Выбрать главу

Wtedy już, ośmiolatka, rozumiała biologiczny aspekt tego, co wykonano u niej i innych, jej podobnych dzieci. Nazywano je Superbezsennymi. Rozumiała także, że nigdy nie powinna wejść w konflikt z żadną z dwu prawd, na jakich zbudowano Azyclass="underline" produktywnością i poczuciem wspólnoty społecznej. Być produktywnym, to być w pełni człowiekiem. Dzielenie się efektami swej pracy ze społecznością na uczciwych zasadach oznaczało siłę i ochronę dla wszystkich. Każdy, kto ważyłby się naruszyć którąkolwiek z tych podstaw — kto zbierałby plon społeczności, nie dołożywszy nic pierwej samemu — był nieprzyzwoitym, pozbawionym cech człowieczeństwa żebrakiem. Miri wzdrygnęła się na samą tę myśl. Nikt przecież nie mógł być aż tak obrzydliwie niemoralny. Na Ziemi — owszem, pełno tam było tych, których babcia nazywała hiszpańskimi żebrakami, a niektórzy z nich byli nawet Bezsennymi. Ale przecież nie w Azylu.

Zmiany w jej systemie nerwowym — i w systemie Tony’ego, Allena, Christiny, Marka, Joanny — miały sprawić, że stanie się bardziej produktywna, bardziej pożyteczna dla swojej społeczności i dla siebie samej, inteligentniejsza niż jakakolwiek inna istota ludzka. Nauczono tego wszystkich, nawet tych nie-Super. Joan i Miri bawiły się teraz codziennie. Miri przepełniona była wdzięcznością. Ale chociaż bardzo lubiła Joan, choć podziwiała jej piękne brązowe loki, jej grę na gitarze i melodyjny śmiech, wiedziała dobrze, że największe poczucie wspólnoty ma wśród swoich, wśród innych Superbezsennych. Próbowała ukryć te odczucia, bo były niewłaściwe. Wyjątkiem był tylko Tony, oczywiście, który był jej bratem. Pewnego dnia razem z malutką Ali — która okazała się jednak zwykłą Bezsenną, wbrew temu co mówiła babcia — wejdą w skład bloku głosującego rodziny Sharifi, która ma w posiadaniu pięćdziesiąt jeden procent akcji Azylu, no i oczywiście wszystkie rodzinne holdingi ekonomiczne. Wszystko to razem gwarantowało, że nigdy nie będą żebrakami.

Miri bardzo interesowała się strukturą ekonomiczną Azylu. Właściwie to interesowało ją wszystko. Nauczyła się grać w szachy i przez bity miesiąc nie chciała robić nic innego — ta gra pozwalała tworzyć dziesiątki sznurów, a wszystkie one w bardzo zawiły sposób wiązały się ze sznurami przeciwnika! Ale po miesiącu szachy straciły swój urok. W końcu wymagały najwyżej dwóch zestawów sznurów, chociażby i bardzo długich.

Znacznie bardziej zajmowała ją neurologia. Mózg składa się ze stu miliardów neuronów, każdy z nich ma wiele punktów recepcyjnych dla bodźców z neuroprzekaźników, które są tak różnorodne, że można wokół nich tworzyć niemal nieskończenie wiele sznurów. Jako dziesięciolatka, Miri przeprowadzała już eksperymenty z dozowaniem neuroprzekaźników, używając siebie i chętnego temu Tony’ego w roli pierwotnych podmiotów, zaś Christiny i Nikosa dla sprawdzenia. Doktor Toliveri nie szczędził jej zachęt.

— Wkrótce, Mirando, sama będziesz pracować nad następną generacją Superbezsennych!

Ale to wszystko nie wystarczało. W jej sznurach nadal czegoś brakowało, czegoś, co Miranda wyczuwała tak mgliście, że nie była w stanie omówić tego z nikim innym niż z Tonym, który — jak się okazało — zupełnie nie rozumiał, o co jej chodzi.

— Ch-chcesz po…powiedzieć, Miri, że n-niektóre twoje sz-sznu-ry mają s-swoje sła…słabsze m-miejsca z powodu nie…niewystarczającej i-ilości d-d-danych, z k-których mogą cz-czerpać?

Słyszała, jak mówi te słowa, ale nie tylko: słyszała też całe sznury, jakie napływały wraz z nimi, sznury, które powstały w głowie Tony’ego, a które potrafiła odgadnąć, bo znała go na wylot. Siedział, dłońmi wspierając swą wielką głowę, tak jak to często zdarzało się im wszystkim, a jego usta, powieki i skronie drgały nieustannie, wprawiając w rytmiczny ruch gęste ciemne włosy nad czołem. Jego sznury były śliczne mocne i wyraziste, ale Miri wiedziała, że nie są tak długie jak jej własne ani tak splątane. Miał dopiero dziewięć lat.

— N-nie — odpowiedziała powoli. — T-tu nie cho-chodzi o nie… niewystarczającą i-ilość d-danych. To c-coś bardziej jak… jak prze-przestrzeń, w k-którą po-powinien się u-udać jeszcze j-jeden wy-wy-miar sz-sznurów.

— T-trzeci wy-wymiar m-myśli — powiedział z wyraźną przyjemnością. — Ś-świetne. Ale p-po co? Wszy-wszystko da się u-ułożyć w d-dwu wy-wymiarach. Pro…prosto ta m-modelu jest m-miarą jego do…doskonałości.

Słyszała biegnące za tym zdaniem sznury: brzytwa Ockhama, minimalizm, programowa elegancja, twierdzenia geometryczne. Niezgrabnie machnęła ręką. Żadne z nich nie było szczególnie sprawne fizycznie, w związku z czym raczej unikali tych badań, które wymagałyby operowania wieloma materiałami, i spędzali długie godziny na programowaniu szczegółowych instrukcji dla robotów, jeśli takiej pracy nie udało się uniknąć.

— N-nie w-wiem.

Tony przytulił ją do siebie. Między nimi nie potrzeba było żadnych słów — był to trzeci język, istniejący równolegle z prostotą słów i złożonością sznurów, a lepszy niż tamte dwa.

* * *

Po raz pierwszy w życiu Jennifer wyglądała na wstrząśniętą.

— Jak to się mogło stać? — pytał radny Perrilleon. Był równie blady jak Jennifer.

Młoda lekarka, ciągle jeszcze w ekologicznym jednorazowym kitlu, potrząsnęła głową. Przód jej fartucha plamiła krew. Przybiegła do Jennifer prosto z porodówki, a Jennifer natychmiast zwołała nadzwyczajne zebranie Rady. Lekarka bliska była łez. Ledwie dwa miesiące temu wróciła z ciągle jeszcze obowiązkowego szkolenia medycznego na Ziemi, o wiele szczuplejsza niż przed wyjazdem.

— Czy wypełniła już pani akt urodzenia? — zapytał Perrilleon.

— Nie — odparła lekarka.

Jest inteligentna — pomyślała Jennifer — poza tym, że kompetentna.

Przerażenie siedzących wokół stołu nie zelżało, ale wyraźnie dało się wyczuć odprężenie. Oficjalny raport do Waszyngtonu jeszcze nie poszedł.

— W takim razie mamy trochę czasu — powiedziała Jennifer.

— Gdybyśmy nie byli ciągle jeszcze przykuci do stanu Nowy Jork, mielibyśmy więcej czasu — rzucił Perrilleon. — A tak całe to wypisywanie aktu urodzenia, przydzielanie numeru w opiece społecznej — prychnął poirytowany — wpisywanie na listę podatników…

— To wszystko nie ma teraz najmniejszego znaczenia — przerwał mu Ricky, lekko zniecierpliwiony.

— Owszem, ma — upierał się Perrilleon. Jennifer zaobserwowała, jak jego twarz ściąga się w wyraz zaciętego uporu. Perrilleon miał siedemdziesiąt dwa lata, niewiele mniej niż ona, i przybył tu ze Stanów wraz z pierwszą falą osadników. Wiedział, sam widział, jak tam jest — w przeciwieństwie do Bezsennych, którzy narodzili się w Azylu — i dobrze to pamiętał. Jego głos nieraz bywał pomocny w przegłosowywaniu planów Jennifer względem Azylu. Mocno odczuje jego brak, kiedy kadencja dobiegnie końca.

— Problem, któremu należy stawić czoło — odezwała się Najla — brzmi: co właściwie mamy zrobić z tym… z tym dzieckiem. A nie mamy na to zbyt wiele czasu. Jeśli nastąpi choć najmniejsza anomalia w procedurze wypisywania aktu urodzenia, natychmiast zjawi się tu jakaś cholerna agencja z nakazem rewizji.