, poczwórnie, grać, do diabła, będzie czarne!!! No i cześć, jak w tylu już wypadkach, sparaliżowało mi rękę, stałam jak ten pień, czekając na wynik, nie zagrałam wcale i oczywiście, jasna sprawa, przyszło czarne. Wtedy pojęłam, że nastąpił koniec fartu, szczęśliwa passa pękła i nie mam co się dalej wygłupiać. Poszłam sobie zatem gdzie indziej.