Выбрать главу

A Susan dodała, jakby mówiła o tym samym:

— Dzwonili także Stewart Sutter, Kate Addams, Miyuki Yagai i ten twój sekretarz, jak mu tam. Powiedziałam wszystkim, że oddzwonisz.

— Nie oddzwonię.

— Jest ich więcej niż tuzin — powiedziała Susan.

Leisha nie odpowiedziała.

Pod nimi z frontowych drzwi wychynął Richard i powędrował w kierunku odległego płaskowyżu. Szedł wolno, powłócząc nogami. Wyglądało na to, że kierunek marszu nie ma dla niego żadnego znaczenia i pewnie tak było rzeczywiście. Niewiele spraw miało dla niego znaczenie. Znalazł się tu wyłącznie za sprawą Jordana, który nie wahał się długo, tylko wsadził go do samochodu i przywiózł. Obecnie Jordan rzadko kiedy się wahał. Jordan teraz działał. W chwilę później za Richardem powlokła się potężna sylwetka Joeya, który uwielbiał marsze dokądkolwiek.

— Uważasz, że proces Sharifi zniweczył ostatnią szansę na prawdziwą integrację Śpiących i Bezsennych, Ruchu Śpi-My i i głównego nurtu ekonomiki, tych, co mają i tych, co nie mają.

— Tak.

— Nie ma czegoś takiego jak ostatnia szansa, Leisho.

— Doprawdy? Więc jak to się dzieje, że jesteś umierająca? Przepraszam.

— Nie możesz się tu ukryć na wieczność, Leisho, tylko dlatego, że rozczarowałaś się do prawa.

— Nie ukrywam się.

— A co, u diabła, robisz? Przecież tak nie można, zwłaszcza ty nie powinnaś. Nie kłóć się ze mną. Mam intuicję z pogranicza wieczności. Wbrew sobie Leisha zaśmiała się.

— Masz cholerną rację: to śmieszne — powiedziała Susan. — A więc zadzwoń zaraz do Stewarta, Kate i Miyuki, i do tego twojego sekretarza.

— Nie.

Richard zniknął w ciemnościach, a za nim Joey. Jordan i Stella, trzymając się za ręce, ruszyli z powrotem w kierunku domu. Susan odezwała się z pozorną otwartością:

— Ja też żałuję, że nie ma tu Alice. Leisha pokiwała głową.

— Tak — dorzuciła Susan niezbyt zręcznie — dobrze byłoby zebrać wokół siebie całą swoją społeczność.

Leisha rzuciła na nią okiem, lecz Susan już pochłonięta była studiowaniem księżycowego blasku na piaskach pustyni. Pod nimi przemknęło jakieś małe stworzonko, a w górze zaczęły wschodzić gwiazdy — jedna, druga, trzecia…

KSIĘGA TRZECIA

Marzyciele

2075

Normy obowiązujące dla spokojnej przeszłości nie stosują się do burzliwej teraźniejszości. Sytuacja stała się bardzo trudna, a naszym obowiązkiem jest dostosować się do zaistniałej sytuacji. Przypadek nasz jest czymś zupełnie nowym, musimy więc myśleć w zupełnie nowy sposób i w nowy sposób działać. Musimy się wyzwolić.

ABRAHAM LINCOLN, PRZESŁANIE DO KONGRESU, 1 GRUDNIA 1862.

17

RANO, W DZIEŃ SWOICH SZEŚĆDZIESIĄTYCH SIÓDMYCH urodzin, Leisha Camden siedziała na brzeżku fotela w swojej posiadłości w Nowym Meksyku i rozmyślała nad własnymi stopami.

Były wąskie i wysoko sklepione, aż do samych prostych, silnych palców obciągnięte skórą o zdrowym i świeżym wyglądzie. Prosto przycięte paznokcie połyskiwały bladoróżowo. Coś takiego spodobałoby się Susan Melling. Susan przywiązywała wielką wagę do stóp — do ich siły, do stanu żył i kości i ogólnie, jako do barometru starzenia się. Albo niestarzenia się.

Rozśmieszyła ją ta myśl. Stopy! Żeby przypomnieć sobie Susan, zmarłą przed dwudziestoma trzema laty, w kontekście stóp! I to nawet nie w kontekście stóp Susan — co od biedy mogłoby zabrzmieć logicznie — ale przy okazji rozmyślań o własnych, o jej, Leishy stopach. In memoriam bipedalis.

Od kiedy to śmieszą ją rzeczy takie jak stopy? Z pewnością nie śmieszyły jej, kiedy była młoda — dwudziesto-, trzydziesto- czy pięćdziesięcioletnia. Wtedy wszystko wydawało się takie poważne, że mogło wstrząsnąć posadami świata. I to nie tylko sprawy, które rzeczywiście mogłyby wstrząsnąć posadami świata, ale praktycznie wszystko. Musiała być wtedy bardzo męczącą osobą. Być może nie ma innego sposobu na to, żeby młodzi byli poważni — po prostu muszą być przy tym nużący. Brak im tego najważniejszego z fizycznych wymiarów: równowagi działających sił. Zbyt wiele czasu przed sobą, zbyt mało za sobą — jak ktoś, kto próbuje przenieść drabinę w pozycji horyzontalnej, trzymając ją bliżej jednego z końców. Nawet czcigodne cierpienie nie może przydać tu równowagi. A kiedy człowiek przez cały czas się skręca, żeby jakoś utrzymać tę równowagę, to jak wtedy cokolwiek może mu się wydawać śmieszne?

— Z czego się śmiejesz? — spytała Stella, wkroczywszy do jej gabinetu po ledwie jednym stuknięciu do drzwi. — Ten reporter czeka na ciebie w jadalni.

— Już?

— Przyszedł wcześniej — fuknęła Stella. Nie podobało jej się, że Leisha chce rozmawiać z jakimiś reporterami. „Niech sobie obchodzą te swoje trzechsetlecie bez nas — oznajmiła wcześniej. — Co my z tym mamy wspólnego? A zwłaszcza teraz?” Leisha nie znalazła wtedy odpowiedzi, ale i tak zgodziła się przyjąć reportera. Stella potrafi być taka nieciekawa. Ale z drugiej strony, ma dopiero pięćdziesiąt dwa lata i jeszcze mało co ją śmieszy.

— Powiedz mu, że zaraz przyjdę — odparła Leisha — ale dopiero, kiedy zajrzę do Alice. Zrób mu kawy albo coś w tym rodzaju. Każ dzieciom, niech mu zagrają na fujarce, to powinno go oczarować. — Seth i Erik właśnie nauczyli się robić fujarki z kości zwierząt, których naznosili sobie z pustyni.

Stella fuknęła jeszcze raz i wyszła z pokoju.

Alice tylko co wstała. Siedziała na brzegu łóżka, a pielęgniarka zdejmowała jej przez głowę nocną koszulę. Leisha błyskawicznie wycofała się do holu; Alice nie znosiła, kiedy Leisha widziała ją nagą. Wróciła do pokoju dopiero kiedy usłyszała, jak pielęgniarka mówi: „Gotowe, pani Watrous”.

Alice miała na sobie luźne bawełniane spodnie i szeroką białą górę, skrojoną tak, by mogła włożyć ją używając do tego wyłącznie prawej ręki. Lewe ramię po ostatnim wylewie stało się zupełnie bezużyteczne. Białe loki były już przyczesane. Pielęgniarka klęczała na podłodze, wsuwając stopy swej podopiecznej w miękkie pantofle.

— Leisho! — zawołała z radością Alice. — Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin.

— Chciałam pierwsza ci to powiedzieć!

— Niedobrze — odparła Alice. — Sześćdziesiąt siedem latek.

— Ano tak — odpowiedziała Leisha i obie kobiety przez dłuższą chwilę mierzyły się spojrzeniem — Leisha wyprostowana, w szortach i trójkątnej bluzce-staniku i Alice, wspierająca się żylastą dłonią o kraj łóżka.

— Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, Alice.

— Leisho! — Znów Stella w swym najlepszym dyrektorskim stylu. — O dziewiątej masz wideotelefoniczną konferencję, więc jeśli masz zamiar spotkać się z tym dziennikarzem…

Prawym kącikiem ust, tak cicho, by nie dosłyszała jej Stella, Alice wymruczała:

— Mój nieszczęsny Jordan…

— Sama wiesz najlepiej, że on to uwielbia — odmruknęła równie cicho Leisha i poszła do jadalni, żeby spotkać się z dziennikarzem.

Zaskoczył ją. Wyglądał na lat mniej więcej szesnaście — ot, kościsty chłopak o ostro zarysowanych łokciach i kiepskiej cerze, ubrany, zdaje się, według najnowszej młodzieżowej mody: w bombiaste szorty i plastykową bluzę, obramowaną maleńkimi plastykowymi skuterami w kolorach czerwonym, białym i niebieskim. Przycupnął nerwowo na brzeżku krzesła, podczas gdy dookoła niego tańczyli Erik i Seth, popiskując beznadziejnie na swoich fujarkach. Leisha wygoniła swych ciotecznych wnuków z pokoju. Seth wybiegł z radością, Erik zawył i trzasnął drzwiami. W ciszy, jaka nagle nastała, Leisha usadowiła się przy stole, dokładnie na wprost chłopca.