— … i może to właśnie przeciwności losu są konieczne, aby to pragnienie pobudzić. Nie tracące na wartości jagaistyczne ideały, które wywierały tak silny wpływ zaledwie czterdzieści lat temu, kiedy to…
Wall Street i wyścigi skuterów zniknęły. Lektor kontynuował opisywanie holoscen, których nie było, bo platformę wypełnił obraz gęstej czerni.
— Co u… — zaczął Seth.
Wśród czerni zamigotały gwiazdy. Kosmos. Narrator nadal opisywał, jak obchodzi się uroczystość Trzechsetlecia w Białym Domu. Na tle gwiazd pojawiła się obracająca się powoli stacja orbitalna, a tuż pod nią sztandar z innym cytatem, z innego prezydenta i innych czasów — ze słowami Abrahama Lincolna: „Żaden człowiek nie jest na tyle lepszy od drugiego, by móc nim rządzić bez jego zgody”.
Pokój wypełnił się gwarem.
Leisha siedziała przez chwilę, oszołomiona, potem nagle pojęła. To nie był przekaz ogólnokrajowy. Azyl nadal utrzymywał pewną liczbę satelitów telekomunikacyjnych, za ich pośrednictwem nadzorując ziemskie przekazy i prowadząc sieciowe interesy. Satelity te były w stanie wyprodukować wąski, skupiony promień fal. Obraz Azylu miał się ukazać nie gdzie indziej, tylko w jej posiadłości i był przeznaczony nie dla kogo innego, tylko dla niej. Minęło już dwadzieścia pięć lat, odkąd Leisha po raz ostatni kontaktowała się z Azylem, jego oficjalnymi holdingami lub ich nieoficjalnymi i pozostającymi w cieniu partnerami w interesach. Ten brak kontaktu wraz z tysiącznymi jego skutkami wymusił na niej tę bezczynność, tę stagnację na mieliźnie — jej i Jordana, i jego dzieci. Przez dwadzieścia lat. Stąd właśnie ten przekaz.
Jennifer chciała jej w ten sposób przypomnieć, że Azyl nadal istnieje.
Najwcześniejsze wspomnienie Miri to gwiazdy. A zaraz po nich Tony.
W tym wspomnieniu o gwiazdach babka podniosła ją wysoko ku szerokiemu, półkolistemu oknu, za którym rozpościerała się czerń usiana światełkami. Miri przyglądała się, jak migoczą, aż nagle jedno z nich przemknęło tuż obok. „To meteor” powiedziała, wtedy babcia, a Miri wyciągnęła rączki, żeby dotknąć tych pięknych gwiazd. Babcia roześmiała się. „One są za daleko jak na twoje rączki. Ale nie dla twojego umysłu. Zawsze o tym pamiętaj, Mirando”.
Pamiętała. Zawsze wszystko zapamiętywała, każdą najdrobniejszą rzecz, jaka jej się przydarzyła. Ale to przecież nie może być do końca prawda, bo nie pamiętała czasów, kiedy nie było Tony’ego, a mama i tato mówili jej, że przeżyła bez niego cały rok, zanim się wreszcie urodził, zupełnie tak samo jak ona. No to musi być przynajmniej jeden cały rok, którego nie zapamiętała.
Pamiętała, kiedy pojawili się Nikos i Christina Demetrios. A wkrótce po bliźniakach zjawili się Allen Sheffield i — zaraz potem — Sara Cerelli. Cała szóstka buszowała w przedszkolu pod czujnym okiem pani Patterson albo babci Sheffield, potem wracała do domu, żeby odwiedzić rodziców, albo pod nadzorem doktorów Toliveri i Clementa bawić się w różne gry z elektrodami na głowach. Wszyscy lubili doktora Toliveri, który często się śmiał, a nawet doktora Clementa, który się nie śmiał. Lubili wszystko, bo wszystko było takie ciekawe.
Ich przedszkole było w tej samej kopule, co inne przedszkole i przez jakiś czas każdego dnia — Miri nie była pewna, co znaczy to słowo, wiedziała tylko, że ma coś wspólnego z liczeniem, a ona uwielbiała liczyć — plastiściana pomiędzy obiema częściami pozostawała otwarta. Dzieci z drugiego przedszkola wpadały wtedy do nich — albo na odwrót — i Miri kotłowała się po podłodze z Joan albo szamotała się o zabawki z Robbiem, albo budowała wieżę z klocków z Kendallem.
Pamiętała dzień, w którym to się skończyło.
Wszystko zaczęło się od Joan Lucas, która była większa od Miri i miała jasnobrązowe loki, błyszczące jak gwiazdy. Joan zapytała:
— Dlaczego ty się ciągle tak cała ruszasz?
— N…n…nie w-wiem — odpowiedziała Miri. Zauważyła oczywiście, że ona, Tony i inne dzieci z jej przedszkola drgają ciągle, a Joan i dzieci z jej przedszkola nie. No i Joan nigdy się nie jąkała tak jak Miri, Tony, Christina i Allen. Ale Miri wcale się nad tym nie zastanawiała. Joan miała brązowe włosy, ona miała czarne, a Allen żółte. Wydawało jej się, że tak samo jest z podrygiwaniem.
— Masz taką dużą głowę — powiedziała Joan. Miri pomacała się po głowie. Nie wydawała się większa niż przedtem.
— Nie chcę się z tobą bawić — rzuciła nagle Joan. I odeszła. Miri patrzyła za nią szeroko otwartymi oczyma. Pani Patterson błyskawicznie znalazła się przy nich.
— Joan, czy masz jakiś problem?
Joan przystanęła i wpatrzyła się w panią Patterson. Wszystkie dzieci znały dobrze ten ton. Twarz Joan pociemniała.
— Zachowujesz się głupio — mówiła pani Patterson. — Miri jest członkiem twojej społeczności, członkiem Azylu. Natychmiast zacznij się z nią bawić.
— Tak, proszę pani — odpowiedziała Joan. Żadne z dzieci nie wiedziało właściwie, co to takiego ta „społeczność”, ale kiedy z ust dorosłych padało to słowo, wiedziały, że muszą być posłuszne. Joan wzięła z powrotem lalkę, którą przedtem razem z Miri próbowały ubrać. Ale jej twarz wcale się nie rozjaśniła i po chwili Miri już nie miała ochoty się bawić.
Dobrze to zapamiętała.
Każdego dnia mieli lekcje i wtedy wszystkie trzy przedszkola uczyły się wspólnie. Miri żywo pamiętała chwilę, kiedy zorientowała się, że terminal nie jest tylko po to, żeby go oglądać albo go słuchać, że można kazać mu robić różne rzeczy. Można było kazać mu opowiadać o różnych rzeczach. Zapytała go, co to znaczy „dzień”, dlaczego sufit jest u góry, ile lat ma tatuś i ile dni zostało do jej urodzin. Wszystko wiedział. Wiedział więcej niż mama albo tato. Był bardzo mądry. I on też kazał jej robić różne rzeczy, a kiedy zrobiła je dobrze, uśmiechał się, a kiedy nie, musiała spróbować jeszcze raz.
Pamiętała też ten pierwszy raz, kiedy spostrzegła, że terminal nie zawsze ma rację.
Dostrzegła to dzięki Joan. Pracowały przy terminalu razem, bo każdy musiał tak robić przez jakąś część dnia — teraz Miri wiedziała już, co znaczy to słowo — ponieważ byli jedną społecznością. Miri nie lubiła pracować z Joan — Joan była taka powolna. Pozostawiona sama sobie, zastanawiała się jeszcze nad drugim zadaniem, kiedy Miri była już przy dziesiątym. Czasem Miri wydawało się, że Joan też nie lubi z nią pracować.
Terminal przestawiony był na tryb wizualny, bo miały ćwiczyć czytanie. Zadanie wyglądało w ten sposób: „lalka : plastyk — dzidziuś : ?” Miri powiedziała: „Moja kolej” i wpisała „Bóg”. Terminal wyświetlił zagniewaną twarz.
— To nie tak — oświadczyła Joan z jakimś zadowoleniem.
— Wła…właśnie że t-tak — odparła Miri, zakłopotana. — T-termi-inal się my…myli.
— No pewnie, ty wiesz lepiej od komputera!
— B-bóg jest d…d…dobrze — upierała się Miri. — T-tylko cz-cztery sznu…sznurki n-niżej.
Wbrew samej sobie Joan poczuła się zaciekawiona.
— Co to znaczy: „cztery sznurki niżej”? W tym zadaniu nie ma żadnych sznurków.
— N-n-nie w za…zadaniu — odparła Miri. Próbowała wymyślić, jak ma jej to wyjaśnić. Ona sama widziała wszystko wyraźnie w myślach, ale wyjaśnić komuś było znacznie gorzej. Zwłaszcza Joan. Ale zanim zaczęła cokolwiek mówić, już była przy nich pani Patterson.
— Macie jakiś kłopot, dziewczynki?
Joan odpowiedziała, ale bez złośliwości.
— Miri dała złą odpowiedź, a upiera się, że to jest dobrze.