Выбрать главу

«To jest profesor Sandor, dziekan wydziału historycznego uniwersytetu w Budapeszcie, a jednocześnie wybitny mediewista» – przedstawiła białego pudla, a ja pośpiesznie wymieniłem swoje imię i nazwisko.

Profesor Sandor zgniótł mi dłoń w żelaznym uścisku i oświadczył, że to wielki honor gościć mnie na tej konferencji. Przez chwilę zastanawiałem się, czy jest bliskim znajomym tajemniczej ciotki. Ku memu zdziwieniu mówił poprawną, choć powolną angielszczyzną.

«Cała przyjemność po naszej stronie – zapewnił mnie gorąco. – Z niecierpliwością czekamy na pański jutrzejszy wykład».

Unikając wzroku Helen, odwzajemniłem się stwierdzeniem, że udział w konferencji to dla mnie wielki zaszczyt.

«Wyśmienicie! – zagrzmiał profesor Sandor. – Darzymy ogromnym respektem uniwersytety w pańskim kraju. Niech nasze dwa kraje zawsze żyją w pokoju i przyjaźni. – Wzniósł na moją cześć toast kieliszkiem wypełnionym trunkiem o zapachu medykamentu. Natychmiast odwzajemniłem jego gest, gdyż w sposób wręcz magiczny taki sam kieliszek znalazł się nagle w mojej dłoni. – Pragniemy jak najbardziej uprzyjemnić panu pobyt w naszym ukochanym Budapeszcie. Proszę tylko bez skrępowania wyrażać swoje życzenia».

Jego ciemne oczy, błyszczące młodzieńczym blaskiem w podstarzałej twarzy i osobliwie kontrastujące z gęstą, białą czupryną przypomniały mi Helen. Odniosłem nagle wrażenie, że polubię tego człowieka.

«Dziękuję, profesorze» – powiedziałem szczerze i Węgier klepnął mnie wielką dłonią w plecy.

«A teraz proszę się ugościć. Proszę jeść, pić, a w międzyczasie utniemy sobie pogawędkę».

Jednak po tych słowach natychmiast zniknął w tłumie, by pełnić swoje inne, rozliczne obowiązki. Natychmiast otoczyli mnie pracownicy wydziału i goszczący na konferencji naukowcy, z których niejeden był młodszy ode mnie. Tłocząc się wokół mnie i Helen, zasypali nas gradem pytań. Mówili po niemiecku, po francusku i w jakimś innym języku, zapewne rosyjskim. Byli tak bardzo ożywieni, serdeczni i przyjacielscy, że stopniowo zaczęło opuszczać mnie zdenerwowanie. Helen przedstawiała mnie z wdziękiem, lecz bez poufałości, wyjaśniając jednocześnie istotę naszych wspólnych badań, mających zaowocować obszerną publikacją w jednym z amerykańskich czasopism naukowych. Otaczali ją pełni entuzjazmu ludzie, zadając wiele pytań po węgiersku. Kiedy ściskała im dłonie, a niektórych dawnych współpracowników całowała jowialnie w policzek, na twarz wystąpiły jej rumieńce. Najwyraźniej nikt o niej tu nie zapomniał. Zresztą jak ktokolwiek mógł to zrobić? – błysnęła mi myśl. Zauważyłem, że na sali przebywa sporo kobiet, starszych lub młodszych od niej, lecz ona wszystkie je przyćmiewa swoją osobą. Była wyższa, bardziej światowa, pewniejsza siebie, o szerokich ramionach i szlachetnym kształcie głowy, na jej twarzy malował się wyraz pewności siebie i lekkiego dystansu. Ognisty trunek zaczynał już krążyć mi w żyłach, więc by nie patrzeć na Helen, zwróciłem się do jednego z pracowników wydziału.

«Czy często organizujecie tu takie konferencje?» – Sam właściwie nie wiedziałem, o co pytam, ale musiałem coś powiedzieć, by oderwać wzrok od Helen.

«0 tak – odparł z dumą mój rozmówca. Był niskim człowiekiem około sześćdziesiątki, w szarej marynarce i szarym krawacie. – Na naszym uniwersytecie odbywa się wiele międzynarodowych imprez tego typu, zwłaszcza teraz».

Zamierzałem właśnie zapytać go, co rozumie przez «zwłaszcza teraz», lecz nieoczekiwanie zmaterializował się profesor Sandor, prowadząc ze sobą przystojnego mężczyznę, który najwyraźniej pałał chęcią poznania mnie.

«Pragnę przedstawić panu profesora Józsefa Gezę. Bardzo chce zawrzeć z panem znajomość».

W tej samej chwili popatrzyła w naszą stronę Helen i ku swemu zdziwieniu zauważyłem na jej twarzy wyraz wielkiego niezadowolenia wręcz odrazy? Natychmiast, jakby idąc mi z odsieczą, ruszyła w naszą stronę.

«Jak się masz, Geza?» – powiedziała, potrząsając chłodno i z rezerwą jego dłoń, zanim ja sam zdążyłem przywitać się z nowym znajomym.

«Miło cię znów widzieć, Elena» – odparł profesor Geza, składając lekki ukłon.

Wyczułem w jego głosie jakiś osobliwy ton. Było w nim trochę szyderstwa, ale też wiele innych emocji. Przez chwilę zastanawiałem się, czy rozmawiają po angielsku jedynie przez wzgląd na moją obecność.

«Też cieszę się, że cię widzę – odparła bezbarwnym głosem. – Pozwól, że przedstawię ci mego kolegę, z którym razem pracujemy w Ameryce…»

«Miło mi pana poznać» – powiedział z czarującym uśmiechem na przystojnej twarzy.

Był wyższy ode mnie, miał gęste, kasztanowe włosy i pewność siebie człowieka najgłębiej przekonanego o swej męskości. Pomyślałem, że wspaniale prezentowałby się na końskim grzbiecie, pędząc przez równiny i gnając przed sobą stada owiec. Uścisnął mi serdecznie dłoń, a drugą ręką, w koleżeńskim geście, siarczyście wyrżnął w ramię. Nie rozumiałem, dlaczego Helen uważała go za odrażającego typa, ale wyraźnie widziałem, że tak dokładnie go traktuje.

«Jutro wygłosi pan referat? To dla nas honor… – Urwał na chwilę. Mój angielski nie jest najlepszy. Może woli pan przejść na francuski lub niemiecki?»

«Jestem przekonany, że pański angielski jest znacznie lepszy niż mój francuski lub niemiecki» – odparłem szybko.

«Bardzo pan uprzejmy. – Jego uśmiech przypominał ukwieconą łąkę. – Rozumiem, że pańskie zainteresowania koncentrują się wokół dominacji Osmanów w Karpatach?»

Wieści rozchodzą się tu równie szybko jak u nas – pomyślałem.

«To prawda – przyznałem. – Niemniej jestem pewien, że na waszej uczelni pogłębię swoją wiedzę».

«Na pewno nie – mruknął uprzejmie. – Ale ja studiowałem trochę ten temat i z największą chęcią przedyskutuję z panem kilka kwestii».

«Profesor Geza ma bardzo szerokie zainteresowania» – włączyła się nieoczekiwanie do rozmowy Helen.

Ton jej głosu mógłby zmrozić w żyłach krew. Cała sytuacja stanowiła dla mnie zagadkę i dopiero po chwili uprzytomniłem sobie, że na wszystkich uniwersyteckich wydziałach trwała między pracownikami nieustanna, podziemna wojna, a budapeszteńska uczelnia nie stanowiła w tym wypadku wyjątku. Zanim wymyśliłem jakąś dyplomatyczną odpowiedź, Helen gwałtownie odwróciła się w moją stronę.

«Profesorze, czeka nas jeszcze kolejne spotkanie» – powiedziała, a ja przez chwilę nie miałem pojęcia, o czym mówi. Ujęła mnie energicznie pod ramię.

«Rozumiem, jesteście państwo bardzo zajęci – oświadczył z wyraźnym żalem profesor Geza. – Porozmawiamy zatem o kwestiach tureckich innym razem. Z największą chęcią oprowadziłbym pana po naszym mieście, profesorze. Moglibyśmy razem zjeść lunch…»

«Profesor będzie bez reszty zajęty sprawami związanymi z konferencją» – odrzekła Helen.

Uścisnąłem rękę mężczyzny na tyle ciepło, na ile pozwalał mi lodowaty wzrok Helen. Następnie profesor Geza ujął jej dłoń.

«Z jaką radością znów cię widzę w ojczyźnie» – oświadczył, nisko się skłonił i pocałował ją w dłoń.

Helen szybko cofnęła rękę, a na jej twarzy pojawił się dziwaczny grymas. W jakiś sposób gest mężczyzny poruszył ją do głębi – pomyślałem i w jednej chwili straciłem całą sympatię do czarującego, węgierskiego historyka. Helen ponownie zaprowadziła mnie do profesora Sandora, gdzie przeprosiliśmy, że musimy wcześniej opuścić spotkanie, wyrażając jednocześnie wielką radość z uczestnictwa w konferencji następnego dnia.