Rzecz nie w tym, że spodziewała się, iż praktykowanie prawa zawsze będzie czystą grą. Żaden adwokat sądowy już się tego nie spodziewa, zwłaszcza po latach ugod z prokuratorami, przyglądania się krzywoprzysięstwu, skorumpowanym glinom, politycznym układom, pokrętnie stosowanym rozporządzeniom i stronniczym ławom przysięgłych. Ale wierzyła dotąd, że prawo samo w sobie jest jeśli nie czyste, to przynajmniej pojemne. Wystarczająco pojemne.
Przypomniała sobie dzień, w którym zdała sobie sprawę, że jagaistowska ekonomika jest nie dość pojemna. Nacisk na indywidualną doskonałość sprawiał, że zbyt wiele zjawisk, zbyt wielu ludzi pozostawało na marginesie: przede wszystkim ci, którzy nie mieli żadnych szans na osiągnięcie doskonałości. Żebracy, którzy mimo to pełnili pewne określone role w funkcjonowaniu tego świata. Byli jak pasożyty na ciele ssaka, które udręczą go, aż podrapie się do krwi, ale których jajeczka służą za pożywienie innym owadom, które z kolei żywią sobą jeszcze inne, zjadane potem przez ptaki, które z kolei padają łupem gryzoni, które zjada maltretowany przez pasożyty ssak. Krwawa ekologia wymiany zastąpiła linearny kontraktowy system jagaistów, działający w społecznej próżni. Dopiero ekologia była na tyle pojemna, by objąć Bezsennych i Śpiących, produktywnych i żebraków, doskonałych i średniaków, i nawet tych na pozór bez wartości. A tym, co podtrzymywało działanie tego systemu, było prawo.
Ale jeśli samo prawo było nie dość pojemne?
Nie dość pojemne, żeby pomieścić założenie, iż Bezsenny zawsze postąpi tak, a nie inaczej, choć to nie do udowodnienia, a jasne jak słońce. Żeby pomieścić to, co się zdarzyło między Richardem a nią. Żeby pomieścić nie tylko to, co Jennifer zrobiła, ale i dlaczego. A przede wszystkim, żeby pomieścić tę niewypowiedzianą zawiść, tak samo potężną jak struktury genetyczne, lecz w przeciwieństwie do nich nie dającą się podzielić, zmienić, wykorzenić z życia. Zawiść wobec lepszych od siebie. Prawo nigdy nie było w stanie jej objąć. Stworzyło tysiące przepisów, żeby pomóc tym, których prześladowano z racji ich fizycznej odmienności: czarnym, kobietom, Meksykanom, niepełnosprawnym. Ale nigdy przedtem w całej historii Stanów Zjednoczonych nie zdarzyło się, by obiektem zawiści i uprzedzeń rasowych zarazem była jedna i ta sama grupa. A prawo Stanów Zjednoczonych nie było na tyle pojemne, by poradzić sobie z tą sytuacją.
Leisha schowała głowę między kolana. W tej chwili było już dla niej oczywiste, w jaki sposób proces potoczy się dalej. Jej własne zeznania zostaną zdyskredytowane przez Sandalerosa jako manewry zazdrosnej kochanki przeciw legalnej żonie. Zeznania Richarda także zostaną zdyskredytowane. Hossack będzie mocno uderzał w ten jeden punkt: potęgę Azylu. Potęgę Bezsennych. Sandaleros nie pozwoli Jennifer zeznawać, bo jej opanowanie wyglądałoby dla Śpiących przysięgłych jak zimna krew zbrodniarza. Jej pragnienie chronienia swoich jako atak na zewnętrze…
Bo czymże innym było?
Ławnicy mogą postąpić w dwojaki sposób: albo uniewinnić ją na podstawie przeświadczenia o istnieniu trójkąta miłosnego, a wtedy umknie przed prawem, albo skazać ją, bo jest potężną Bezsenną, a wtedy nie pożyje długo w więzieniu. Azyl jeszcze bardziej zamknie się w sobie i jak potężny pająk zacznie dla własnej ochrony osnuwać elektroniczną siecią krainę Śpiących, w której z kolei stale wzrastać będzie strach przed ludźmi, których rzadko widują, z którymi nigdy nie łączą się przez sieć i od których nie chcą nic kupować, żeby Bezsenni nie zniszczyli ekonomii, za którą stali.
„Wszystko potajemnie kontrolują, wie pani. Chcą z nas zrobić niewolników. Współpracują z zagraniczną konkurencją, żeby rzucić nas na kolana. I nie powstrzymają się przed morderstwem”.
I w ten oto sposób stanie się jasne, że Jennifer miała rację, próbując bronić swoich.
Wszystko to razem przypominało węża, który połyka własny ogon. Ponieważ prawo w swej uczciwości usiłowało traktować wszystkich na równi, zbyt wiele spraw nie mogło się w nim pomieścić. Nie było dostatecznie pojemne. Nie było tak rozległe jak technologiczna i genetyczna przyszłość, która przerósłszy je, przekształci je w bezprawie.
Siedząc na krawędzi łóżka w ciemnym pokoju hotelowym Leisha czuła, jak opuszczają wiara w prawo — tak jakby z pokoju uciekało z sykiem powietrze. Czuła, że się dusi, wpada w jakąś ciemną i zimną pustkę. Prawo nie było dość pojemne. Nie mogło objąć naraz i Śpiących, i Bezsennych, nie oferowało żadnych sposobów etycznej oceny ludzkiego postępowania, a jeśli nie istniał osąd, nie istniało nic. Tylko bezprawie, zdziczały tłum i próżnia…
Spróbowała wstać, ale ugięły się pod nią kolana. Nigdy dotąd nie zdarzyło jej się nic podobnego. Znalazła, się na podłodze, przyklękła, podparła się rękami, a wciąż jeszcze racjonalnie myśląca cząstka mózgu podpowiadała: atak serca. Ale to nie mógł być atak serca. Serca Bezsennych nie zawodziły.
Zimno…
Ciemno…
Pusto…
Tatusiu…
Otrzeźwiło ją otwarcie hotelowych drzwi. Otwarto je z zewnątrz, bez żadnego alarmu. Leisha chwiejnie próbowała wstać. Po przeciwnej stronie pokoju, za łóżkiem, rysowała się w drzwiach jakaś sylwetka — krępa postać, dźwigająca solidny pakunek. Leisha nawet nie drgnęła. To jej ludzie — ludzie Kevina — instalowali system ochronny w tym pokoju, identyczny jak w mieszkaniu w Chicago. Nikt z miejscowych nie znał kodu otwierającego drzwi.
A jeśli to ktoś obcy, jeśli Azyl był w stanie zorganizować nie tylko kradzież, ale i zamach?
W takim razie zamachowiec będzie przynajmniej dobry w swoim fachu. Bezsenni zawsze i we wszystkim byli dobrzy.
Ciemna postać wyciągnęła rękę i zaczęła macać ścianę w poszukiwaniu włącznika światła.
— Włączyć światło — powiedziała wyraźnie Leisha. Solidny pakunek okazał się walizką. Oślepiona nagłym światłem, w drzwiach stała Alice.
— Leisho, to ty? Siedzisz po ciemku?!
— Alice!
— Kod z twojego mieszkania otwiera i te drzwi. Nie sądzisz, że powinnaś go zmienić? W holu kłębi się tłum reporterów…
— Alice! — krzyknęła Leisha i nagle znalazła się po drugiej stronie pokoju, we łzach — ona, która nigdy nie płakała! — w ramionach Alice.
— Nie wiedziałaś, że przyjadę? — spytała Alice.
Leisha potrząsnęła głową, opartą na ramieniu Alice.
— Ja wiedziałam. — Alice wypuściła ją z objęć i Leisha zobaczyła, że twarz siostry rozjaśnia jakieś dziwnie silne uczucie. — Wiedziałam, że to będzie twoja noc. Noc, kiedy będziesz wpadać w Dziurę. Wiem o tym od wczoraj — ja to czułam! — Nagle zaśmiała się przenikliwie. — Czułam to, Leisho, rozumiesz? Oświeciło mnie tak, jakbym dostała w głowę całym workiem cegieł. Wiedziałam, że to będzie najgorsza noc w twoim życiu, więc musiałam przyjechać.
Leisha przestała łkać.
— Czułam to — powtórzyła jeszcze raz Alice. — Przez trzy tysiące mil. Zupełnie tak samo jak to zdarza się innym bliźniakom!
— Alice…
— Nic nie mów, Leisho. Nie było cię przy tym. Wiem, co czułam.
Leisha poznała, że owym potężnym uczuciem malującym się na twarzy siostry jest triumf.
— Wiedziałam, że mnie potrzebujesz. Więc jestem. Już dobrze, Leisho, kochanie, wiem o tej dziurze, byłam tam… — Znów przygarnęła do siebie Leishę, obejmując ją, śmiejąc się i płacząc. — Wiem, kochanie, już wszystko dobrze. Nie jesteś sama. Ja też tam byłam i wiem…
Leisha przylgnęła do siostry. Alice wyciągnęła ją z ciemności. Z tej próżni, tej Dziury. Alice, której krępa postać była Leishy kotwicą nad samym skrajem przepaści, kotwicą pewną jak sama ziemia. Alice, która nigdy więcej nie będzie niedostępna, bo wreszcie zdarzyło się, że wiedziała o czymś wcześniej niż Leisha. Bo uratowała Leishę, stając się tym jedynym, czego Leisha nie utraciła.