A Jennifer nigdy nie zapomni. Będzie pamiętać za nich wszystkich.
— Czujność to nie mania prześladowcza. A zaufanie do kogoś, kto nie należy do naszej społeczności, to nie jest dobry sposób na przetrwanie. Może sprowadzić zagrożenie na nas wszystkich.
Ricky nie mówił już nic więcej — nigdy w życiu nie chciałby narazić społeczności na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Żadne z nich — Jennifer była o tym przekonana — nigdy by tego nie zrobiło.
— Mam dla was pewną propozycję — oświadczyła teraz. Will, jedyny, który wiedział, co Jennifer za chwilę powie, wyprężył się jak struna. Stanął w pogotowiu.
— Wszystkie nasze zabezpieczenia mają charakter defensywny. I to nawet nie obronno-odwetowy — to zwykłe urządzenia zabezpieczające na wypadek uszkodzenia powłoki. Ale naczelną zasadą naszego istnienia jest przetrwanie społeczności i jej praw, a jedno z naczelnych praw społeczności to prawo do obrony. Już czas, aby Azyl wzmocnił swoją siłę przetargową. Do tej pory uniemożliwiano nam pozyskanie przyzwoitej broni, inwigilując wszystkie transakcje handlowe Azylu z Ziemią, nawet te najbardziej utajnione. Tylko dlatego udało nam się przez te dwadzieścia trzy lata utrzymać żebraków z dala od siebie, że nie daliśmy nawet najbłahszego pretekstu, który pozwoliłby im wkroczyć tu z nakazem rewizji.
Jennifer zlustrowała wzrokiem twarze wszystkich obecnych, szufladkując je przy tym starannie: Will i Victor Lin twardo stoją po jej stronie — to dobrze, Lin jest wpływowym człowiekiem — następnych troje słucha z widoczną uwagą, troje zamknęło się w sobie i spochmurniało, ośmioro ma na twarzach zaskoczenie lub niepewność — w tym i młoda Lucy Ames. A także dwójka jej własnych dzieci. Ciągnęła opanowanym tonem:
— Tylko w jeden sposób możemy uchronić Azyl przed obcą penetracją i stworzyć sobie skuteczną broń: wykorzystując inżynierię genetyczną. Częściowo już tego dokonaliśmy, tworząc nowe genomodyfikacje u Mirandy i innych dzieci. Teraz musimy pomyśleć, jak użyć naszej siły, by stworzyć sobie nową broń.
Zerwała się burza protestów. I ona, i Will właśnie tego się spodziewali. Azyl, jako ojczyzna uciekinierów, nie miał za sobą żadnych wojennych tradycji. Oboje słuchali uważnie, nie tyle dla przytaczanych argumentów, co dla wyłapania ewentualnych sprzymierzeńców. Kto dałby się przekonać, a kogo nie przekonają nigdy, kto był gotów na kolejny ruch po gałęziach drzewa decyzji. Wszystkie posunięcia będą legalne i jawne — na pierwszym miejscu zawsze jest społeczność. Ale każda społeczność przechodzi zmiany. Ośmiu członków Rady nie należących do rodziny sprawowało swój urząd tylko przez dwa lata. A przecież nawet i skład rodziny może ulec zmianie. Lars Johnson był drugim mężem Najli. Przecież równie dobrze może mieć trzeciego, a Ricky nową żonę. A za szesnaście lat przy stole zasiądzie kolejne pokolenie uprawnionych do głosowania, bo genomodyfikowany Bezsenny już w wieku szesnastu lat zdolny jest dokonywać rozumnego wyboru. A przecież Miranda będzie w stanie dokonywać wyboru super-rozumnie.
Jennifer i Will potrafią czekać. Nikogo nie będą przymuszać. Właśnie w taki sposób funkcjonuje społeczność. Nie tamta, żebracza, ale ich społeczność, azylowa. Powolne dochodzenie do jednomyślności wszystkich jej członków, tych produktywnych, którzy mają prawo do posiadania własnych poglądów właśnie dlatego, że są produktywni. Jennifer potrafi czekać, aż jej społeczność zacznie działać.
Ale laboratoria naukowe Sharifi do społeczności nie należały. Należały wyłącznie do niej, zbudowane i finansowane z jej własnych pieniędzy, nie z funduszy korporacji Azylu. A to, co należy do niej, może zacząć pracę już teraz. I kiedy społeczność dojdzie do wniosku, że potrzebuje broni, biologiczna broń będzie już czekała gotowa.
— Sądzę — odezwała się Najla — że powinniśmy rozpatrywać tę sprawę w kontekście przyszłej generacji. Jakie stosunki utrzymywać będziemy z władzami federalnymi za następnych dwadzieścia lat? Jeśli wprowadzimy wszystkie zmienne do równań socjodynamicznych Geary-Tollersa…
Jej kochana córka. Błyskotliwa, produktywna, oddana. Jennifer posłała jej przez stół pełen miłości uśmiech. Będzie chronić swoją córkę.
A zatem zacznie badania nad genomodyfikowaną bronią biologiczną.
Dana w domu Leishy trapiły dwa problemy: Erik Bevington-Watrous i jedzenie.
Kiedy już to sobie zdołał poukładać, nikt nie podejrzewał nawet, że tu mogą być jakieś problemy. Z drugiej zaś strony żywili głębokie przekonanie, że ma cały szereg problemów w kwestiach, którymi zupełnie się nie przejmował. Myśleli, że przejmował się z powodu ich odmiennego sposobu bycia, niesamowitej wprost liczby ludzi, wobec których należało być układnym, i tej mowy Wołów, której nie miał okazji dotąd słyszeć, z powodu potrzeby snu, którą odczuwało bardzo niewielu z nich, a także z powodu długiego czasu, przez jaki przyszło mu czekać bezczynnie — aż do września — kiedy wyślą go do szkoły dla Wołów, za którą sami zapłacą.
Żadna z tych rzeczy nie stanowiła dla Dana szczególnego problemu, a już najmniej bezczynność. W całym jego krótkim życiu nikt nigdy nie postępował inaczej. Ale bezczynnością, jak spostrzegł już pierwszego dnia, daleko w tym domu nie zajedzie. Tutaj to na pewno nie. Tutaj ludzie boją się nic nie robić.
Starał się więc być zajęty, a jeszcze bardziej — żeby każdy widział, że jest zajęty. Pracował usilnie nad tym, co uznano tu za jego problem. Nauczył się imion i nazwisk wszystkich, którzy przebywali w posiadłości — tak właśnie to nazywali: „posiadłość”, a Dan aż do tej chwili był pewien, że oznacza to pewien szczególny rodzaj pieprzenia się, któremu przyglądał się kiedyś z wielkim zainteresowaniem na jakiejś psychoimprezie. Dowiedział się też w jakiej są ze sobą relacji: Bezsenna Leisha i jej siostra, starsza pani po zawale, która była Śpiącą i miała Śpiącego syna, żonatego z Bezsenną Stellą. Do dwojga ostatnich, jak szybko zdołał się zorientować, lepiej było się zwracać „panie Watrous” i „pani Bevington-Watrous”. Tacy już byli. Mieli trójkę dzieci: Alicję, Erika i Setha. Alicja była dorosła — mogła mieć nawet jakieś osiemnaście lat — ale niezamężna, co Danowi wydało się dziwne. W Montronce osiemnastoletnie kobiety zwykle rodziły swoje pierwsze dziecko. Może u Wołów jest inaczej.
Mieszkali tam też i inni ludzie, w większości Bezsenni, ale nie tylko. Dan dowiedział się, czym się zajmowali — prawem, pieniędzmi i innymi tego rodzaju wołowskimi rzeczami — i próbował się tym zainteresować. Kiedy mu się to nie udało, próbował chociaż być użyteczny, wypełniając rozmaite polecenia i pytając wszystkich dookoła, czy może im w czymś pomóc. Słyszał raz, jak Alicja mówi o nim „ten lokajczyk”, ale wtedy starsza pani usadziła ją ostro, mówiąc: „Nie waż mi się oceniać go w ten sposób, moja panno! Robi co może, choć geny ma, jakie ma, i nie życzę sobie, żeby ktoś deptał jego uczucia!” Dań nie miał wrażenia, żeby ktoś deptał mu uczucia, bo nie wiedział, co to znaczy „lokajczyk”. Ale przekonał się, że starsza pani go lubi i od tego czasu spędzał mnóstwo czasu oddając jej różne drobne przysługi, których tak naprawdę tylko ona jedna potrzebowała, bo była taka stara.
— Czy masz może brata bliźniaka, Dan? — zapytała go pewnego razu. Pracowała akurat, bardzo powoli, przy komputerze.
— Nie, proszpani — odrzekł z miejsca. Na sam ten pomysł mrówki przebiegły mu po grzbiecie. Nie było drugiego takiego jak on!
— Aaa — powiedziała starsza pani z lekkim uśmiechem. — Odcinamy się zdecydowanie.
Używali wielu słów, których nie rozumiał. Rozmawiali o zmiennych tendencjach sił elektoratu — co to niby za siły? Coś jak energia Y? O genomodyfikowanych biatomach, którymi żyje Madagaskar, o przewadze wokółlunarnych stacji orbitalnych nad starymi typami, okołoziemskimi. Kazali mu kroić mięso nożem i widelcem, nie rozmawiać z pełnymi ustami, dziękować nawet wtedy, kiedy czegoś nie chciał. Robił, jak kazali. Kazali mu nauczyć się czytać, więc codziennie przesiadywał przy terminalu, choć to była jazda na zwolnionych obrotach i zupełnie nie rozumiał, do czego może mu się w życiu przydać. Terminale zawsze powiedzą ci wszystko, co chcesz wiedzieć, a kiedy na ekranie pełno było słów, nie starczało miejsca na obrazki. A obrazki i tak miały dla Dana więcej sensu niż słowa. Zawsze tak było. On odczuwał wszystko jak obrazki — kolory i kształty gdzieś na dnie umysłu, które wypływały jakimś cudem na powierzchnię i wypełniały mu głowę. Starsza pani, na przykład, była spiralna, brązowa z odcieniem rdzy, a pustynia w nocy wypełniała go miękką, prześlizgującą się purpurą. Właśnie tak. Ale kazali mu nauczyć się czytać, no to się nauczył.