Выбрать главу

— Wiedziałam — wyszeptała Alice. I mocniejszym już głosem dodała: — Teraz już mogę przestać przysyłać wszystkie te cholerne kwiaty.

* * *

Dużo później, kiedy przegadały już wiele godzin i Alice zaczęła wyglądać na śpiącą, zadzwonił wideotelefon. Wcześniej Leisha go wyłączyła, dopuszczając tylko pilne połączenia w nagłych wypadkach. Odwróciła głowę w stronę ekranu. Błyskały na nim aż dwa hasła. Dziwaczna logika maszyny połączyła obie osoby na raz, każdej przydzielając jeden głośnik.

— Mówi Susan Melling. Muszę…

— Tu Stella Bevington. Dopiero teraz udało mi się wejść w sieć. Ten…

— … natychmiast z tobą porozmawiać. Zadzwoń…

— … wisiorek, o którym piszą, że został…

— … do mnie chronioną…

— … znaleziony na parkingu…

— … linią, najszybciej jak można!

— … należy do mnie.

* * *

— Zakończyliśmy badania — mówił obraz Susan na ekranie. Siwe włosy wymykały się tłustymi kosmykami z byle jak upiętego koka, miała zaczerwienione oczy. — Gaspard-Thiereux i ja. Nad tymi redundantnymi kodami bezsenności w DNA, które odkrył Walcott.

— No i? — zapytała Leisha zrównoważonym tonem.

— Czy to niestrzeżona linia? A zresztą, niech to diabli. Niech sobie przecieka do prasy. Niech przecieka do Azylu. Hej, Blumenthal, słuchasz mnie?

— Susan, proszę cię…

— Żadnych „proszę”. Żadnych „dziękuję”, nic. Dlatego właśnie chciałam ci sama o tym powiedzieć. Zupełne nic. Te równania nie działają.

— Nie…

— Luka między wyłączaniem mechanizmu wywołującego sen w genetycznej fazie przedembrionalnej a między próbą zrobienia tego samego po wyodrębnieniu się mózgu po około ośmiu dniach jest nie do przejścia. Przyczyny takiego stanu rzeczy są dość wyraźne, specyficzne i dla biologa ostateczne. Opierają się na tolerancji szumu genetycznego w tych genetycznych zapisach, które są repetycjami systemów zachowywania równowagi. Nie musisz znać szczegółów — ale ostateczny wynik jest taki, że nigdy nie uda nam się zmienić Śpiącego w Bezsennego. Nigdy. Nikt. Ani Walcott, ani supermózgi w Azylu, ani wszystkie konie króla i wszyscy żołnierze. Walcott łże.

— Ja… ja niezbyt rozumiem.

— Wszystko sobie wymyślił. Wygląda to bardzo prawdopodobnie, na tyle prawdopodobnie, że dwójka dobrych naukowców musiała spędzić na sprawdzaniu niezłą chwilę. Ale zasadniczo to jest kłamstwo i nie ma sposobu, żeby jakiś naukowiec — nawet biorąc pod uwagę tę słynną utajnioną ostatnią część — się w tym nie połapał. Walcott wiedział. Jego badania to kłamstwo. Przyszedł do ciebie z tym swoim niesłychanym odkryciem, choć wiedział, że kłamstwo wyjdzie na jaw. Azyl popełnił oszustwo dla patentu, który jest bzdurą, a Jennifer Sharifi z powodu bzdury ma proces o morderstwo.

Do Leishy wszystko to wciąż nie docierało. Przecież to zupełnie nie ma sensu. Miała świadomość, że w drugim kącie pokoju stoi znieruchomiała Alice.

— Ale dlaczego?!

— Nie wiem — odparła Susan — ale to jest kłamstwo. Słyszycie, wy z prasy? Słyszycie, tam w Azylu? To kłamstwo! Wybuchnęła płaczem.

— Susan… Och, Susan…

— Nie, nie, nic nie mów. Przepraszam. Nie miałam zamiaru płakać. Tego akurat nie miałam zamiaru robić. Kto tam jest u ciebie? Nie jesteś sama?

— To Alice.

— Myślałam tylko, że może sama mogłabym się stać tym, co stworzyłam. Głupie, co? Cała literatura światowa jest o tym, że twórcy nie mogą stać się własnym dziełem.

Leisha nie odzywała się. Susan przestała płakać równie nagle jak zaczęła. Łzy wysychały na jej delikatnej, pomarszczonej skórze.

— A w końcu, jak by to było, prawda, Leisho? Jak by to było, gdyby twórcy stawali się własnymi dziełami? Kto by wtedy nam pozostał, żeby cyzelować dzieła sztuki, gdybyśmy wszyscy zostali mecenasami? — A potem dodała, innym zgoła tonem: — Dorwij tego Walcotta, Leisho. Jak każdego innego szarlatana, który sprzedaje umierającym fałszywą nadzieję. Załatw drania, Leisho.

— Załatwię go — odparła Leisha. Ale nie miała na myśli Walcotta. W nagłym, oszałamiającym olśnieniu ujrzała, kto właściwie popełnił kradzież, jak to zrobił i po co.

15

JORDAN WATROUS OTWORZYŁ, ZASPANY I ZDZIWIONY, drzwi swego mieszkania. Było wpół do piątej rano. W progu stała Leisha Camden z trzema milczącymi ochroniarzami.

— Leisho! Co…

— Chodź ze mną. Szybko. Jestem pewna, że Hawke już wie, że tu jestem. Nie mogłam uprzedzić, że przyjadę, boby podsłuchał rozmowę. Ubieraj się, Jordanie. Jedziemy do fabryki Śpi-My.

— Ja…

— Już! Szybko!

Jordanowi przemknęło przez głowę, żeby jej powiedzieć, że nie pojedzie do fabryki ani teraz, ani nigdy. Lecz kolejne spojrzenie upewniło go, że Leisha pojedzie tam sama i nagle zorientował się, że tego nie chce. Leisha miała na sobie długi błękitny sweter, a pod nim czarny obcisły kombinezon. Pod zapadniętymi oczyma rozlały się sine cienie. Pochyliła się nieco do przodu, jakby chciała się na nim wesprzeć i niespodziewanie Jordanowi przyszło do głowy, że ona go potrzebuje. Nie dla bezpieczeństwa — trzech ochroniarzy nawet i bez broni ważyło łącznie ze trzysta dwadzieścia kilo — ale z jakiegoś innego, nader delikatnego powodu, którego Jordan nie potrafił odgadnąć.

— Pozwól, że się ubiorę — odpowiedział.

W ciemnym holu Joey uniósł głowę ze swego posłania.

— Śpij dalej — nakazał Jordan. — Wszystko w porządku.

Leisha go potrzebuje.

Na parkingu przed domem stał samolot, w prawdziwie artystyczny i dziwny sposób zwinięty tak, że mógł lądować pionowo. Ale z całą pewnością nie był to helikopter, tylko właśnie samolot. Na konsolecie nie zauważył żadnych znaków identyfikacyjnych. W powietrzu samolot rozwinął się i wystrzelił jak strzała ponad uśpionym miastem w kierunku rzeki.

— Dobrze, Leisho. Powiedz mi teraz, o co chodzi.

— Hawke zabił Timothy’ego Herlingera.

Jordan zadrżał. Wiedział: to jest prawda. Maleńka, śmiercionośna jak jedna z tych kapsułek z trucizną, które rozpuszczają się w sercach samobójców. Należało tylko ją połknąć i wszystko, co najgorsze za nami, następował nieunikniony i niepowstrzymany ciąg dalszy. Jordan czuł, jak się porusza i wiedział, co to jest, jeszcze zanim Leisha zaczęła mówić. Była w środku już na Festynie Zysków, w niejednoznacznym podziwie dla Hawke’a, w kłótni o Joeya, nawet w nowej toalecie Mayleen i jej koronkowym obrusie. Była w całym Ruchu Śpi-My.

Przeniósł wzrok na Leishę. Wydało mu się, że jej twarz emanuje światłem, dziwnym, niesamowitym światłem, jak pola Y mające ostrzegać ludzi przed niebezpiecznymi maszynami. Powtórzyła:

— Hawke zabił doktora Herlingera. To on za tym stoi.

— A ty jesteś zadowolona — usłyszał Jordan swój własny głos.

Obróciła ku niemu twarz. Mierzyli się wzrokiem w maleńkiej kabinie samolotu; z tyłu zamazaną plamą rysowały się nieruchome sylwetki trzech ochroniarzy. Jordan wcale nie miał zamiaru powiedzieć tego, co powiedział, lecz kiedy już się tak stało, wiedział, że to też jest prawdą. Była zadowolona. Cieszyła się, że to Hawke, a nie Bezsenni. Zadowolenie. To właśnie było źródło niesamowitego światła i tej potrzeby, by mieć go przy sobie.