Выбрать главу

Dojrzała już dziurę — postrzępioną szramę nad platformą uprawną. Roboty były już na miejscu; rozpryskiwały po szczelinie tymczasowe pokrycie z mocnego plastyku. Aby nie zmiótł ich pęd uciekającego bezcennego powietrza Azylu, roboty uczepiły się powierzchni za pomocą potężnych przyssawek napędzanych energią Y. Kiedy robot musiał się przesunąć, w jednej z nóg po prostu odcinał ssanie. Oblatywacze załogi technicznej spłynęły w dół wdzięcznym wirem, a już w następnej sekundzie technicy w kombinezonach sanitarnych byli na zewnątrz, rozpylając szerokim kręgiem po zbiorach inne zabezpieczenia, które nie uszkodzą tkanki organicznej, żeby później można było ją zanalizować na poziomie DNA i sprawdzić, co się wydarzyło.

Zwykła broń to jeszcze średni kłopot; najgorsze były kontaminacje. Nie wszystkie nacje na Ziemi zakazały badań genetycznych.

— Gdzie ten pocisk? — Jennifer połączyła się z szefem drużyny technicznej. W kombinezonie miał tylko audio, ale nie potrzebował pytać, kto mówi.

— W sekcji H. Już go zabezpieczyli. Przy zderzeniu spowodował wgięcie platformy, ale jej nie uszkodził.

To była dobra wieść — pocisk mógł zostać natychmiast poddany badaniom, bez konieczności ściągania go z przestrzeni kosmicznej.

— Jak wygląda?

— Jak meteor.

— Może to i meteor — powiedziała Jennifer, a siedzący obok Will skinął głową. Cieszyła się, że z nią poleciał. Czasem do awarii leciał z nią Ricky, a to bywało męczące.

Z powrotem Will prowadził oblatywacz znacznie wolniej. Był dobrym pilotem i wiedział o tym. Pod nimi rozciągał się Azyl — pola i kopuły, drogi i zakłady energetyczne, przejrzyste szyby pokrywy, czyszczone nieustannie przez maleńkie roboty, zbudowane specjalnie do tej pracy. Jasny i ciepły blask sztucznego słońca napełniał powietrze złotawą mgłą. Kiedy wylądowali, Jennifer doleciał korzenny zapach sojecznika — ich najnowszej rośliny dekoracyjno-jadalnej.

— Chcę, żeby Rada zebrała się dla wysłuchania raportów z laboratorium.

Will, już bez hełmu, najpierw spojrzał na nią zaskoczony, potem zrozumiał.

— Wezwę ich.

Nigdy nie wolno spocząć. Koran i historia Stanów Zjednoczonych przynajmniej w tym jednym punkcie były zgodne: „Ci, którzy dopełnią przymierza i z hartem ducha zniosą zły los, niewygody i niebezpieczeństwa — tylko ci są prawdziwi w swej wierze”. I dalej: „Ceną wolności jest wieczysta czujność”.

Nie znaczy to oczywiście, że Azyl mógł się cieszyć prawdziwą wolnością.

Jennifer stanęła przed swoją Radą. Ricky zajrzał jej w twarz i jego własna twarz znieruchomiała. Najla gapiła się przez okno. Radny Lin pochylił się do przodu, a radna Ames trzymała dłonie, mocno zaciśnięte, na metalowym blacie stołu.

— Wszystkie raporty z laboratorium mówią o wynikach negatywnych — zaczęła Jennifer. — Tym razem. Skład pocisku zgodny jest z normą dla meteorów klasy J, co oczywiście nie wyklucza, że mógł zostać rozmyślnie użyty jako broń. Wygląda na to, że pokrywa nie zawiera żadnych aktywnych mikrobów, genomodyfikowanych ani żadnych innych, które potrafilibyśmy zidentyfikować, chód oczywiście nie oznacza to, że ich tam w ogóle nie ma, bo przecież mogą mieć ukryte w łańcuchu DNA specjalne upodobnienia, które za pomocą wbudowanych genetycznych wyzwalaczy mogą ujawnić się później.

— Ależ, matko — wtrącił ostrożnie Ricky — nikt prócz nas nie jest w stanie pracować na tak zaawansowanym poziomie inżynierii genetycznej. A przecież nawet my nie jesteśmy jeszcze w tym zbyt dobrzy.

Jennifer obdarzyła go szerokim uśmiechem.

— Nikt, o kim byśmy wiedzieli.

— Przecież kontrolujemy praktycznie każde laboratorium na Ziemi…

— Zwróć łaskawie uwagę na słówko „praktycznie” — odrzekła Jennifer. — Przecież nie wiemy o wszystkich, jakie istnieją, prawda?

Ricky poprawił się na krześle. Miał trzydzieści jeden lat, był krępym mężczyzną o gęstych, ciemnych włosach i nisko opadających brwiach nad brązowymi oczyma.

— Mamo, to szesnasty alarm w sprawie uszkodzenia powłoki w ciągu ostatnich dwóch lat, a ani jedno z nich nie było wynikiem ataku. Osiem razy trafił w nas meteor, w tym trzy razy spowodował rozdarcie powłoki. Trzy krótkotrwałe awarie, niemal natychmiast naprawione. Dwie spontaniczne mutacje mikrobów pod wpływem promieniowania kosmicznego, na które nic nie możemy poradzić. Jedna…

— Szesnaście awarii, o których wiemy — przerwała mu Jennifer. — Czy możesz mi zagwarantować, że nie mamy teraz żadnych DNA-mimetycznych mikrobów w powietrzu, którym oddychamy?

— Ależ nieobecność dowodów… — wtrąciła nieśmiało radna Ames.

— Dowód polityczny to wymysł żebraków — zgasiła ją Jennifer. — Nie masz o tym pojęcia, Lucy, ponieważ nigdy nie byłaś na Ziemi. Koncepcja dowodu naukowego uległa tam zupełnej degradacji. Używa się jej selektywnie — żeby uzasadnić każdą przyczynę, jaką rząd sobie wybierze, by wnosić kolejne roszczenia pod adresem lepszych tego świata. W ten sposób mogą „dowieść” wszystkiego w swoich sądach, w swoich sieciach informacyjnych, w swoich operacjach finansowych. Jaką kwotę podatku musieliśmy w zeszłym roku wnieść do urzędu skarbowego, Lucy? Dla stanu Nowy Jork? I co dostajemy w zamian? A mimo to prezydent Stanów Zjednoczonych jest w stanie udowodnić ci, że masz obowiązek płacić na słabszych od siebie, a także i to, że jeśli tego nie zrobisz, jego wojska mają prawo przejąć lub zniszczyć całe zaplecze, z którego korzystasz, aby utrzymać przy życiu siebie i swoją społeczność.

— Ale przecież Azyl płaci swoje podatki — odparła oszołomiona radna Ames. — Są niesprawiedliwe, a jednak je płacimy.

Jennifer nie odpowiedziała. Po chwili ciszy Will Sandaleros włączył się gładko:

— Owszem. Płacimy.

— Chodzi o to — zaczął znowu Ricky Keller — że żaden z tamtych incydentów nie był planowanym atakiem. Niemniej ty zawsze zakładasz, że nimi są, dla ciebie podejrzane są nawet naukowe dowody na to, że jest inaczej. Czy nie posuwamy się za daleko w tej naszej manii prześladowczej?

Jennifer przeniosła spojrzenie na syna. Silny, lojalny, produktywny — taki członek społeczności, z jakiego można być dumnym. I była z niego dumna. Kochała jego i Najlę tak mocno jak wtedy, kiedy byli jeszcze dziećmi, ale ta jej miłość źle im się przysłużyła. Teraz widziała to w całej pełni. To przez jej stałą ochronę, przez rozpaczliwe osłanianie ich przed wszelką krzywdą, jakiej mogliby doznać od żebraków, wyrosły w poczuciu bezpieczeństwa. Nie wiedziały, jak to jest tam, na zewnątrz, poza tą enklawą, gdzie silne społeczeństwo żyło w poczuciu bezpieczeństwa i miało doskonałe warunki do przetrwania i gdzie dzięki temu jednostki mogły w pełni korzystać ze swych talentów, by wypełniać swe życiowe cele. Jej dzieci nie znały szponiastej nienawiści o przekrwionych oczach — nienawiści, jaką żebracy odczuwali wobec takiej postawy, bo żebracy nigdy nie byli w stanie wypełnić swych życiowych celów bez żerowania na tym, co osiągnęli lepsi od nich. Najla i Ricky znali to wszystko z drugiej ręki, z wiadomości holowizyjnych nadawanych z Ziemi. Jak dzikie zwierzęta, które najadły się do syta, żebracy pod wpływem hojnej opieki społecznej nieco przycichli, pewnie także dlatego, że Bezsenni zniknęli im sprzed oczu. Wygrzewali się leniwie w słońcu taniej energii Y, łatwo więc było zapomnieć, jacy potrafią być niebezpieczni. Szczególnie zaś łatwo zapominali o tym ci, którzy tak jak jej dzieci spędzili większość życia w bezpiecznych warunkach.