Do pokoju wpadła Stella, wyraźnie czymś zaaferowana. Przybrała na wadze i wyglądała jakby zeszła z obrazu Tycjana: zdrowe, pulchne ciało pod gęstwą rudych włosów.
— Leisho, ktoś… Dan! Co robisz w domu?
— Przyjechał z wizytą — odpowiedziała za niego Alice. — Co z tym kimś, skarbie?
— Ktoś przyjechał w odwiedziny do Leishy. A właściwie to trójka gości. — Stella uśmiechała się, a oba podbródki zatrzęsły się z podekscytowania. — Już są!
— Richard!
Leisha wystrzeliła ze swego kąta jak z katapulty, by rzucić się mu w ramiona. Richard pochwycił ją, roześmiany, potem puścił. Leisha natychmiast odwróciła się w stronę Ady, jego żony, smukłej polinezyjskiej dziewczyny, która uśmiechała się onieśmielona. Ada nadal miała problemy z angielskim.
Kiedy Richard po raz pierwszy przywiózł Adę do nowomeksykańskiej posiadłości, po dwudziestu latach samotniczej włóczęgi po całym świecie, Leisha była ostrożna. Ona i Richard nie stali się na powrót kochankami; wzdragała się na samą myśl o pójściu do łóżka z mężem Jennifer. A i Richard nigdy o to nie poprosił. Przez całe lata opłakiwał rozstanie z dziećmi, Najlą i Rickim, a Leisha nie wiedziała, jak reagować na jego cichy, gorzki smutek, niespotykany u Bezsennych. Czuła ulgę, kiedy znikał na całe lata, biorąc ze sobą tylko krążek kredytowy i to, co miał na grzbiecie. Podróżował do Indii, do kolonii na Antarktydzie, wędrował po południowoamerykańskich pustyniach — zawsze w takie miejsca, gdzie nie dotarł jeszcze technologiczny postęp, tak blisko natury, jak to tylko możliwe w świecie napędzanym energią Kenzo Yagai. Leisha nigdy nie pytała o te jego podróże, on też nie spieszył z opowieściami. Podejrzewała, że udawał Śpiącego.
A kiedy cztery lata temu przyjechał z jedną ze swych nieczęstych wizyt, przywiózł ze sobą Adę. Jako żonę. Pochodziła z jednego z dobrowolnych rezerwatów kulturowych na południowym Pacyfiku. Była smukła, brązowoskóra, miała długie, lśniące, czarne włosy i zwyczaj spuszczania głowy, kiedy ktoś ją zagadnął. Nie mówiła po angielsku. Miała piętnaście lat.
Leisha powitała ją ciepło, zasiadła do nauki samoańskiego i próbowała ukryć, jak bardzo czuje się zraniona. Nie chodziło o to, że Richard ją odrzucił, raczej o to, że odrzucił wszystko, co oferowała mu bezsenność. Dokonania. Ambicję. Umysł.
Ale stopniowo nauczyła się go rozumieć. Dla Richarda ważne było nie tylko to, że Ada ze swymi nieśmiałymi uśmiechami, niewprawną mową i młodzieńczym dla niego podziwem była zupełnie inna niż Leisha. Najważniejsze było to, jak bardzo różniła się od Jennifer Sharifi.
A Richard był chyba szczęśliwy. Zrobił to, czego nie zrobiła Leisha, i w ten sposób po swojemu pogodził się z przeszłością Bezsennych. A jeśli nawet wyglądał przy tym, jakby się poddał, to cóż innego mogła Leisha rzec na temat własnej drogi wyjścia — dychawicznej Fundacji imienia Susan Melling, do której w tym roku zgłosiło się ledwie dziesięciu chętnych? Czy jest jakaś różnica?
— Widzę cię, Leisho — powiedziała Ada po angielsku. — Widzę cię z radością.
— I ja cię widzę z radością — odpowiedziała ciepło Leisha. Dla Ady taka przemowa była szczytem intelektualnych możliwości.
— Widzę cię z radością, Mirami Mice.
Mirami, jak wyjaśnił kiedyś Richard, oznaczało najwyższy respekt wobec szczególnie szanowanej starszej osoby. Ada uparcie — nieśmiało i mile, niemniej uparcie — nie chciała przyjąć do wiadomości, że Alice i Leisha są bliźniaczkami.
— Ja też widzę cię z radością, skarbie — odpowiedziała Alice. — Pamiętasz Dana?
— Cześć — rzucił uśmiechnięty Dan.
Ada odpowiedziała mu lekkim uśmiechem, a potem odwróciła wzrok, jak przystoi mężatce wobec samotnego mężczyzny. Richard odpowiedział mu tak kordialnym „Cześć, Dan!”, że Leisha aż zamrugała ze zdziwienia. Zwykle kiedy się do niego zwracał, oczy ciemniały mu od skrywanego cierpienia. Leisha nie mogła tego zrozumieć: Dan był o całe pokolenie młodszy od jego utraconego syna, a poza tym był przecież Śpiącym.
Głos Alice drżał, co znaczyło, że zaczyna być zmęczona.
— Stella mówiła, że mamy troje gości…
Wtedy wkroczyła Stella, niosąc na rękach niemowlę.
— Och, Richardzie — westchnęła Leisha. — Richardzie…
— Nazywa się Sean. Po moim ojcu.
Dziecko wprost nieprawdopodobnie przypominało Richarda: niskie brwi, gęste, ciemne włosy, ciemne oczy. Jedynie skóra koloru kawy dowodziła, iż ma w sobie i geny Ady. Widać było wyraźnie, że w ogóle go nie modyfikowali. Leisha wzięła dziecko na ręce, sama niepewna własnych odczuć. Sean przypatrywał się jej z powagą. Serce Leishy zadrżało.
— Jest śliczny…
— Daj mi go na chwilę — zawołała chciwie Alice, więc Leisha oddała jej dziecko. Cieszyła się ze względu na Richarda, który zawsze pragnął rodziny, jakiejś zacisznej zatoki, bliskiej, intymnej wspólnoty… Dwa lata temu Leisha poddała się medycznym testom, które potwierdziły, że jej komórki jajowe są już obumarłe. Gamety — jak ostrzegała Susan dziesiątki lat temu — się nie regenerują.
Kevin Baker, jedyny wybitny Bezsenny, który pozostał w Stanach, miał ze swoją młodą Bezsenną żoną czwórkę dzieci.
Jennifer Sharifi — Leisha sprawdziła w rejestrach urodzeń — miała dwoje dzieci i czworo wnucząt.
Alice wprawdzie utraciła Moirę, która wyemigrowała na Marsa, ale miała jeszcze Jordana i troje wnuków.
Dziecko przechodziło z rąk do rąk. Stella wyszła i wróciła po chwili z ciastkami i kawą. Alice, zmęczona, kazała się odwieźć do swego pokoju na krótką drzemkę. Jordan przyszedł z poletka, na którym hodował eksperymentalnie genomodyfikowane słoneczniki. Richard opowiadał o swoich z Adą wędrówkach po rezerwacie dzikich zwierząt na Sztucznych Wyspach w pobliżu brzegów Afryki.
— Hej! — zawołał Dan tak szczególnym tonem, że wszyscy się obejrzeli. — Hej, to dziecko śpi!
Leisha znieruchomiała na swoim krześle. Potem wstała, podeszła do fotela Dana i zajrzała do koszyczka, który stał u jego stóp.
Sean leżał z piąstkami nad głową, pogrążony we śnie. Zamknięte powieki trzepotały. Leisha poczuła ucisk w żołądku. Richard tak bardzo nienawidził swojej własnej grupy, podobnych sobie ludzi, że kazał in vitro odwrócić gen na bezsenność. Teraz patrzył na nią.
— Nie, Leisho — powiedział cicho. — Nie zrobiłem tego. To naturalne.
— Naturalne?
— Tak. Po powrocie ze Sztucznych Wysp udaliśmy się do Instytutu Medycznego w Chicago. Szukaliśmy odpowiedzi na tę zagadkę samoistnej regresji. Ale nie ma tam nikogo, kto samodzielnie prowadziłby badania, są w stanie jedynie odtwarzać z książek stare odkrycia… Do cholery, ten kraj nie ma już genetyków z prawdziwego zdarzenia, z wyjątkiem agrobiznesu.
Zamilkł. I on, i Leisha wiedzieli, że to nieprawda. Jest jeszcze Azyl.
— Czy są w stanie przynajmniej określić — zaczęła ochrypłym głosem — czy to ma szeroki zakres, czy narasta… Jakieś parametry statystyczne?
— Wygląda na to, że zjawisko jest dość rzadkie. Ale wiadomo: jest tu tak niewielu Bezsennych, że nie ma żadnej podstawy do przeprowadzenia jakichkolwiek statystyk.
Znów zapadła cisza, ciężka od nie wypowiedzianych słów.
Tym razem przerwała ją Ada. Nie mogła wiele zrozumieć z rozmowy, jaka miała miejsce między Leisha a jej mężem, ale podniosła się wdzięcznie i podeszła bliżej Leishy. Pochyliła się i wzięła dziecko na ręce. Patrząc na nie czule, powiedziała:
— Widzę cię z radością, Sean. Widzę, jak śpisz. Po czym podniosła wzrok na Leishę i po raz pierwszy chyba spojrzała jej prosto w oczy.