Выбрать главу

Dźwiękoszczelne drzwi wytłumiły wszystkie dźwięki.

— A teraz powiedz mi, Joey: jak się dostałeś do tej fabryki?

— Na piechotę.

— Mnie chodzi o to, dlaczego. Dlaczego przyszedłeś do fabryki Śpi-My?

— Nie wiem.

— Ktoś ci kazał tu przyjść?

— Pan Hawke. Och, panie Watrous, niech pan nic nie mówi panu Hawke! Ja tak pana proszę, niech pan nic nie mówi panu Hawke!

— Nie bój się, Joey. Posłuchaj mnie uważnie. Gdzie mieszkałeś, zanim pan Hawke kazał ci tu przyjść?

— Nie wiem!

— Ale…

— Nie wiem!

Jordan nie przestawał wypytywać, łagodnie i uparcie, ale Joey naprawdę nic nie wiedział. Ani gdzie się urodził, ani co się stało z jego rodzicami, ani ile ma lat. Wyglądało na to, że pamięta jedynie — bo ciągle to powtarzał — że pani Cheever kazała mu nie mówić nikomu, że jest Bezsennym, bo inaczej ludzie zrobią mu krzywdę. W nocy powinien pójść w odosobnione miejsce i się położyć. Joey wypełniał wiernie ten rozkaz, bo tak powiedziała mu pani Cheever. Kim była pani Cheever, dlaczego okazywała mu tyle dobroci i co się z nią w końcu stało, tego Joey już nie pamiętał.

— Joey, czy…

— Niech pan nic nie mówi panu Hawke!

Na ekranie wideotelefonu pojawiła się twarz Mayleen.

— Jordan, właśnie przyjechał pan Hawke. Holly Newman powiedziała mi, co się stało. — Zerknęła ciekawie na Joeya. — To on ma być Bezsenny?

— Nie zaczynaj, Mayleen!

— Cholera, przecież nic takiego…

Wraz z falą dźwięków wtoczył się do biura Hawke. Natychmiast całe pomieszczenie przeszło w jego władanie. Wypełnił je swoją obecnością, niemal tak samo wielki jak Joey, lecz o tyle bardziej władczy, że Jordan, który sądził, iż zdołał się już z nim oswoić, jeszcze raz poczuł, jak kurczy się w pozbawiony znaczenia drobiazg.

— Campbell opowiedział mi, co się stało. Joey jest Bezsennym?

— Eheeeeee — jęknął Joey. Zakrył twarz rękoma. Jego palce przypominały krwawe banany.

Jordan spodziewał się, że Hawke natychmiast zrozumie swój błąd i jakoś wszystkiemu zaradzi. Hawke radził sobie z ludźmi. Ale zamiast tego Hawke gapił się w milczeniu na Joeya, nieznacznie uśmiechnięty, nie rozbawiony, lecz dziwnie zadowolony, jakby coś w Joeyu napawało go satysfakcją, której nie było potrzeby kryć.

— Panie Hawke, cz-czy jja m… m… muszę sobbie iść?

— Nie, dlaczego? Oczywiście, że nie, Joey — odparł Hawke. — Możesz tu zostać, jeśli tylko chcesz.

Na twarz Joeya wpełzał groteskowy wyraz nadziei.

— M… mimo że n…nigdy n…nie śpię?

— Mimo że jesteś Bezsennym — zgodził się gładko Hawke, nadal uśmiechnięty. — Możesz nam się tutaj przydać.

Joey podszedł chwiejnie do Hawke’a i padł przed nim na kolana. Objął go ramionami, przycisnął twarz do jego brzucha i łkał. Hawke nadal wpatrywał się w Joeya, nieznacznie się uśmiechając.

Jordanowi zrobiło się niedobrze.

— Hawke, on tu nie może zostać. Dobrze wiesz. Nie może.

Hawke pogładził brudne włosy Joeya.

— Joey, wyjdź z mojego biura — rzucił szorstko Jordan. — To w końcu ciągle jeszcze moje biuro. Wyjdź. Idź… — Nie mógł posłać Joeya na teren zakładu, bo wieść musiała się już rozejść wśród wszystkich robotników. Biuro Hawke’a było zamknięte, a posłać go do któregoś z zabudowań pomocniczych byłoby jeszcze gorzej. W całej fabryce Śpi-My nie było miejsca, gdzie Joey byłby bezpieczny…

— Przyślij go do mojej budki strażniczej — odezwała się o Mayleen z ekranu. Jordan zupełnie zapomniał, że wideotelefon nadal działa. — Nikt mu tu nie dokuczy.

Zaskoczony, Jordan szybko rozpatrzył sytuację. Mayleen miała broń — ale nie, z pewnością by tego nie zrobiła. Jakimś sposobem wychwycił to w tonie jej głosu.

— Idź do budki Mayleen, Joey — rzucił Jordan tak autorytatywnym tonem, na jaki tylko potrafił się zdobyć. — No, idź! Joey ani drgnął.

— Idź, Joey — powtórzył Hawke tym swoim rozbawionym głosem i Joey poszedł.

Jordan stanął twarzą w twarz z szefem.

— Zabiją go, jeśli tu zostanie.

— Tego nie możesz wiedzieć na pewno.

— Ale wiem, tak samo jak ty. Wzbudziłeś w nich tyle nienawiści do Bezsennych… — urwał. Więc o to chodziło w tym całym Śpi-My. Nie tylko o Kevina Bakera, Leishę Camden czy Jennifer Sharifi, błyskotliwych ludzi u władzy, którzy sami potrafią o siebie zadbać, ale także o Bezimiennego Joeya, który nie rozpoznałby broni ekonomicznej, nawet gdyby się o nią potknął. A potknąłby się z pewnością.

— Nie myśl w ten sposób, Jordanie — odezwał się cicho Hawke. — Joey to anomalia. Drobna plamka w statystykach Bezsennych. W prawdziwej wojnie o sprawiedliwość Joey jest bez znaczenia.

— Ale nie na tyle, żebyś mógł go sobie odpuścić. Gdybyś naprawdę myślał, że Joey jest bez znaczenia, odesłałbyś go stąd w jakieś bezpieczne miejsce. Oni go tu zabiją, a ty im na to pozwolisz, bo to jeszcze jeden sposób na to, żeby poczuć dreszczyk triumfu ze zwycięstwa nad Bezsennymi, nieprawdaż?

Hawke przysiadł na biurku Jordana zamaszystym, swobodnym ruchem, który Jordan widywał już setki razy. A może tysiące, jeśli doliczyć wszystkie sny, w których Hawke nawiedzał Jordana. Zwykle usadawiał się tak swobodnie, by za chwilę z przyjemnością zacząć czepiać się argumentów Jordana, z przyjemnością burzyć jego naiwne przekonania — co nie było szczególnie trudne, biorąc pod uwagę, że umysłowość Jordana nie mogła nawet marzyć o zrównaniu się z umysłem Hawke’a.

Ale nie tym razem.

Hawke zaczął swobodnym tonem:

— Przegapiłeś jeden kluczowy punkt, Jordy. Podstawą godności osobistej człowieka jest prawo do indywidualnego wyboru. Joey sam wybrał, że chce żyć tutaj. Każdy propagator idei godności osobistej człowieka — od Kenzo Yagai, przez Abrahama Lincolna, aż do samego Eurypidesa — twierdził, że indywidualny wybór człowieka musi zastąpić presję społeczną. Sam Lincoln powiedział — wiem, twoja wspaniała ciocia Leisha przytoczyłaby pewnie stosowny cytat — mówiąc na temat zagrożeń dla wyzwolonych niewolników…

— Odchodzę — rzucił Jordan.

Hawke uśmiechnął się.

— No, Jordy, przecież już raz to przerabialiśmy. I z jakim efektem?

Jordan wyszedł. Hawke pozwoliłby zginąć i jemu, choć w inny sposób. Właściwie sam przykładał do tego ręki, przez cały czas, a Jordan niczego nie dostrzegał. A może to też — całe to kłucie Jordim, zamiast Jordana — może to też należało do planów Hawke’a? Może Hawke chciał, żeby Jordan odszedł?

Z nim nigdy niczego nie można być pewnym.

Opłynęła go fala fabrycznych hałasów. Na ogromnym ekranie na północnym końcu hali pokazywano właśnie Azyl z lotu ptaka.

„Fani gier militarystycznych już od dawna zabawiają się wymyślaniem skutecznych ataków na ten, jak się powszechnie przypuszcza, nieprzenikniony…” Stuk, stuk, puk.

„… Pooorozraaaabiać z moim słooonkiem…”

Jordan wyszedł bocznymi drzwiami. Joey był od niego cięższy o jakieś osiemdziesiąt kilo, więc w żaden sposób nie dałby rady zabrać go stąd siłą. A Joey nie da się przekonać nikomu prócz Hawke’a. Nie może go tu jednak zostawić. Co robić?

W budce strażniczej zobaczył, że Joey leży oparty bezwładnie o jedyną nieprzezroczystą z plastykowych ścian budki. Mayleen odcięła połączenie z biurem Hawke’a — musiała słyszeć całą dyskusję.