Выбрать главу

42

«Ale dlaczego nie wezwaliście policji? W tych okolicach kręci się jej aż za dużo. – Hugh odłamał kawałek chleba i zaczął go żuć. – Żeby coś takiego przytrafiło się w międzynarodowym hotelu!»

«Wezwano policję – zapewniłem. – Zrobił to za nas hotelowy urzędnik. Oświadczył, że funkcjonariusze pojawią się dopiero nocą lub nad ranem. Zabronił nam czegokolwiek dotykać w pokojach i przeniósł nas do innych kwater».

«Co takiego? – Hugh popatrzył na mnie okrągłymi jak spodki oczyma. – Pokój panny Rossi też splądrowano? Czy w hotelu ucierpiał ktoś jeszcze?»

«Bardzo wątpię» – odparłem ponuro.

Siedzieliśmy w ogródku jednej z restauracji w Budzie, nieopodal Góry Zamkowej, skąd mieliśmy przepyszny widok na Dunaj i rozciągający się na jego drugim brzegu Peszt z masywną sylwetką gmachu parlamentu. Na dworze wciąż jeszcze było jasno i zaróżowione przedwieczorną łuną niebo odbijało się barwnie w falach rzeki. Hugh specjalnie wybrał to miejsce. Jak mi wyjaśnił, pojawiali się tam budapeszteńczycy w różnym wieku, włóczyli się po ulicach, przystawali przy kamiennej balustradzie, poniżej której toczył swe wody Dunaj, podziwiając z zachwytem wspaniałą panoramę, jakby zawsze było im jej mało. Hugh zamówił kilka miejscowych potraw, które kazał mi próbować, oraz wszechobecny, brązowy, chrupiący chleb. Zaordynowaliśmy też butelkę tokaju, wyśmienitego wina tłoczonego w północno-zachodnich Węgrzech, jak wyjaśnił mi Anglik. Obaj już przekroczyliśmy nasze budżety uniwersyteckie, moją zaliczkę na poczet doktoratu (James zachichotał, kiedy powiedziałem mu, jak bardzo opaczne pojęcie o mojej pracy miał profesor Sandor), fundusz Hugh przeznaczony na studia na Bałkanach i pieniądze, które dostał a conto książki o osmańskich miastach w Europie. Miała ona niebawem ukazać się drukiem.

«Czy coś wam ukradziono?» – zapytał Hugh, napełniając kieliszki.

«Nic – mruknąłem posępnie. – Oczywiście nie zostawiłem w pokoju ani pieniędzy, ani cennych rzeczy, a mój paszport spoczywa zapewne bezpiecznie albo na biurku, albo już na komendzie policji».

«Czego więc szukali?» – zapytał Hugh, wznosząc toast kieliszkiem wina.

«To bardzo długa historia – odparłem z ciężkim westchnięciem. – Ale dokładnie pasuje do pewnych rzeczy, o których powinniśmy porozmawiać^

Skinął głową.

«W porządku, mów».

«Jeśli później ty opowiesz mi swoją historię».

«Naturalnie».

Aby dodać sobie animuszu, wypiłem pół kieliszka wina i zacząłem wszystko od początku. Opowiedziałem ze szczegółami całą historię Rossiego. Niczego nie opuściłem, by Hugh później powiedział mi wszystko, co sam wie. Słuchał w milczeniu i dopiero kiedy wspomniałem o decyzji Rossiego, żeby podjąć badania w Stambule, podskoczył jak oparzony.

«Na Boga! – wykrzyknął. – Też myślałem o tym, żeby udać się tam osobiście… to znaczy wrócić, gdyż wcześniej bywałem w tym mieście dwukrotnie. Ale nigdy nie tropiłem tam Draculk.

«Zaoszczędzę ci zatem fatygi».

Tym razem to ja napełniłem kieliszki i zrelacjonowałem dokładnie przygody Rossiego w Stambule, po czym opowiedziałem o tajemniczym zniknięciu profesora. Hugh milczał jak zaklęty, ale jego odrobinę wyłupiaste oczy jeszcze bardziej wyszły na wierzch. Następnie opisałem spotkanie z Helen, nie ukrywając prawdziwych powodów, dla których poszukuje Rossiego. Poinformowałem go szczegółowo o naszych podróżach i poszukiwaniach aż do tej chwili. Nie pominąłem też wątku Turguta.

«Sam więc widzisz – zakończyłem – że nie dziwi mnie to, iż ktoś wywrócił nasze pokoje do góry nogami».

«No tak – mruknął Hugh i nieco się zasępił. Wbiliśmy już w siebie wprawdzie masę mięsa, przypraw i pikli, a mimo to Anglik z wyraźnym żalem odłożył nóż i widelec. – Nasze nieoczekiwane spotkanie rzeczywiście daje wiele do myślenia. Jednocześnie strapiła mnie wieść o zniknięciu profesora Rossiego… bardzo strapiła i zdumiała. To dziwne. Gdybyś nie opowiedział mi tej historii, nie wpadłoby mi do głowy, że Rossi do tego stopnia zaangażował się w tropienie Draculi, iż porzucił swoje zwykłe badania. Ale i mnie przez cały czas dręczyły paskudne odczucia dotyczące mojej książki».

«Widzę, że nie rozbudziłem jednak w tobie ciekawości swoją opowieścią, jak się spodziewałem».

«Te książki… – powiedział z zadumą. – Naliczyłem ich już cztery: moją, twoją, profesora Rossiego i tę, należącą do profesora ze Stambułu. To bardzo dziwne, że istnieją tylko cztery takie woluminy».

«A może spotkałeś się z Turgutem Borą? – zapytałem. – W Stambule byłeś już kilkakrotnie».

Potrząsnął przecząco głową.

«Nie, nawet nigdy nie słyszałem jego imienia i nazwiska. Ale to literaturoznawca, nie miał więc okazji bywać na wydziale historycznym czy brać udziału w naszych sympozjach. Byłbym jednak niebywale rad, gdybyś przy najbliższej, sprzyjającej okazji mnie z nim poznał. Nigdy nie byłem w archiwum, o którym wspomniałeś, lecz czytałem o nim w Anglii i myślałem nawet, by przy najbliższej okazji je odwiedzić. Rzeczywiście, zaoszczędziłeś mi fatygi, jak sam to powiedziałeś. Nigdy nie pomyślałbym o tym stworze jako o mapie… Mówię o wizerunku smoka w książce. To niesamowity pomysł».

«Tak, zwłaszcza że jest to kwestia życia lub śmierci profesora Rossiego – burknąłem. – Ale teraz kolej na ciebie. Jak wszedłeś w posiadanie swojej książki?»

Spojrzał na mnie z poważnym wyrazem twarzy.

«W przeciwieństwie do okoliczności, w jakich ty i dwaj twoi znajomi dostaliście swoje, ja o mojej nie wiem nic poza tym, że ją dostałem, choć nie mam zielonego pojęcia, skąd i od kogo. Muszę zresztą opowiedzieć ci całą historię. – Długo milczał, a ja odniosłem nieprzeparte wrażenie, iż to wyznanie nie będzie dla niego sprawą prostą. – Widzisz, studia na Oksfordzie ukończyłem przed dziewięciu laty, po czym zacząłem wykładać na Uniwersytecie Londyńskim. Moja rodzina, mieszkająca w okręgu jezior w Górach Kumbryjskich, nie była zamożna. Robiła wszystko i ja też – abym zdobył jak najlepsze wykształcenie. W szkole publicznej czułem się trochę na uboczu, ale w tamtych czasach bardzo pomógł mi wuj. Nauce poświęcałem więcej czasu niż inni i osiągałem celujące oceny. Historia od samego początku była moim ukochanym przedmiotem^

Wytarł usta serwetką i potrząsnął głową, jakby wspominał czasy młodzieńczych fantazji.

«Pod koniec drugiego roku na uniwersytecie zrozumiałem, że idzie mi całkiem dobrze, co jeszcze dodawało mi ochoty do dalszej nauki. Wtedy przyszła wojna i wszystko się skończyło. Byłem właśnie na trzecim roku studiów na Oksfordzie. Słyszałem o Rossim, ale nigdy go osobiście nie spotkałem. Musiał wyjechać do Ameryki kilka lat wcześniej, nim wstąpiłem na uniwersytet».

Potarł brodę dużą, niezbyt wypielęgnowaną dłonią.

«Najbardziej przepadałem za studiami, ale kochałem też ojczyznę, więc zaciągnąłem się do marynarki. Wysłano mnie do Włoch, a następnie, w rok później, z powrotem do kraju, z poranionymi kończynami».

Dotknął szyi tuż nad kołnierzykiem białej, bawełnianej koszuli z krótkimi rękawami, jakby zdziwiony, że nie widzi krwi.