Выбрать главу

Pani Patterson rzuciła okiem na ekran. Przyklękła przy dziewczynkach.

— Dlaczego to jest dobrze, Miri?

Miri postanowiła spróbować.

— Bo t-to jest o cz-cztery sznu…sznureczki niżej, p-p-pani P-Patter-son. Widzi p-pani „la…lalka” t-to „z-zabawka” i p-pierwszy sznu… sznurek idzie od lalki d-do z-z-zabawki. Z-zabawka zna…znaczy „u-u-udawać”. A my u-udajemy, że spa…spadająca g-gwiazda t-to pra… prawdziwa gwiazda, w-więc w p-pierwszym sznu-urku można t-teraz w-w-wstawić „spa-adająca g-gwiazda”, żeby p-pasowało. — Tyle słów na raz to duży wysiłek. Miri wolałaby nie musieć tyle wyjaśniać. — Potem t-tak: Spa…spadająca gwia-azda to n-naprawdę m-m-meteor i t-teraz w sz-sznurku m-m-musi być pra…prawdziwe, bo prze-edtem b-było u…uda-wane. N-no i na k-końcu pie…pierwszego sznurka mamy m-meteor, o cz-cztery m-małe sznu-urki niżej.

Pani Paterson wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oczyma.

— Mów dalej, Miri.

— Po-otem od „p-plastyk” — ciągnęła Miri desperacko — p-pierwszy sznu-urek idzie d-do „wy…wy…wynaleziony”. M…mu…musi t-tak być, bo od „za…zabawka” sz-szedł do „u-uda-wać”. — Próbowała wymyślić, jakby tu wyjaśnić to, że małe sznurki są o jedno miejsce dalej i że to ma wielkie znaczenie dla całego układu, bo odzwierciedla się w inwersji, jaką zamierzała zrobić dla tych samych słów w sznureczku drugim i trzecim, ale to by było zbyt ciężko wytłumaczyć. Postanowiła więc zostać przy samych tylko sznurkach i nie włączać w to całości układu, co jednak trochę ją martwiło, bo układ w całości był równie ważny. Tylko że to i tak strasznie długo trwało przy tym jej jąkaniu. — Od „wy…wynalezione” idzie d-do „lu…ludzie”, t-to jasne, bo t-to l-ludzie do…do…dokonują wy-wynalazków. Sznu…sznureczek od „l-ludzie” idzie do „spo… społeczność”, bo to d-dużo lu-ludzi, no i t-ten sznu-urek mu…musi iść do „sta-sta-stacja o…orbitalna”, bo wtedy te d-d-dwa sznu-urki razem d-dają nam z-za-danie „m-m-meteor” do „s-stacja o-orbitalna”.

— A to jest logiczna analogia — powiedziała pani Patterson dziwnym głosem. — Meteor rzeczywiście da się zdefiniować w relacji do stacji orbitalnej. Pierwsze z nich jest naturalne i bez ludzi, drugie skonstruowane i zaludnione.

Miri nie była pewna, co pani Patterson chce przez to powiedzieć. To niezupełnie było tak. Pani Patterson wyglądała trochę strasznie, a Joan była zupełnie zagubiona. Niemniej Miri postanowiła brnąć dalej.

— P-potem od „dzi…dzidziuś” p-pierwszy sznu…sznureczek idzie do „ma…mały”. Potem do „chronić”, ja…jak ja chronię T-T-Tony’ego, bo j-jest m…m…mniejszy ode mnie i może zrobić s-sobie k-krzywdę, j-jak się będzie z-za wy-ysoko wspi…wspinał. Potem sznu… sznureczek idzie do „spo-społeczność”, bo s-społeczność chroni lu-ludzi, no i cz-czwarty sznu…sznureczek m-musi iść do „lu-udzie”, bo s-s-społeczność t-to są l-ludzie, no i dla…dlatego, że t-tak było do góry no-ogami p-przy „p-plastyk”, a wię…większość naszej sta…stacji jest z p-pla-styku — zakończyła z ulgą.

Pani Patterson podjęła tym swoim dziwnym głosem:

— Tak więc na końcu każdego z trzech zestawów po cztery sznurki — Joan, nie zmieniaj na razie obrazu na ekranie — na końcu każdego z tych twoich sznurków zadanie wygląda tak: meteor ma się do stacji orbitalnej tak, jak ludzie do… i puste miejsce. A ty, wpisałaś w nie „Bóg”.

— T-tak — odparła Miri, znacznie już radośniej; pani Patterson ją rozumiała! — bo sta…stacja to w-wymyślona spo…społeczność, a m-meteor t-to tylko z-zwykła ska…skała, a B-B-Bóg t-to p-planowa-na ws-ws-wspólnota umysłów, k-kiedy sami lu-ludzie po…pojedynczo t-też są zwy… zwykli.

Pani Patterson zaprowadziła ją do babci. Miri musiała wyjaśnić wszystko jeszcze raz od początku, ale tym razem było łatwiej, bo kiedy Min mówiła, babcia wszystko rysowała. Miri dziwiła się, że jej samej nie przyszło to do głowy. Rysunek pozwalał zaznaczyć wszystkie wzajemne powiązania i przez to był o wiele przejrzystszy, mimo tego nawet, że niektóre linie były krzywe, bo lekkie pióro w zaciśniętej piąstce nie chciało biec tak prosto jak obraz w jej myślach.

Kiedy skończyła, rysunek wydał się jej bardzo prosty. Ale z drugiej strony był to przecież prosty, zwykły zestaw sznureczków do nauki czytania.

Babcia długo milczała.

— Miri, czy ty zawsze myślisz w ten sposób? Sznureczkami, które tworzą wzory?

— T-tak — odpowiedziała zaskoczona Miri. — A t-ty nie? Babcia nic na to nie odpowiedziała.

— A dlaczego chciałaś zapisać w terminalu analogię, która istnieje cztery sznurki niżej?

— To z-znaczy: dla…dlaczego nie z-zapisałam tej o-osiem albo dzie…dziesięć sz-sznurków niżej? — zapytała Młri, a oczy babci otworzyły się bardzo, bardzo szeroko.

— Dlaczego… dlaczego nie zapisałaś tej bez żadnych sznurków. Tej, której wymagał terminal. Czy nie wiedziałaś, że on tego wymaga?

— T-tak. A-ale… — Miri skręcała się na swoim krześle — g-górne sz-sznurki tro…trochę mnie nudzą. Cz-czasami.

— Ach, tak — odparła babcia. — A gdzie słyszałaś, że Bóg to planowana wspólnota umysłów?

— W-w-w wiadomościach. M-mama je o-oglądała, k-kiedy od… odwiedziłam ich w d-domu.

— Rozumiem — odpowiedziała babcia. — Jesteś bardzo wyjątkowa, Miri.

— T-Tony też. I Nikos, i Chri…Christina, i Allen, i S-Sara. B-Bab-ciu, cz-czy to nowe dzie…dziecko, które ma…mamusia ch-chce mieć, też będzie wy…wyjątkowe, k-kiedy się już u-urodzi?

— Tak.

— I b-będzie się trze…trzęsło tak jak m-my? I j-jąkało się? I będzie t-tak dużo j-jadło?

— Tak.

— I będzie m-myślało sznu…sznureczkami?

— Tak — powtórzyła babcia, a Miri zapamiętała wyraz jej twarzy.

* * *

Nie było już więcej przekazów z Ziemi. Nawet przedtem nigdy nie pojawiały się w przedszkolu, tylko w kopule mieszkalnej mamy i taty, ale teraz nie widywała ich i tutaj. „Kiedy będziesz starsza”, oznajmiła babcia. „To są żebracze idee, z którymi prędzej czy później i tak będziesz musiała się spotkać, ale jeszcze nie teraz. Naucz się najpierw, co jest słuszne”.

To babcia mówiła, co jest słuszne; czasami też dziadek Will. Tatuś często wyjeżdżał w interesach. Mama była w domu często, ale czasem Miri zdawało się, że mama wcale nie ma ochoty tu być. Kiedy Miri i Tony wchodzili do pokoju, odwracała głowę.

— T-to dla…dlatego, że się trze…trzęsiemy i j-jąkamy — powiedziała Miri Tony’emu. — Mama n-nas nie lu…lubi.

Tony zaczął płakać. Miri otoczyła go ramionami i także się rozpłakała, ale nie cofnęła swoich słów. To była prawda — mama była zbyt piękna na to, by mogła polubić kogoś, kto drgał, jąkał się i ślinił, i była to prawda równie fundamentalna jak ta o społeczności. „J-jestem twoją spo…społecznością” — powiedziała Tony’emu i było to bardzo interesujące zdanie, zarazem prawdziwe i ograniczone w swej prawdzie, pełne pomniejszych sznureczków i wzajemnych powiązań; schodziło w dół aż o szesnaście sznurów, a tam tworzyło wzór, który czerpał swą treść z tego, czego Miri uczyła się na matematyce, astronomii i biologii — przepiękny wzór, bardzo zawiły i zrównoważony jak struktura molekularna kryształu. Taki wzór był niemal wart łez Tony’ego. Niemal.

W miarę dorastania Miri zaczęła dostrzegać, że czegoś w tych jej konstrukcjach brakuje. Nie potrafiła jednak określić, czego. Rysowała niektóre dla babci i doktora Toliveri, aż w końcu rysunki stały się tak skomplikowane, iż zdała sobie sprawę, że nie zdoła zawrzeć w nich wszystkiego. A poza tym za każdym razem, kiedy rysowała sznurowy wzór, samo rysowanie i myślenie o tym wywoływało w jej głowie nowe wzory z własnymi wielopoziomowymi sznurami i wewnętrznymi współzależnościami, a nie było sposobu, żeby narysować i te, bo jak wiedziała, rysowanie będzie stwarzać ich coraz więcej i więcej. Rysowanie i wyjaśnianie nigdy nie mogło dotrzymać kroku myśleniu, więc wszelkie próby wywoływały tylko zniecierpliwienie Miri.