Hawke uśmiechnął się sztywno. Zapadła długa chwila milczenia. W końcu odezwał się drwiąco:
— Bardzo pięknie, pani Camden. Mogłaby się pani zatrudnić przy wypisywaniu kart okolicznościowych.
Twarz Leishy nie zmieniła wyrazu. Odwróciła się do wyjścia i w tym jedynym pogardliwym geście Jordan dojrzał nagle, jak niewiele spodziewała się po tym spotkaniu. Nie stanęła do konfrontacji z Hawkiem w nadziei, że go zmieni ani nawet po to, by wyrzucić z siebie gniew. Nie dlatego tu przyjechała i nie dlatego nalegała, by towarzyszył jej Jordan.
Nikt ich nie zatrzymywał, kiedy opuszczali tereny fabryki. Żadne z nich nie odezwało się, dopóki samolot nie przemknął nad ciemnymi polami przeciętymi jeszcze ciemniejszą rzeką. Jordan podniósł wzrok na ciotkę. Nie wiedziała nic o Joeyu, nie wiedziała, że Jordan odszedł już od Hawke’a.
— Przyjechałaś tu dla mnie. Żebym się przekonał, jaki naprawdę jest Hawke.
Leisha wzięła go za rękę. Miała zimne palce.
— Tak, przyjechałam tu dla ciebie. Tylko to się liczy, Jordanie. Ty. Ty i jeszcze raz ty, i jeszcze dziesięć razy ty. Myślałam, że jest coś innego, coś większego, ale się myliłam. Za każdym razem. Jesteś tylko ty.
— Społeczność — mówiła spokojnie Jennifer do Najli i Ricky’ego — musi być zawsze na pierwszym miejscu. Dlatego właśnie tatuś nie wróci już do domu. Tatuś złamał prawo solidaryzowania się z własną społecznością.
Dzieci wbiły wzrok w czubki butów. Jennifer widziała, że się jej boją. Nie ma w tym nic złego, strach to tylko starsza nazwa szacunku.
— Dlaczego musimy opuścić Azyl? — zapytała w końcu Najla cichym głosem.
— Nie opuszczamy Azylu, Najlo. Azyl pojedzie z nami. Tam, gdzie jest nasza społeczność, jest i Azyl. Spodoba ci się miejsce, w które zabieramy Azyl. Tam będzie dla naszych ludzi bezpieczniej.
Ricky podniósł na nią wzrok — miał oczy i twarz Richarda.
— Kiedy stacja orbitalna będzie gotowa?
— Za pięć lat. Musimy ją zaplanować, skonstruować, opłacić. Pięć lat to i tak szybciej, niż wybudowano jakąkolwiek inną stację orbitalną, nawet jeśli założyć, że zakupiliśmy gotową platformę od rządu Dalekiego Wschodu, który musi teraz budować sobie drugą.
— I nigdy już nie wrócimy na Ziemię? — pytał dalej Ricky.
— Ależ z pewnością przylecisz kiedyś na Ziemię. W interesach, kiedy już dorośniesz. Większość swoich interesów będziemy nadal prowadzili tutaj, wśród tych kilku Śpiących, którzy nie są żebrakami albo pasożytami. Ale wszystkie swoje sprawy prowadzić będziemy ze stacji i będziemy szukać takich genomodyfikacji, które sprawią, że nasza społeczność będzie najpotężniejsza ze wszystkich, jakie dotąd istniały.
— Czy to legalne? — spytała Najla głosem pełnym zwątpienia.
Jennifer wstała, a fałdy jej abaji opadły wokół sandałów. Dwójka dzieci także się podniosła; Najla nadal wyglądała na trapioną wątpliwościami, Ricky zaś na zmartwionego.
— Będzie legalne — odparła. — Sprawimy, że będzie legalne, ze względu na was i na wszystkie dzieci, które dopiero się narodzą. Legalne, trwałe i bezpieczne.
— Mamo… — zaczął Ricky i urwał.
— Tak, Ricky?
Popatrzył na nią i po jego małej twarzyczce przemknął cień. Cokolwiek chciał powiedzieć, zdecydował, że zatrzyma to dla siebie. Jennifer pochyliła się i ucałowała go, potem pocałowała Najlę i ruszyła w stronę domu. Później porozmawia z dziećmi, wyjaśni im wszystko po trochu, w niewielkich porcjach, które będą w stanie przyjąć. Ale teraz ma mnóstwo innych rzeczy do zrobienia. Do zaplanowania. Do nadzorowania.
16
SUSAN MELLING I LEISHA CAMDEN SIEDZIAŁY W LEŻAKACH na dachu pustynnego domku w Nowym Meksyku i przyglądały się Jordanowi i Stelli zmierzającym powoli w kierunku wielkiej topoli amerykańskiej, która rosła nad potokiem. Nad ich głowami połyskiwał blado letni trójkąt: Wega, Altair i Deneb tuż przy pełnej tarczy księżyca. Na zachodzie opadały z chmur ostatnie pobłyski czerwieni. Długie cienie sunęły przez pustynię w stronę gór, których szczyty nadal rozpłomieniało niewidoczne już słońce. Susan zadrżała.
— Przyniosę ci sweter — odezwała się Leisha.
— Nie, nie trzeba — odparła Susan.
— Cicho bądź.
Leisha zeszła po drabinie, odnalazła sweter w zagraconym gabinecie Susan i zatrzymała się na moment w pokoju dziennym. Zniknęły gdzieś wszystkie wypolerowane czaszki. Wspięła się po drabinie i otuliła swetrem ramiona Susan.
— Popatrz na nich — odezwała się Susan z wyraźną przyjemnością. Tuż przed głębszym odcieniem ciemności wokół topoli sylwetka, która była Jordanem, połączyła się z cieniem, którym była Stella. Leisha uśmiechnęła się; wzrok Susan, mimo wszystko, nie osłabł.
Obie kobiety siedziały przez chwilę w milczeniu. W końcu Susan mruknęła:
— Znowu dzwonił Kevin.
— Nie — odparła krótko Leisha.
Stara kobieta poprawiła w leżaku swe lekkie, zbolałe ciało.
— Czy ty nie wierzysz w przebaczenie, Leisho?
— Owszem, wierzę. Ale Kevin nawet nie zdaje sobie sprawy, że zrobił coś, co wymaga przebaczenia.
— Zakładam, że nie wie też, że jest tu z tobą Richard.
— Nie mam pojęcia, o czym on wie, a o czym nie wie — rzuciła obojętnie Leisha. — Kto to może wiedzieć na pewno w tych czasach?
— Jak na przykład ty: czy mogłaś wiedzieć, że Jennifer nie jest winna morderstwa? I nie wybaczysz sobie tego tak samo, jak nie wybaczysz Kevinowi.
Leisha odwróciła głowę. Blask księżyca przeciął jej policzek jak skalpel. Od strony topoli dobiegł je cichy śmiech. Leisha powiedziała niespodziewanie:
— Szkoda, że nie ma tu Alice.
Susan uśmiechnęła się z wysiłkiem. Znów trzeba zwiększyć dawkę środków uśmierzających.
— Może znów się pojawi, kiedy tylko będziesz jej wystarczająco mocno potrzebować.
— To nic śmiesznego.
— Nie wierzysz, że to się zdarzyło, co, Leisho? Nie wierzysz, że Alice wykazała względem ciebie paranormalną percepcję?
— Wierzę, że ona w to wierzy — odparła ostrożnie Leisha. Teraz między nią a Alice sprawy miały się zupełnie inaczej i ta różnica była zbyt cenna, żeby ryzykować jej utratę. Jedynie Alice udało jej się odzyskać podczas tego roku kataklizmów. Alice i Susan, a Susan była umierająca.
A jednak przy Susan jak zawsze potrafiła zdobyć się na szczerość.
— Przecież wiesz, że nie wierzę w zjawiska paranormalne. Już te normalne są dostatecznie trudne do pojęcia.
— A paranormalne w dodatku podważają twój pogląd na świat, nieprawdaż?
Umilkły obie na dobrą minutę, po czym Susan dodała łagodniejszym już tonem:
— Obawiasz się, że Alice to się nie spodoba? Jordan i Stella, Śpiący i Bezsenna?
— Mój Boże, nic podobnego. Wiem, że nie miałaby nic przeciwko temu. — Niespodziewanie wybuchnęła głośnym śmiechem. — Alice należy do tuzina osób na tym świecie, które nie miałyby nic przeciwko temu.