Выбрать главу

— Czy pan w ogóle ogląda sieci informacyjne, panie Cavanaugh? Teraz spojrzał jej prosto w oczy, wyraźnie oburzony.

— Oczywiście! Cała moja rodzina ogląda! Inaczej skąd mama i tato by wiedzieli, które Woły dadzą nam najwięcej za nasze głosy?

— Ach tak — stwierdziła Leisha. — Amerykańska konstytucja działa.

— A przyszłym roku mamy trzechsetlecie — dopowiedział z dumą chłopiec. Amatorzy Życia bez wyjątku czuli się patriotami. — No cóż, w takim razie jeszcze raz dziękuję.

— To ja panu dziękuję — odpowiedziała Leisha. W drzwiach pojawiła się surowa Stella i odprowadziła go do wyjścia.

— Leisho, za dwie minuty masz połączenie na wideotelefonie, a w tej chwili…

— Stello, ile zgłoszeń rozpatrywała Fundacja w tym kwartale?

— Sto szesnaście — odrzekła Stella. Prowadziła wszystkie akta Fundacji, w tym również sprawy finansowe.

— Iluprocentowy spadek w porównaniu z zeszłym kwartałem?

— Sześć procent.

— A w porównaniu z zeszłym rokiem?

— Osiem procent. Przecież wiesz.

To prawda — Leisha wiedziała. Stella miałaby się czym zająć, gdyby Fundacja działała na taką samą skalę, co na początku swej działalności. Nie starałaby się zajmować pierwszorzędnego intelektu obowiązkami matki i sekretarki, przy okazji zamęczając wszystkich dookoła. Stella musiała chyba zgadnąć, o czym myśli Leisha, bo nagle powiedziała:

— Mogłabyś wrócić do praktykowania prawa. Albo napisać kolejną książkę. Albo założyć kolejną korporację, gdybyś tylko zechciała konkurować z Wołami w czymś, co i tak robisz lepiej.

— Konkuruje z nimi Azyl — odrzekła łagodnie Leisha. — A ten nowy porządek ekonomiczny i tak nie opiera się na konkurencji. Opiera się na specyficznym stylu życia. Powiedział mi o tym właśnie pewien młody człowiek. Nie męcz mnie, Stello, dziś są moje urodziny. Co to za hałas na podwórzu?

— To właśnie przez cały czas usiłuję ci powiedzieć. Przed bramą stoi jakieś dziecko i wrzeszczy na całe gardło, że chce się z tobą widzieć. Z tobą i nikim innym.

— Bezsenne dziecko? — spytała Leisha, czując, że krew zaczyna żywiej krążyć w jej żyłach. Takie wypadki nadal się zdarzały — nielegalna genomodyfikacja, zagubione dziecko z upływem lat przekonujące się, że jest różne od swych rówieśników, że nie wystarczą mu wyścigi skuterów, holowidy i psychoimprezy. Potem przypadkiem dowiaduje się o Fundacji imienia Susan Melling, zwykle od jakiegoś sympatyczniejszego Woła, i przestraszone, lecz zdeterminowane, rusza w długą podróż w poszukiwaniu swoich, na długo przedtem, zanim się dowie, że ma jakichś swoich. Promowanie tych dzieci, nastolatków, a czasem nawet dorosłych do swojego domu i pomaganie im, by mogli w pełni stać się sobą, to dla Leishy najżywsza radość Ale Stella odpowiedziała:

— Nie. To nie Bezsenny. Ma około dziesięciu lat. To brudny dzieciak, który drze się na całe gardło, że musi się zobaczyć z tobą i nikim innym. Wysłałam Erika, żeby mu powiedział, że dzień przyjęć jest jutro, ale ten dał Erikowi w oko i oświadczył, że nie może czekać.

— Czy Erik go rozłożył? — spytała Leisha. Dwunastoletni syn Stelli miał genomodyfikację siły. I nauczyciela karate. A także pewne skłonności, które u Bezsennych raczej nie powinny występować.

— Nie — odparła Stella z dumą w głosie. — Erik dorasta. Nauczył się, że wolno uderzyć tylko w obliczu bezpośredniego fizycznego zagrożenia.

Leisha szczerze w to wątpiła. Erik Bevington-Watrous był źródłem jej nieustannych zmartwień. Ale powiedziała tylko:

— Wpuść chłopca. Zaraz się z nim spotkam.

— Ależ Leisho! Dosłownie w tej minucie masz połączenie z Tokio!

— Powiedz im, że oddzwonię. Pozwól mi pokaprysić, Stello; dziś są moje urodziny. Jestem stara.

— To Alice jest stara — odrzekła Stella, natychmiast zmieniając ton. Po chwili dorzuciła: — Przepraszam.

— Wpuść dzieciaka. Przynajmniej przestanie się drzeć. Jak, mówiłaś, on się nazywa?

— Dan Arlen — odparła Stella.

* * *

Na orbicie, gdzieś nad wodami Pacyfiku, Rada Azylu wybuchnęła spontanicznym aplauzem.

Czternaścioro mężczyzn i kobiet siedziało wokół wypolerowanego metalowego stołu w kształcie stylizowanej podwójnej spirali, wewnątrz Kopuły Rady. Dookoła pomieszczenia, metr nad podłogą, ciągnęło się wielkie okno z plastiglasu, tu i ówdzie poprzecinane metalowymi wspornikami. Sama zaś kopuła umiejscowiona została możliwie najbliżej jednego z końców cylindrycznej stacji orbitalnej, tak że widok z sali konferencyjnej, która sama zajmowała dokładnie połowę kopuły, był przyjemnie urozmaicony. Na „północy” rozciągały się pola uprawne z rozsianymi tu i ówdzie mniejszymi kopułami; podchodziły leciutko do góry, by zniknąć w końcu na tle zamglonego nieba. Na „południu” był kosmos — bezkompromisowy, oddzielony od kopuły tylko cienką warstewką powietrza, jakie znajdowało się pomiędzy nią a plastiglasową ścianą stacji. Na południu panował ciepły i słoneczny „dzień” i przez długie, nie zaciemnione sekcje okien wlewał się z tej strony słoneczny blask, na północy natomiast królowała nie kończąca się noc, wypełniona na przemian rojami gwiazd lub przygnębiająco wielką Ziemią. Niesymetryczna krzywa stołu konferencyjnego i przyśrubowane do podłogi fotele sprawiały, że sześciu członków Rady spoglądało na gwiazdy, a ośmiu patrzyło na słońce.

Jennifer Sharifi, dożywotnia przewodnicząca Rady, zawsze siedziała z twarzą zwróconą na południe, ku słońcu. Kiedy mówiła, w jej oczach lśniła radość.

— Wszystkie testy mózgu, analizy płynu mózgowo-rdzeniowego, kartografia kręgosłupa, no i rzecz jasna analizy DNA wykazują nasz pełny sukces. Doktorom Toliveriemu i elementowi należy z całego serca pogratulować. Podobnie, rzecz jasna, jak Ricky’emu i Hermione. — Uśmiechnęła się ciepło do syna i synowej. Ricky odpowiedział jej uśmiechem, Hermione zaś spuściła głowę i nagły skurcz przeszył jej niezwykle piękną twarz. Mniej więcej połowa rodziców w Azylu zaprzestała korzystania z genomodyfikacji, zadowolona z intelektualnych i psychicznych korzyści, jakie zapewnia bezsenność, i pragnąca utrzymać rodzinne podobieństwo. Hermione, smukła i fiołkowooka, była dzieckiem rodziców z tej drugiej połowy.

Radny Victor Lin zapytał z zapałem:

— Czy nie moglibyśmy zobaczyć dziecka? Środowisko mamy chyba dostatecznie sterylne.

Kilkoro innych roześmiało się głośno.

— Tak, bardzo proszę — dorzuciła radna Lucy Ames i zarumieniła się. Miała dopiero dwadzieścia jeden lat — urodziła się już na stacji — i ciągle jeszcze nie przywykła do myśli, że to jej nazwisko wyłoniono do Rady w loterii obywatelskiej. Jennifer uśmiechnęła się do niej.

— Tak, oczywiście. Możemy zobaczyć dziecko. Ale chciałabym tu powtórzyć to, co mówiono wam już wcześniej: ta runda modyfikacji genetycznych wykracza daleko poza wszystko, czym dane jest cieszyć się któremukolwiek z nas. Chcemy utrzymać swoją przewagę nad Śpiącymi na Ziemi, musimy zatem zbadać każdą drogę do dominacji, jaka się przed nami otwiera. Ale za ten postęp trzeba czasami płacić w dziedzinach o mniejszym znaczeniu.

Przemowa ta nagle wszystkich otrzeźwiła. Ośmiu członków Rady wylosowanych w loterii na tę kadencję spojrzało po sobie. Żadne z nich nie należało do rodziny Sharifi, która opanowała pięćdziesiąt sześć procent finansów Azylu i co za tym idzie, do niej należał też taki sam procent głosów w Radzie. Stali członkowie Rady — Jennifer, Ricky, Hermione, Najla i jej mąż, Lars Johnson, a także mąż Jennifer, Will Sandaleros — mieli na twarzach niczym nie zmącony uśmiech. Może z wyjątkiem Hermione.