— Proszę, przynieś dziecko — poleciła jej Jennifer.
Hermione wyszła. Ricky ostrożnie wyciągnął ku niej dłoń, kiedy go mijała, ale jej nie dotknął. Cofnął rękę i zapatrzył się w okno. Nikt nie odezwał się ani słowem, dopóki nie wróciła Hermione, niosąc opatulony tobołek.
— Oto — oznajmiła Jennifer — Miranda Serena Sharifi. Nasza przyszłość.
Hermione położyła dziecko na stole konferencyjnym i rozsupłała żółty kocyk. Miranda miała dziesięć tygodni. Jej skóra była blada, bez śladu różowości, a włosy mierzwiły się gęstą czernią. Żywe, bardzo ciemne oczka rozglądały się bystro wokół. Odrobinę wyłupiaste, strzelały ciągle na boki i nie były w stanie ani na chwilę spocząć w jednym miejscu. Silne małe ciałko podrygiwało bez przerwy. Maleńkie piąstki otwierały się i zamykały z taką szybkością, że niepodobna było policzyć małych paluszków. Niemowlę emanowało jakąś nienormalną witalnością, nienaturalnym napięciem — tak wzmożonym, że wydawało się, iż jej wzrok wytnie zaraz zygzakowatą dziurę w suficie kopuły.
Młodziutka radna Ames przycisnęła dłoń do ust.
— Na pierwszy rzut oka — odezwała się Jennifer swym opanowanym głosem — można by pomyśleć, że objawy występujące u naszej Mirandy przypominają pewne zakłócenia systemu nerwowego, jakie trapią czasem niemodyfikowanych żebraków. Albo objawy, jakie wywołują paraamfetaminy. Ale to coś skrajnie odmiennego. Mózg Mirandy pracuje z szybkością trzy albo cztery razy większą od naszej, posiadając przy tym niewiarygodnie wzmocnioną pamięć i równie wspaniałą zdolność koncentracji. Nie występuje tu utrata kontroli nad tkanką nerwową, choć efektem ubocznym jest pewna utrata kontroli motorycznej. Genomodyfikacje Miri zawierają też wysoki poziom inteligencji, ale dopiero zmiany w systemie nerwowym pozwolą jej korzystać z tej inteligencji w sposób, którego teraz nawet nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Ta genomodyfikacja to najlepszy sposób obejścia ogólnie znanego problemu regresji intelektualnej, kiedy to nadzwyczaj inteligentni rodzice wydają na świat przeciętne dzieci, dając tym samym gorsze podłoże nowym genomodyfikacjom. Kilkoro z siedzących przy stole pokiwało głowami, kilkoro innych, obeznanych z sytuacją, w której Najla i Ricky wypadali raczej słabo na tle samej Jennifer, opuściło wzrok. Radna Ames nie przestawała wpatrywać się w dziecko szeroko otwartymi oczyma i z dłonią przyciśniętą do ust.
— Miranda jest pierwsza — oświadczyła Jennifer — ale z pewnością nie ostatnia. My, mieszkańcy Azylu, prezentujemy sobą najtęższe umysły w całych Stanach Zjednoczonych. W interesie nas wszystkich leży, abyśmy utrzymali tę przewagę. To nasz obowiązek.
— Do tego wystarczą nasze zwykłe, Bezsenne i genomodyfikowane dzieci — odezwał się cicho radny Lin.
— Tak — odpowiedziała mu Jennifer z szerokim uśmiechem — ale w każdej chwili żebracy na Ziemi mogą zrewidować swoją krótkowzroczną politykę i sami mogą do tego wrócić. Potrzebujemy czegoś więcej. Potrzebujemy wszystkiego, co jesteśmy w stanie wytworzyć w dziedzinie inżynierii genetycznej, którą w przeciwieństwie do nich mamy śmiałość wykorzystać w całej jej pełni dla rozwoju umysłu, technologii, obronności…
Will Sandaleros delikatnie położył dłoń na jej ramieniu.
W oczach Jennifer zamigotała furia, lecz natychmiast zniknęła, a ona uśmiechnęła się do Willa, który patrzył na nią pełnym czułości wzrokiem. Roześmiała się.
— Czyżby mnie znowu poniosło? Przepraszam. Pewna jestem, że wszyscy pojmujecie filozofię Azylu równie dobrze jak ja.
Kilkoro z obecnych odpowiedziało jej śmiechem, kilkoro innych poprawiło się niespokojnie w swoich krzesłach. Radna Ames nie przestawała wpatrywać się w rozedrgane niemowlę. Hermione uchwyciła przerażony wzrok młodej kobiety i natychmiast zawinęła Mirandę z powrotem w kocyk. Żółta tkanina podskakiwała i drżała. Wzdłuż lamówki ciągnęły się wyhaftowane białe motylki i ciemnoniebieskie gwiazdki.
Dan Arlen stanął przed Leishą Camden na szeroko rozstawionych nogach. Leishy przyszło na myśl, że nigdy dotąd nie widziała jeszcze tak ostrego kontrastu jak między tym dzieckiem a nastoletnim reporterem, który właśnie wyszedł, a którego nazwiska już zdążyła zapomnieć.
Był najbrudniejszym dziesięciolatkiem, jakiego oglądały jej oczy. Błoto zlepiało jego ciemne włosy, oklejało resztki plastikowej bluzy, spodni i podartych butów z przydziału. Do rany na obnażonym lewym ramieniu przylgnęło tyle brudu, że według Leishy musiało wdać się zakażenie. Skóra w okolicy sterczącego ostro łokcia była zaczerwieniona i podrażniona. W ustach brakowało wybitego zęba, natomiast reszta twarzy niczym się nie wyróżniała, może z wyjątkiem koloru oczu, tak zielonych jak oczy Leishy. Wyróżniał ją także wyraz pewnej upartej gorliwości, jak gdyby Dan był gotów walczyć o coś do ostatniej cząstki swego brudnego, wychudzonego i z całą pewnością nie należącego do Wołów jestestwa.
— Ja jestem Dan Arlen — oświadczył. Zabrzmiało to jak fanfary.
— Leisha Camden — odparła z powagą. — Nalegałeś, żeby się ze mną spotkać.
— Chcę być w tej waszej fontannie.
— Fundacji. Skąd wiesz o mojej fundacji?
Dan machnął ręką, jakby to była rzecz bez znaczenia.
— Od takiego jednego. Powiedział mi, a potem przeszedłem kawał drogi, żeby się tu dostać. Aż z Luizjany.
— Pieszo? Zupełnie sam?
— Czasem udało mi się przejechać kawałek na gapę — odparł znów takim tonem, jakby rzecz nie warta była wzmianki. — Długo mi to zajęło. No, ale teraz jestem i może pani ze mną zaczynać. Jestem gotowy.
— Proszę przynieść z lodówki kanapki i mleko — poleciła Leisha robotowi domowemu. Robot potoczył się bezgłośnie do kuchni. Dan przyglądał mu się z najwyższą uwagą, dopóki nie zniknął. Wtedy zwrócił się do Leishy.
— Czy on jest z tych, co umieją się mocować? Do treningu mięśni? Ja takie widziałem w wiadomościach.
— Nie. To zwykły model podstawowy, pamięciowo-rejestrujący. Ale, ale — na co ty właściwie jesteś gotowy, Dan?
— Żeby zaczynać — odrzekł niecierpliwie. — Tę pani fontannę. Żebym został kimś.
— A co to dla ciebie znaczy?
— To pani powinna wiedzieć, w końcu to pani fontanna! Muszę się umyć, wykształcić i być kimś!
— Chcesz zostać Wołem?
Chłopak spochmurniał.
— Nie. Ale od tego trzeba zacząć, co nie? No to od tego zaczniemy.
Robot już wrócił. Dan wpatrzył się pożądliwie w jedzenie, a kiedy Leisha zaprosiła go gestem, rzucił się na nie jak psiak. Odrywał wielkie kęsy lewą stroną szczęki, krzywiąc się z bólu za każdym razem, kiedy do dziury po prawej dostał się kawałek chleba lub mięsa. Leisha przyglądała mu się przez chwilę.
— Kiedy ostatnio coś jadłeś?
— Wczoraj rano. Ale dobre.
— Czy twoi rodzice wiedzą, gdzie jesteś? Dan wziął z talerza okruch i zjadł.
— Mamy nic nie obchodzi. Cały czas lata po psychoimprezach. Tata nie żyje — rzucił szorstko, swymi zielonymi oczyma patrząc prosto w oczy Leishy, jakby spodziewał się, że powinna wiedzieć, że jego ojciec nie żyje. Leisha sięgnęła po terminal.
— Nie da się do nich zadzwonić. Nie mamy w domu terminalu.
— Nie mam zamiaru do nich dzwonić. Chcę się czegoś o tobie dowiedzieć. W której części Luizjany mieszkałeś?
— W Montronce Point.
— Prywatne bio-poszukiwania, wszystkie podstawowe archiwa danych — rzuciła Leisha do mikrofonu. — Jaki jest twój numer rejestracyjny w opiece społecznej?