Выбрать главу

— Zmiana tekstu: „tą wędrówkę Paine’a do Filadelfii” na „tę wędrówkę Paine’a do Filadelfii”.

— Zmieniono.

— Czy ty naprawdę myślisz, że kogoś jeszcze obchodzą zasady stosowania zaimków?

— Mnie obchodzą — odparła Leisha. — Alice, nawet nie tknęłaś lunchu.

— Nie jestem głodna. A ciebie wcale nie obchodzą żadne zaimki, tylko próbujesz jakoś zapełnić sobie czas. Słuchaj, tam przed domem jest jakieś straszne zamieszanie.

— Głodna czy nie, musisz coś zjeść. Po prostu musisz.

Alice miała teraz siedemdziesiąt pięć lat, a wyglądała o wiele starzej. Zniknęła gdzieś przysadzista sylwetka, która przez całe życie była jej strapieniem; teraz skóra przylegała ciasno do kości. Przeszła kolejny zawał, po którym porzuciła pracę przy terminalu na dobre. Leisha, zdesperowana, namawiała ją nawet, by z powrotem zajęła się swoją parapsychologią i bliźniętami. Alice uśmiechnęła się smutno -jej praca z bliźniętami stanowiła jedyny temat, na który nie były w stanie tak naprawdę porozmawiać — i potrząsnęła przecząco głową.

— Nie, skarbie. Już za późno. Za późno, żeby cię przekonać.

Ale zawał w niczym nie zaszkodził jej miłości do rodziny. Teraz uśmiechnęła się szeroko, bo zamieszanie sprzed drzwi wpadło jak bomba do ich pokoju.

— Dan!

— Babciu Alice! Cześć, Leisho!

Alice chciwie wyciągnęła ku niemu ramiona, a on podjechał bliżej swym wózkiem, by dać się uściskać. W przeciwieństwie do rodzonych wnuków Alice, z których każde cieszyło się doskonałym zdrowiem, Dan nie brzydził się ani zastygłą w bezruchu lewą połową jej twarzy, ani śliną cieknącą z lewego kącika ust, ani trochę bełkotliwą mową. Alice uściskała go serdecznie.

Leisha odłożyła jabłko — i tak było bez smaku, bez względu na to, jakie agrogenetyczne kombinacje przy nim zastosowano — i zastygła w oczekiwaniu, stojąc na czubkach palców. Kiedy Dan w końcu się do niej odwrócił, rzekła ostrym tonem:

— Znowu wyrzucili cię ze szkoły.

Dan już miał przystroić twarz w swój zwykły przymilny uśmiech, kiedy spojrzał na Leishę i zrezygnował.

— Tak.

— Za co tym razem?

— Nie za oceny, Leisho. Tym razem się uczyłem.

— Za co w takim razie?

— Za bójkę.

— Kto ucierpiał?

— Jeden sukinsyn o nazwisku Lou Bergin — odpowiedział naburmuszony.

— I, jak przypuszczam, niedługo zadzwoni do mnie adwokat pana Bergina?

— To on zaczął, Leisho. Ja tylko skończyłem.

Leisha przyglądała mu się uważnie. Miał szesnaście lat i pomimo wózka inwalidzkiego — a może właśnie dlatego — był fanatykiem ćwiczeń fizycznych, utrzymując górną połowę ciała w doskonałej kondycji. Z łatwością przyszło jej uwierzyć, że mógł być dla kogoś bardzo groźnym przeciwnikiem. W twarzy dorastającego nastolatka nic jeszcze do siebie nie pasowało: za duży nos, za mały podbródek, skóra popstrzona trądzikiem tam, gdzie nie okrągliła się podkładem dziecięcego tłuszczyku. Tylko oczy pozostały ładne, o żywym, zielonym kolorze, ocienione gęstwą czarnych brwi, rzucające spojrzenia tak skupione, że nadal mogły sprawić, że każdy mniemał, iż Dan ma go za niezmiernie interesującą postać. Leisha była tu jedynym wyjątkiem. Przez ostatnie dwa lata narastał między nimi wyraźny antagonizm, łagodzony od czasu do czasu przez mizerne starania z jego strony, by pamiętać o tym, ile jej zawdzięcza, lub z jej strony — by pamiętać, jakim zajmującym niegdyś był dzieckiem.

To już czwarta szkoła, z której go wyrzucają. Za pierwszym razem Leisha była nader pobłażliwa: był przecież małym, kalekim Amatorem Życia, a wymogi intelektualne szkoły pełnej dzieci Wołów, z których większość przeszła genomodyfikacje inteligencji i zdrowia fizycznego, musiały go całkowicie pognębić. Za drugim razem była już mniej pobłażliwa. Dan oblał każdy możliwy przedmiot; po prostu przestał chodzić do szkoły. Spędzał całe godziny w samotności, grając na półautomatycznej gitarze lub w gry sieciowe. Nikt mu w tym nie przeszkadzał.

Szkoła zakładała, iż uczniowie, z których większość będzie kiedyś rządzić tym krajem, wiedzą, po co się tam znaleźli.

Leisha posłała go następnie do najściślej zorganizowanej szkoły, jaką mogła znaleźć. Od razu mu się spodobała, bo odkrył zajęcia z dramatu. Był gwiazdą na zajęciach z gry aktorskiej. „Znalazłem swoje przeznaczenie!” — powiedział im przez wideotelefon. Leisha tylko się skrzywiła, a Alice zaśmiała. Po czterech tygodniach był z powrotem w domu, zgorzkniały i milczący. Nie dostał roli ani w „Śmierci komiwojażera” ani w „Świetle dnia”.

— Czy to dlatego, że nie chcieli mieć Williego Lomana ani Kellanda Vie na wózku inwalidzkim? — zapytała łagodnie Alice.

— To przez tę politykę Wołów — warknął. — I zawsze tak będzie.

Później Leisha przez długi czas szukała szkoły z niezbyt przeładowanym programem akademickim, o zdecydowanie artystycznym profilu i możliwie najwyższym procencie studentów, którzy nie pochodziliby z rodzin o silnej pozycji politycznej albo finansowej czy o zbyt imponującej historii. Znalazła jedną, która mogłaby się nadawać, w Springfield, w stanie Massachusetts. Wyglądało na to, że Danowi spodobała się ta szkoła, a Leisha pomyślała sobie, że teraz wszystko pójdzie dobrze. A jednak znów tu był.

— Popatrz tylko na swoją twarz — odezwał się naburmuszony Dan. — Dlaczego nie powiesz tego na głos? Wrócił Dan, popieprzony Dan, który myśli, że uda mu się zostać kimś, ale niczego nie może dokończyć. Co u diabła zrobimy z tym nieszczęsnym małym gnojkiem?

— A co mamy zrobić? — zapytała bezlitośnie Leisha.

— Dlaczego po prostu nie machniecie na mnie ręką?

— Och nie, Dan — zawołała Alice.

— To nie o tobie, babciu Alice. Miałem na myśli ją. Ją, która się upiera, że ludzie muszą być wspaniali, bo inaczej wcale ich nie ma.

— W przeciwieństwie do tych, którzy uważają, że są wspaniali już przez sam fakt swego istnienia i nie robią nic, żeby to istnienie wypełnić jakąś treścią?

— Dosyć! Przestańcie oboje! — Alice zgasiła ich ostro. Dla Leishy to wcale nie było „dosyć”. Dan dotknął boleśnie czułego punktu, o którym nie sądziła nawet, że jeszcze istnieje.

— Skoro jesteś w domu, pewnie zechcesz zobaczyć się z Erikiem. Całkiem już wyszedł na prostą i robi znakomite postępy przy globalnych krzywych atmosferycznych. Jordan jest z niego ogromnie dumny.

Zielone oczy Dana zapłonęły gniewem. Leisha odwróciła się do niego plecami. Nagle ogarnęło ją mdlące poczucie wstydu. Skończyła siedemdziesiąt pięć lat — fakt sam w sobie zdumiewający, wcale nie czuła, że ma tyle lat — a ten chłopak ma siedemnaście. Z wiekiem straciła współczucie. A z jakiegoż to innego powodu zamknęła się z dala od świata, tu, w swojej nowomeksykańskiej twierdzy, uciekłszy od kraju, który niegdyś miała nadzieję ulepszać dla dobra wszystkich? Młodzieńcze marzenia.

Marzenia, których Dan nigdy nie będzie miał.

— Dobrze już, Leisho — powiedziała Alice znużonym głosem. — Dan, Erik prosił, żebym ci przekazała wiadomość.

— Co? — warknął. Ale tym razem jego głos nie zabrzmiał tak ostro, bo nie potrafił złościć się na Alice. W żadnym razie.

— Erik kazał ci powiedzieć, że w ramach swojej edukacji wszedł w Pacyfik i poczekał, aż fale zmyją mu tyłek. Co to ma znaczyć? Dan roześmiał się.

— Naprawdę? Tak powiedział? Chyba rzeczywiście musiał się zmienić.