Popatrzyłem na nie lekko oszołomiony. Obie wspaniałe kobiety spoglądały na mnie z uśmiechem. Zauważyłem lustrzane wręcz odbicie cechującej Helen ironii w twarzy jej ciotki, choć z drugiej strony Helen najwyraźniej przejęła po Evie promienny uśmiech. Doprawdy trudno byłoby wystrychnąć na dudka kogoś tak rozgarniętego i bystrego jak Eva Orban. Ostatecznie przebyła długą drogę z nic nieznaczącej, rumuńskiej wioski, do najwyższych stanowisk w węgierskim rządzie.
«Z największą przyjemnością zaspokoję ciekawość twojej cioci – odrzekłem. – Powiedz jej, że specjalnością mojej matki są klopsy z makaronem i serem».
«Klopsy. – Wyjaśnienie moich słów przez Helen sprawiło, iż na twarzy jej ciotki zagościł szeroki uśmiech. – Ciotka prosi, byś przekazał swojej mamie w Ameryce jej pozdrowienia i gratulacje, że ma tak sympatycznego syna. – Kompletnie zbity z tropu, oblałem się gorącym rumieńcem, lecz obiecałem, że przekażę matce słowa Evy. – A teraz zabierze nas do restauracji, gdzie poznasz prawdziwą kuchnię dawnego Budapesztu».
W kilka chwil później siedzieliśmy już w prywatnym samochodzie Evy – swoją drogą nie było to bynajmniej proletariackie auto – a Helen, przy aprobacie swej ciotki, informowała mnie o mijanych przez nas okolicach. Powinienem tu wspomnieć, że podczas naszych spotkań ciotka Helen ani razu nie odezwała się po angielsku, lecz odniosłem wrażenie, iż chodziło tu tylko o zasadę – antyzachodni protokół? – i o nic więcej. Kiedy wymieniałem z Helen uwagi, ciotka najwyraźniej dobrze wiedziała, o czym mówimy, zanim jeszcze siostrzenica przetłumaczyła nasze słowa. Było to tak, jakby Eva składała lingwistyczną deklarację, że do spraw Zachodu należy podchodzić z wielkim dystansem, nawet z odrazą, lecz poszczególni przedstawiciele tamtych regionów świata są całkiem do przyjęcia i zasługują na to, by okazać im węgierską gościnność. W końcu przyzwyczaiłem się do rozmowy z nią za pośrednictwem Helen tak bardzo, że prawie zacząłem rozumieć ich obco brzmiącą dla mnie mowę.
Pewne rzeczy jednak nie wymagały tłumaczenia ani interpretacji. Po tej kolejnej, zapierającej dech w piersiach jeździe wzdłuż rzeki przejechaliśmy przez Szechenyi Lanchid, łańcuchowy most Szechenyiego, jeden z cudów dziewiętnastowiecznej inżynierii, nazywany tak od nazwiska jednego z największych miłośników Budapesztu, hrabiego Istvana Szechenyia. Kiedy skręcaliśmy na most, toń Dunaju odbijała w przedwieczornym blasku przepiękne sylwetki zamku i kościołów w Budzie, do której zmierzaliśmy. Wszystko zalewało cudowne, brązowozłote światło przedwieczerza. Sam most tworzył wspaniały monolit. Z obu stron strzegły go lwy couchants i wieńczyły dwa, podtrzymujące most, olbrzymie łuki triumfalne. Malujący się na mej twarzy podziw wywołał lekki uśmiech u Evy. Siedząca między nami Helen również uśmiechnęła się z dumą.
«Tak, to naprawdę piękne miasto» – stwierdziłem.
Eva wyciągnęła rękę i uścisnęła mi łokieć, jakbym był jednym z jej dorosłych synów.
Helen wyjaśniła mi, że jej ciotka chce opowiedzieć mi o odbudowie tego mostu.
«Budapeszt został bardzo zniszczony podczas ostatniej wojny – tłumaczyła. – Jeden z naszych mostów nie został jeszcze całkowicie odremontowany, jak również wiele zabytkowych budowli. W wielu miejscach miasta możesz zauważyć prace budowlane. Ale ten most odbudowano w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym dziewiątym ze względu na jego… jak to powiedzieć?… stulecie. Jesteśmy bardzo z niego dumni. A ja jestem szczególnie dumna, gdyż to moja ciocia sprawiła, że most został zrekonstruowany «.
Eva z uśmiechem skinęła głową, udając, że nie rozumie nic z tego, co powiedziała jej siostrzenica.
W chwilę później wjechaliśmy do tunelu, który prowadził pod samym zamkiem, a Eva oświadczyła nam, że wybrała jedną ze swych ulubionych restauracji, «naprawdę węgierskich», przy ulicy Attily Józsefa. Wciąż zadziwiały mnie nazwy budapeszteńskich ulic, jedne z nich całkowicie dla mnie obce i egzotyczne, jak ta, inne przywołujące mi w pamięci liczne lektury. Ulica nosząca nazwę Attily okazała się równie okazała jak inne arterie miasta, i nie miała nic wspólnego z błotnistym szlakiem, wzdłuż którego rozłożyły się obozowiska Hunów, pożerających w siodłach surowe mięso. Restauracja była niezwykle wytworna. Maitre d'hotel ruszył spiesznie w naszą stronę, witając Evę po imieniu. Najwyraźniej była przyzwyczajona do takich honorów. Niebawem zasiedliśmy przy najlepszym stoliku, skąd mieliśmy przepyszny widok na wielkie drzewa i starodawne budynki, przechodniów w letnich ubraniach i samochody przemierzające ulice miasta. Z wielką ulgą rozparłem się na krześle.
Zamawiała oczywiście Eva i niedługo pojawiły się pierwsze dania wraz z mocnym trunkiem zwanym pdlinka. Helen wyjaśniła mi, iż trunek ten destylowany jest z moreli.
«Teraz skosztujemy czegoś, co najbardziej do tego pasuje – wyjaśniła Eva za pośrednictwem Helen. – Zamówiłam hortobdgyi palacsinta. To rodzaj naleśników z nadzieniem z cielęciny, tradycyjna potrawa pasterzy z węgierskiej puszty. Posmakują ci».
Posmakowały, podobnie jak kolejne dania – duszone mięso z kartoflami i cebulą, ziemniaki z salami i jajkami na twardo, sałatki, baranina z zieloną fasolą i wspaniały, chrupiący razowiec. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo jestem głodny po wyczerpującej podróży i pełnym wrażeń dniu. Helen i jej ciotka pałaszowały jedzenie z takim apetytem, jakiego żadna Amerykanka nie śmiałaby publicznie okazać.
Podczas kolacji Eva opowiadała, a Helen tłumaczyła jej słowa. Od czasu do czasu zadawałem jakieś pytanie, lecz głównie zajmowałem się jedzeniem i słuchałem tego, o czym mówiła ciotka Helen. Eva najwyraźniej ani na chwilę nie zapominała, że jestem historykiem. Podejrzewała jednak, iż moja znajomość historii Węgier jest raczej mierna, a nie chciała, żebym skompromitował ją podczas konferencji. Może zresztą kierowała się tylko uczuciem patriotyzmu w stosunku do kraju, w którym od tak dawna przebywała na emigracji. Ale bez względu na kierujące nią motywy, mówiła ze swadą i tak potoczyście, że prawie potrafiłem wyczytać z jej wyrazistej, ożywionej twarzy następne zdanie, zanim jeszcze Helen je przetłumaczyła.
Tak więc, kiedy już wznieśliśmy pdlinką toasty za przyjaźń łączącą nasze kraje, jeszcze nad pasterskimi naleśnikami, zaczęła się opowieść o początkach Budapesztu. W czasach rzymskich mieścił się tu garnizon zwany Aąuincum, którego pozostałości przetrwały do dzisiaj. Barwnie opisała najazd Hunów pod dowództwem Attyli, do którego doszło w piątym wieku. Osmanowie mieli jednak lepsze maniery – pomyślałem. Przy duszonym mięsie z warzywami – przy gulyds, choć Helen zapewniła mnie, że nie jest to prawdziwy węgierski gulasz – Eva wdała się w długi opis inwazji na ziemie Madziarów w dziewiątym wieku. Przy ziemniakach z salami, znacznie smaczniejszych niż klops z makaronem i serem, opowiedziała o koronacji w tysiąc pierwszym roku króla Stefana 1 – późniejszego świętego Istvana – której dokonał sam papież.
«Ubierał się wprawdzie jeszcze w zwierzęce skóry – mówiła ciotka Eva – ale był pierwszym węgierskim królem. To on sprowadził na Węgry chrześcijaństwo. Na jego imię natkniesz się w Budapeszcie dosłownie wszędzie».