«Gdyby tylko mógł się pan spotkać z Rossim lub przynajmniej z tym archeologiem… Georgescu» – westchnąłem.
«Zapewne. – Dziwnie się uśmiechnął. – Gdybyśmy spotkali się tam z Rossim i połączyli naszą wiedzę, zanim nie było za późno».
Zastanawiałem się, czy ma na myśli czasy sprzed rewolucji bułgarskiej, czy kiedy jeszcze ja się u niego nie pojawiłem. Nie chciałem o to pytać. Po chwili jednak sam wyjaśnił:
«Widzicie, swoją pracę przerwałem gwałtownie. Kiedy wróciłem z rejonów Baczkowa, pełen planów na wyprawę do Rumunii, w swoim mieszkaniu w Sofii ujrzałem przerażający widok».
Umilkł i zamknął oczy.
«Staram się zapomnieć o tamtym dniu. Na początek muszę wyjaśnić, że miałem niewielkie mieszkanie w pobliżu muru rzymskiego – bardzo starożytnego miejsca – a ja uwielbiałem to starodawne miasto ze względu na jego historię. Książki, papiery oraz dokumenty dotyczące Baczkowa i okolicznych monasterów zostawiłem na biurku, a sam udałem się do pobliskiego sklepu, by zrobić zakupy. Kiedy wróciłem, ujrzałem, że ktoś zrobił w moim mieszkaniu dokładną rewizję. Przejrzał wszystkie moje rzeczy, po wy walał książki z półek i myszkował w szafie. Na biurku, na porozrzucanych papierach, dostrzegłem niewielką smugę krwi. Sam wiesz, jak wygląda atrament… kleksy… strona… – Urwał i popatrzył na nas przenikliwie. – A na środku biurka leżała książka, której nigdy wcześniej nie widziałem…»
Zerwał się gwałtownie z miejsca i zniknął w sąsiednim pokoju, skąd zaczęły dobiegać dźwięki przesuwanych na półkach książek. W pierwszej chwili chciałem mu pomóc, ale siedziałem na krześle jak wmurowany i patrzyłem bezradnie na Helen, która również sprawiała wrażenie sparaliżowanej.
Niebawem pojawił się Stoiczew, dźwigając w ramionach wielkie folio. Oprawione było w wytartą skórę. Położył księgę na stole, otworzył ją drżącymi rękami i bez słowa pokazał nam jej puste karty z wizerunkiem smoka w środku. Tutaj smok wydawał się mniejszy, gdyż księga miała wielki format, ale z całą pewnością był to ten sam drzeworyt, łącznie ze smugami, jaki widziałem w książce Hugh Jamesa. Dostrzegłem też inne smugi na żółtawym marginesie, nieopodal szponów smoka. Wskazał je również Stoiczew, lecz najwyraźniej zżerały go jakieś emocje – odraza, lęk – gdyż na chwilę zapomniał, kim jesteśmy, i mruknął po bułgarsku:
«Kńw. Krew».
Pochyliłem się niżej nad drzeworytem. Brązowa smuga najwyraźniej była odciskiem czyjegoś palca.
«Dobry Boże! – Przypomniałem sobie własnego, nieszczęsnego kota i Hedgesa, przyjaciela Rossiego. – Czy ktoś lub coś było w mieszkaniu? Co pan zrobił po znalezieniu tego śladu?»
«Nie było nikogo – odparł cicho Stoiczew. – Wychodząc, zamknąłem drzwi na zamek, który wciąż był nietknięty, kiedy wróciłem. A w środku panował bałagan. Wezwałem policję. Obejrzeli mieszkanie i na koniec… jak byś to powiedział?… wzięli do analizy próbkę krwi. Szybko doszli, czyja to krew».
«Czyja?» – Zaintrygowana Helen aż pochyliła się do przodu.
Stoiczew przygarbił się, sprawiał wrażenie, jakby zapadał się w siebie. Na pomarszczone czoło wystąpiły mu grube krople potu.
«Moja».
«Ale…»
«Nie, oczywiście że nie. Nie było mnie w mieszkaniu. Ale policja stwierdziła, że sam to wszystko zaaranżowałem. Nie pasował tylko sam odcisk palca. Oświadczyli, że nigdy jeszcze takiego nie spotkali… nie miał prawie linii papilarnych. Oddali mi księgę i papiery. Zostałem ukarany grzywną za robienie sobie żartów z wymiaru sprawiedliwości. Poza tym mało nie straciłem posady wykładowcy».
«I wtedy zarzucił pan dalsze badania?» – zapytałem.
Stoiczew bezradnie wzruszył chudymi ramionami.
«To był tylko plan, który zarzuciłem. Mimo to mogłem wszystko kontynuować, gdyby nie to. – Powoli odwrócił kartę folio. – Gdyby nie to…»-powtórzył.
Ujrzeliśmy wypisane wyblakłym już atramentem, pięknym, archaicznym, ręcznym pismem, jedno słowo. Znając trochę słynny alfabet Cyryla, rozszyfrowałem je bez trudu. Helen przeczytała na głos:
«STOICZEW. To pana nazwisko. Coś okropnego!»
«Wiem. Moje nazwisko wypisane średniowiecznym charakterem pisma i średniowiecznym atramentem. Zawsze żałowałem, że stchórzyłem i nie kontynuowałem badań. Ale bałem się. Myślałem, iż coś mi się przydarzy – tak jak przydarzyło się pani ojcu, madame».
«Miał pan wszelkie powody, aby się bać – powiedziałem staremu naukowcowi. – Ale wciąż wierzymy, że dla profesora Rossiego nie jest jeszcze za późno».
Stoiczew wyprostował się na krześle.
«Racja. Jeśli tylko odnajdziemy Sveti Georgi. Przede wszystkim musimy pojechać do Monasteru Rilskiego i przestudiować pozostałe listy brata Kiryła. Jak już mówiłem, nigdy nie wiązałem ich z Kroniką Zachariasza. Nie mam kopii tych dokumentów, gdyż istnieje zakaz ich publikowania. Kilku historyków – w tym ja – prosiło o ich udostępnienie, ale otrzymało odpowiedź odmowną. Poza tym w Monasterze Rilskim jest ktoś, z kim powinniście porozmawiać. Nie wiem tylko, czy wam pomoże».
Stoiczew najwyraźniej chciał powiedzieć coś jeszcze, ale na schodach rozległy się czyjeś ciężkie kroki. Profesor próbował dźwignąć się z krzesła, po czym przesłał mi błagalne spojrzenie. Natychmiast zabrałem folio ze smokiem, przeniosłem je do sąsiedniego pokoju i ukryłem za jednym z pudeł. Do Stoiczewa i Helen dołączyłem na chwilę przed pojawieniem się w progu biblioteki Ranowa.
«Ha! – wykrzyknął. – Konferencja historyków. Ale zaniedbał pan swoich innych gości, profesorze. – Zaczął bezczelnie grzebać wśród rozłożonych na stole książek i papierów, aż w końcu natrafił na stary żurnal z Kroniką Zachariasza. – A więc to was tak interesuje? – Prawie się uśmiechnął. – Zapewne ja też powinienem to przeczytać, aby się trochę dokształcić. Tak mało wiem o średniowiecznej Bułgarii. Zwłaszcza że pańska tak bardzo atrakcyjna siostrzenica wcale nie zwraca na mnie uwagi. Chciałem zaprowadzić ją w ustronne miejsce pańskiego ślicznego ogrodu, ale ona stanowczo odmówiła».
Stoiczew poczerwieniał i chciał coś odpowiedzieć, ale, ku memu zdumieniu, wyręczyła go w tym Helen.
«Niech pan trzyma swoje brudne łapy funkcjonariusza z daleka od tej dziewczyny – warknęła, spoglądając Ranowowi prosto w oczy. – Ma pan dokuczać nam, nie jej».
Dotknąłem ramienia Helen, dając znak, by nie rozwścieczała naszego opiekuna. Mogłoby się to skończyć kompletną katastrofą. Ale Helen wymieniła tylko przeciągłe spojrzenie z Ranowem i oboje odwrócili się od siebie.
Tymczasem Stoiczew najwyraźniej ochłonął.
«Proszę pana – powiedział spokojnym już tonem. – Nasi goście koniecznie muszą udać się do Monasteru Rilskiego. To niezbędne w ich badaniach. Chciałbym im towarzyszyć i mieć ten honor, by osobiście zaprezentować tamtejszą bibliotekę».