— 842-06-3421-889.
Montronce to nieduże miasteczko w delcie Missisipi, w którym Woły nie prowadziły żadnych wartych wzmianki przedsięwzięć. Tysiąc dziewięćset dwadzieścioro dwoje mieszkańców, szkoła z szesnastoprocentową frekwencją uczniów i sześćdziesięciodwuprocentową — nauczycieli ochotników, którzy trzymali budynek otwarty przez pięćdziesiąt osiem dni w roku. Dan należał do owych szesnastu procent, choć z przerwami. Nie miał żadnych akt opieki medycznej, ale istniały akta jego rodziców i dwóch młodszych sióstr. Leisha zaczęła ich słuchać i raptem znieruchomiała.
Kiedy terminal skończył, zwróciła się do chłopca.
— Twoje stopnie, nawet jak na to, co uchodzi za szkołę w Montronce, nie są zachwycające.
— Nie są — zgodził się. Ani na moment nie spuścił wzroku.
— I chyba nie masz żadnych szczególnych uzdolnień w sporcie, muzyce ani czymkolwiek innym.
— Nie, nie mam.
— I tak naprawdę wcale nie masz ochoty zdobyć wykształcenia, żeby pracować jako Wół.
— Zgadza się — rzucił agresywnym tonem. — Ale mogę to zrobić.
— Tylko że tak naprawdę nie chcesz. Fundacja imienia Susan Melling istnieje po to, żeby pomagać ludziom zostać tym, kim chcą być. A ty co chciałbyś zrobić ze swoją przyszłością?
Pytanie to zabrzmiało absurdalnie, kierowane do dziesięciolatka, a w szczególności do tego akurat dziesięciolatka. Biedniejszego niż większość Amatorów Życia. Niezbyt utalentowanego. Kościstego. Cuchnącego. Śpiącego.
A mimo wszystko nie tak całkiem zwyczajnego — zielone oczy wpatrywały się w Leishę ze szczerością większą niż ta, na jaką zdobyłby się którykolwiek z dorosłych Śpiących, nawet w tym rozluźnionym, hedonistycznym klimacie społecznym towarzyszącym obchodom trzechsetlecia. W istocie, myślała Leisha, w oczach Dana znaleźć można coś więcej niż samą tylko szczerość. Odnalazła w nich ufność w jej pomoc, jakiej nie spotkała dotąd u żadnego ze zgłaszających się. Większość spoglądała na nią z niepewnością lub podejrzliwie, a czasem z nerwową służalczością, która nieodmiennie przywodziła Leishy na myśl płaszczące się u stóp psy. Dan patrzył tak, jakby on i Leisha byli partnerami w stuprocentowo pewnym interesie.
— Słyszała pani, jak terminal mówił, w jaki sposób zginął mój dziadek.
— Pracował jako robotnik przy budowie Azylu. Metalowa podpórka, unosząca się luzem w przestrzeni, rozerwała mu kombinezon — odparła Leisha.
Dan pokiwał głową. W jego głosie nie było smutku, a tylko ta sama co poprzednio radosna pewność siebie, kiedy mówił:
— Mój tato był wtedy całkiem mały. Opieka społeczna prawie nic jeszcze nie dostarczała.
— Pamiętam — poświadczyła sucho Leisha.
To, czego wówczas dostarczała ludziom opieka społeczna, oparta na taniej energii Y i nieczystym sumieniu społecznym, nie dało się nawet porównać z tym, czego dostarczał teraz rząd i Woły dzięki potrzebie pozyskiwania wyborczych głosów. Od stoczenia się w podobne Rzymianom barbarzyństwo chroniło ich tylko to samo tanie bogactwo. Wygodni i cywilizowani, Amatorzy Życia nie mieli w sobie tłumionego gniewu, któremu trzeba by dać ujście na arenie.
Spodziewała się, że wzmianka o tym, że pamięta czasy jego ojca, przemknie bez echa. Większość dzieci nie przywiązywała wagi do przeszłości. Ale on ją zaskoczył.
— Naprawdę pani pamięta? Jak to było? Ile ma pani lat, Leisho?
Nie wie nawet, że nie wypada mu zwracać się do mnie po imieniu — pomyślała Leisha pobłażliwie. I natychmiast też dostrzegła — po raz pierwszy — pewien jego szczególny dar. Okazywał jej zainteresowanie tak żywe, świeże, błyszczące takim żarem w jego zielonych oczach, że Leisha natychmiast poczuła ochotę, żeby okazywać mu pobłażanie. Niewinność przylgnęła do niego jak zapach. Zaczynała rozumieć, w jaki sposób zdołał przebyć tę długą drogę z Luizjany do Nowego Meksyku cały i zdrowy: pomagali mu ludzie. W istocie, krew na ramieniu była świeża, podobnie jak rana po wybitym zębie — możliwe, że do chwili spotkania z Erikiem Bevington-Watrousem napotykał wyłącznie ludzką życzliwość.
A miał dopiero dziesięć lat.
— Mam sześćdziesiąt siedem lat — odpowiedziała mu. Jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia.
— O rany! Wcale nie wygląda pani jak staruszka!
„Gdybyś widział moje stopy…”
Roześmiała się, a dziecko odwzajemniło się uśmiechem.
— Dziękuję, Dan. Ale wciąż nie odpowiedziałeś mi na pytanie. Czego właściwie chcesz od mojej fundacji?
— Mój tato chował się bez swojego taty i dlatego wyrósł na gbura i za dużo pił — oświadczył Dan, jakby to miało starczyć za odpowiedź. — Bił moją mamę. Bił moje siostry. I bił mnie. Ale mama mówiła, że nie byłby taki, gdyby żył jego tato. Byłby zupełnie inny, dobry i miły — więc to nie była jego wina.
Leisha jakby to widziała: maltretowana matka, sama niespełna trzydziestoletnia, usprawiedliwia ojca przed maltretowanymi dziećmi tak długo, że w końcu sama zaczyna wierzyć w te swoje usprawiedliwienia, bo potrzebuje czegoś, co nie dałoby jej odejść. „To nie jego wina” przechodzi stopniowo w „To nie moja wina”. „Cały czas lata po psychoimprezach” — powiedział o niej Dan. Były imprezy i imprezy — nie wszystkie stosowały się do przepisów o stosowaniu łagodnych środków i zakazie kumulacji efektów ubocznych.
— To nie była wina mojego taty — powtórzył Dan. — Ale ja sobie myślę tak: moja też nie. No więc musiałem wydostać się z Montronce.
— Tak, ale… Czego ty właściwie chcesz?
Zielone oczy nagle zmieniły wyraz. Leisha nie pomyślałaby nawet, że jakieś dziecko może wyglądać w ten sposób. Nienawiść — owszem, nieraz zdarzało jej się widzieć dziecięce oczy pełne nienawiści. Ale to nie była nienawiść ani gniew, ani nawet dziecinny żal. To było całkiem dorosłe spojrzenie — takie, jakie i dorosłym zdarza się teraz dość rzadko, spojrzenie staromodne: lodowata determinacja.
— Chcę dostać Azyl.
— Chcesz dostać? Co to znaczy, że chcesz go dostać? Chcesz go zniszczyć? Skrzywdzić ludzi?
Spojrzenie zielonych oczu zmiękło nieco; wydawały się teraz rozbawione, w jeszcze bardziej dorosły i niepokojący sposób.
— Jasne, że nie. Ale pani głupia — odpowiedział. — Nie chcę nikogo skrzywdzić. Wcale nie chcę zniszczyć Azylu.
— No to…
— Mam zamiar któregoś dnia mieć go na własność.
Po całej stacji niósł się dźwięk alarmu — głośny i nieomylny. Technicy złapali za kombinezony. Matki chwyciły swoje rozwrzeszczane pociechy i wydawały polecenia terminalom głosami tak roztrzęsionymi, że nieledwie uniemożliwiały identyfikację. Giełda Azylu natychmiast zamroziła wszelkie transakcje — nikt nie miał prawa ciągnąć korzyści z katastrofy, bez względu na to, co by się działo.
— Sprowadź oblatywacz — rzuciła Jennifer do Willa Sandalerosa, już ubranego w kombinezon ochronny. Sama szybko wciągnęła swój i wybiegła z kopuły mieszkalnej. Tym razem to może być koniec. Za każdym razem to może być koniec.
Will poderwał oblatywacz w górę. Kiedy zbliżyli się do strefy swobodnego spadku biegnącej wzdłuż centralnej osi stacji, wideotelefon poinformował:
— Czwarta platforma. To pocisk, Will. Roboty są o trzydzieści trzy sekundy od miejsca zderzenia, załoga techniczna o półtorej minuty. Obserwujcie, jak próżnia wysysa…
— Nie znajdziemy się tam na tyle szybko — rzucił szorstko Will. Pod pozorną szorstkością Jennifer wychwyciła nutkę zadowolenia. Will nie lubił pędzić osobiście na miejsce katastrofy. Ją za to mógłby utrzymać z daleka tylko gdyby ją skrępował sznurami.