No tak, był dzielny. Dzielny z niego chłopak, wszyscy tak zawsze mówili, nawet w tym zapyziałym Montronce. Przecież jest Danem Arlenem, który pewnego dnia będzie miał Azyl na własność. I nigdy, przenigdy nie będzie taki wypalony jak pan Watrous.
— Czy ten wózek — zwrócił się do Leishy — będzie z tych, co unoszą się trzy cale nad podłogą i zjeżdżają po schodach?
— Będzie z tych, co polecą na księżyc, jeśli tylko sobie zażyczysz!
Dan uśmiechnął się. Siłą woli nakazał sobie uśmiech. Właśnie teraz dostrzegł coś tuż przed sobą, coś jakby wielką migoczącą bańkę, której sam nie wiedział jak mógł przedtem nie zauważyć. Była wielka, ciepła i lśniąca, a on nie tylko ją widział — on ją czuł każdą najmniejszą cząstką swego ciała.
— Dan — odezwał się pan Watrous złamanym głosem — nic nie jest w stanie ci tego wynagrodzić, ale zrobimy wszystko, co w naszej mocy, wszystko…
No i zrobią. To właśnie była ta bańka. Wcześniej brakowało mu odpowiedniego słowa — zawsze jakoś brakowało mu odpowiedniego słowa, dopóki mu go ktoś nie podał — ale to właśnie była ta bańka. Już nie będzie musiał więcej biegać na posyłki dla starszej pani ani uczyć się dobrych manier, ani nawet jeść prawdziwego jedzenia. Dalej będzie to wszystko robił, bo niektórych rzeczy chce się nauczyć, a niektóre lubi. Ale już nie będzie musiał. Teraz zrobią dla niego wszystko. Teraz oni będą musieli. Teraz i przez resztę jego życia.
Miał ich w garści.
— Wiem, że zrobicie — powiedział do Jordana. Przez dłuższą chwilę trzymała go w sobie ta bańka, podczas gdy Leisha i Jordan wymieniali nad jego głową spłoszone spojrzenia. Potem bańka pękła. Nie mógł jej utrzymać. Nie zniknęła całkiem, nadal była prawdą i pewnie jeszcze wróci, ale teraz nie potrafił jej utrzymać. Miał popsute nogi i nigdy nie będzie mógł chodzić, więc wybuchnął płaczem, dziesięcioletni chłopczyk unieruchomiony na szpitalnym wózku, wśród obcych, którzy nigdy nie śpią.
18
— TERAZ POKAŻEMY PROGRAM POD TYTUŁEM „NARÓD na mieliźnie. Stany Zjednoczone w obliczu swego trzechsetlecia” — oznajmił spiker. — Specjalny program stacji CNS, który pozwoli nam spojrzeć głębiej…
— Ha! — zakrzyknęła Leisha. — Ci nie potrafiliby spojrzeć głębiej nawet w problem gotowania sojsyntetycznej papki!
— Cśśś! Chcę posłuchać — uciszyła ją Alice. — Dan, podaj mi okulary ze stolika.
Wokół holoprzekazu z sieci informacyjnej rozłożyło się półkolem dwadzieścioro sześcioro starannie dobranych ludzi — niektórzy siedzieli, niektórzy stali, opierając się o ściany z suszonej cegły. Dan wręczył Alice okulary. Leisha oderwała się na chwilę od beznadziejnej audycji, żeby rzucić na niego okiem. Jeździł swoim wózkiem już od roku i manewrował nim niemal tak samo bezwiednie, jak parą butów. W ciągu tych kilku miesięcy spędzonych w szkole wyrósł, choć nadal był tak samo chudy. Był cichszy, nie tak otwarty, ale czy to nie normalne u chłopca, który wkracza właśnie w wiek dojrzewania? Wydawało się, że z nim wszystko w porządku; przywykł do wózka, przyzwyczaił się do nowego trybu życia. Leisha przeniosła uwagę z powrotem na holoprzekaz.
Aparat reprezentował sobą najnowsze cudo technologiczne Wołów — spłaszczony prostokąt przymocowany do sufitu, usiany najróżniejszymi otworkami i wybrzuszeniami. Wyświetlał na znajdującej się poniżej platformie holowizyjnej trójwymiarowe obrazy o wysokości pięciu stóp. Ich kolory były żywsze niż w rzeczywistości, zaś kontury mniej ostre, co sprawiało, że prezentowany obraz nabierał miękkości dziecięcych rysunków.
— Tego właśnie dnia, trzysta lat wcześniej — mówił nienaturalnie przystojny prezenter, z całą pewnością genomodyfikowany, odziany w nienaganny mundur żołnierza armii Jerzego Waszyngtona — ojcowie założyciele naszego kraju podpisali historyczny dokument, jakiego nie znał przedtem świat: Deklarację Niepodległości. I nadal niezmiennie poruszają nas tamte słowa: „Kiedy w ludzkim biegu rzeczy nadchodzi ten moment, że jedna grupa musi rozsupłać polityczne więzy, jakie wiążą ją z inną grupą, i pomiędzy potęgami tego świata określić jasno swoje miejsce, odrębne i równe im rangą, miejsce, do którego prawo dają im prawa natury oraz sam Bóg, szacunek należny rodzajowi ludzkiemu wymaga, aby ludzie ci jasno określili przyczyny, które zmuszają ich do tej separacji. Jako prawdę samą przez się zakładamy, że wszyscy ludzie stworzeni zostali równymi sobie…”
Alice prychnęła. Leisha rzuciła jej zaniepokojone spojrzenie, ale twarz jej siostry jaśniała uśmiechem.
— „…że przez swego Stwórcę obdarzeni zostali pewnymi niezbywalnymi prawami, a to: prawem do życia, wolności i poszukiwania szczęścia…”
Dan spochmurniał. Leisha zastanawiała się, czy on w ogóle wie, co znaczą te słowa, gdyż jego postępy w szkole nie były zbyt olśniewające.
Po drugiej stronie pokoju stał oparty o ścianę Erik, przytłumiony i naburmuszony. Nigdy nie spoglądał wprost na Dana, ten zaś wprost wyskakiwał ze skóry, żeby móc podjechać do Erika, zagadnąć go, obdarzyć swym olśniewającym uśmiechem. Czy to zemsta?
Jeżeli tak, to bardzo wyrafinowana jak na jedenastolatka. Pojednanie? Wewnętrzna potrzeba? „Wszystko to na raz — oznajmiła kiedyś zwięźle Alice. — Ale ty, Leisho, nigdy nie byłaś szczególnie wrażliwa na teatr”.
Urodziwy narrator zakończył już odczytywanie Deklaracji Niepodległości i zniknął. Pokazywano teraz scenki z obchodów Święta Niepodległości w całym kraju: w Georgii Amatorzy Życia piekli sobie sojsyntetyczne barbecue; w Kalifornii odbywała się parada biało-czerwono-granatowych skuterów, a w Nowym Jorku odbywał się bal Wołów, gdzie zgodnie z najnowszą modą kobiety nosiły poważne sukienki ze sztywnych płatów jedwabiu ujętego w wymyślne kołnierze i mankiety z ciężkiego, wysadzanego klejnotami złota.
Elektronicznie wzmocnionym głosem lektor mówił:
— Niepodległość rzeczywista — od głodu, niedostatku, od wichrzycielstwa, które dzieliło nas przez tak długi czas. Od uwikłali poza granicami kraju — jak to zalecał Jerzy Waszyngton już trzysta lat temu — od zawiści, od konfliktów klasowych. Od innowacji — minęła już cała dekada, odkąd w Ameryce dokonano jakiegoś pionierskiego odkrycia w dziedzinie techniki. Zadowolenie, jak się wydaje, rodzi wygodnictwo i nadmierne zadufanie. Ale czy to właśnie tego domagali się dla nas ojcowie-założyciele, tej miłej wygody, niczym nie zakłóconej politycznej równowagi? Czy Trzechsetlecie zastaje nas u celu, czy może w stagnacji, tkwiących na mieliźnie?
Leisha była zaszokowana. Kiedy to ostatnio słyszała podobne pytanie, nawet w sieciach informacyjnych dla Wołów? Jordan i Stella pochylili się do przodu.
— A jaki wpływ — mówił dalej lektor — może ów błogostan wywrzeć na młode pokolenie? Klasa pracująca — tu pokazano scenki z nowojorskiej giełdy, z obrad Kongresu, z zebrania przedstawicielstwa Fortune 500 — nadal gna do przodu. Tymczasem tak zwani Amatorzy Życia, owe osiemdziesiąt procent społeczeństwa, które przez samą swoją liczebność decyduje o wynikach wyborów, prezentuje sobą wysychające źródło, z którego czerpiemy najlepsze i najzdolniejsze umysły, by budowały przyszłość Ameryki. Ale żeby stać się najzdolniejszym i najlepszym, trzeba mieć w sobie dążenie do doskonałości…
— Och, wyłączcie to — odezwał się głośno Erik. Stella rzuciła w jego stronę rozzłoszczone spojrzenie, a Jordan wbił wzrok w ziemię.