Выбрать главу

Potworny ból wypełniający od momentu uderzenia całe jej ciało zniknął, pozostawiając otępienie i ślepotę lewego oka. Najgorsze było jednak to, że nie mogła się ruszyć, a prawym wyraźnie widziała, że ten, który ją trafił, chce ją dobić. Na zwolnionych obrotach widziała przesuwającą się broń i wykrzywioną wściekłością twarz, ale nim zdążył nacisnąć spust, jego pierś eksplodowała. Padł na nią, zalewając jej bezwładne ciało krwią; zdołała nieco przechylić głowę, czując, że za moment straci przytomność.

Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyła, był Benjamin Mayhew z dymiącym pistoletem w dłoni.

Potem była już tylko ciemność…

ROZDZIAŁ XXI

— Kapitan Harrington?… Słyszy mnie pani?

Głos był natarczywie znajomy, więc otworzyła oczy. A raczej oko. Zmusiła się do zogniskowania ostrości i zamrugała, próbując rozpoznać twarz unoszącą się przed nią… Znajomy, trójkątny kształt szczęki stworzenia opierającego się o jej prawe ramię zwrócił jej uwagę i powoli odwróciła głowę…

Spojrzała prosto w zaniepokojone ślepia Nimitza leżącego obok niej, a nie jak zawsze zwiniętego w kłębek na niej. Mruczał tak intensywnie, że łóżko aż wibrowało. Uniosła powoli ciężką niczym z ołowiu dłoń i położyła na jego łbie… mruczenie trochę przycichło… pogłaskała go i usłyszała cichutkie chrząknięcie gdzieś z góry… Przeniosła spojrzenie na źródło dźwięku — koło łóżka stali komandor-chirurg Montoya i Andreas Venizelos wyglądający na prawie tak zmartwionego jak Nimitz.

— Sao see mąą? — chciała spytać „Co ze mną?”, ale słowa zabrzmiały niewyraźnie i bełkotliwie, bo zdołała poruszyć jedynie prawą połową ust.

— Mogło być znacznie lepiej, ma’am. — W oczach chirurga błysnęła złość. — Prawie panią zabili, skipper.

— Jest źle? — spytała wolno i starannie wymawiając słowa; brzmiało upiornie, ale przynajmniej było bardziej zrozumiałe.

— Nie tak źle, jak mogłoby być, skipper. Miała pani szczęście, bo wiązka tylko panią musnęła. Dwa centymetry bardziej w prawo albo centymetr wyżej i… — Montoya odchrząknął. — Najbardziej oberwał lewy policzek, choć przyznaję, że mięśnie nie są tak zniszczone, jak się pierwotnie obawiałem. Miękkie tkanki zostały jednak zmasakrowane, a kość policzkowa tuż pod okiem złamana. Połamała też pani sobie nos, upadając, ale to drobiazgi. Najpoważniejsze jest całkowite obumarcie nerwów od oka do podbródka z jednej i prawie do ucha z drugiej strony. Wiązka na szczęście ominęła ucho i nerwy słuchowe, dzięki czemu słyszy pani normalnie i powinna też pani mieć częściową kontrolę nad mięśniami szczęki po lewej stronie. Montoya był doświadczonym lekarzem i jego twarz wyrażała to, co chciał, aby pacjenci zobaczyli. Venizelos miał mniejszą kontrolę nad mimiką i widać było, że obaj dość radykalnie różnią się w rozumieniu słowa „szczęście”. Honor przełknęła ślinę i dotknęła lewą dłonią policzka — czuła pod palcami skórę, ale ani ucisku, ani odrętwienia w tym miejscu, po prostu nic.

— Jeżeli chodzi o długoterminową diagnozę, skipper, to wszystko będzie w porządku — dodał pospiesznie Montoya. — Potrzebuje pani pomocy neurochirurga, ale uszkodzenia są zlokalizowane na tak niewielkim obszarze, że powinny to być rutynowe zabiegi. Ja bym się na nie odważył, ale ktoś taki jak pani ojciec zrobi to jedną ręką. Tymczasem zajmę się złamaną kością i resztą uszkodzeń tkanki z przyspieszaczem.

— A oko?

— Źle, skipper — przyznał. — W oku mieści się olbrzymia ilość naczyń krwionośnych, większość z nich popękała, a ponieważ utraciła pani kontrolę nad mięśniami, powieka nie mogła się zamknąć, gdy uderzyła pani o dywan. Rogówka została silnie uszkodzona, a drobiny potłuczonego szkła i porcelany przebiły ją i dostały się do wnętrza oka… Nie sądzę, żeby można było je naprawić, ma’am, a jeżeli, to tylko na tyle, by odróżniała pani ciemność od światła. Potrzebny jest przeszczep, regeneracja albo proteza.

— Oko się nie regeneruje — zacisnęła pięści, słysząc własny niewyraźny głos, i dodała, starając się wyraźniej artykułować. — Lata temu matka to sprawdziła.

— Pozostają przeszczepy, skipper — podpowiedział spokojnie Montoya i zmusiła się do przytaknięcia.

Większość ludzi mogła korzystać ze stosunkowo nowej metody leczenia, czyli technik regeneracyjnych — ona należała do tych trzydziestu procent, które nie miało takiej możliwości.

— Jak wyglądam? — spytała.

— Okropnie — odparł rzeczowo. — Prawa strona twarzy jest w porządku, ale lewa… I nadal w paru miejscach występuje krwawienie. Usunąłem większość skrzepów i podskórnych wylewów, ale prawdę mówiąc, skipper, ma pani szczęście, że niczego pani nie czuje.

Ponownie skinęła głową, świadoma, że Montoya ma rację, i niespodziewanie zaczęła siadać. Lekarz i Venizelos spojrzeli na siebie i pierwszy wyglądał, jakby chciał zaprotestować, ale wzruszył ramionami i odsunął się tak, by mogła zobaczyć swoje odbicie w lustrze zamocowanym na ścianie za jego plecami.

Pomimo ostrzeżeń to, co zobaczyła, wstrząsnęło nią blada cera i biały opatrunek na lewym oku ostro kontrastowały z błękitno-czarno-purpurowymi śladami na twarzy. Wyglądała jak uderzona pałką, co w pewnym sensie było prawdą, ale nie siniaki i wybroczyny były najgorsze. Najgorsza była zupełna martwota lewej połowy twarzy. Nos bolał ją, niezbyt mocno, ale bolał, prawy policzek był ściągnięty i nieco zdrętwiały, ale w lewo od nasady nosa kończyły się jakiekolwiek odczucia. Nie zanikały, tylko kończyły się jak ucięte nożem. Lewy kącik ust zwisał żałośnie, częściowo rozchylony, więc spróbowała nim poruszyć, napinając mięśnie policzków. Bez absolutnie żadnego skutku. Przyglądając się swemu odbiciu, wmawiała sobie, że Montoya miał rację — w sumie były to drobne uszkodzenia, tyle że wyglądały okropnie. Ale czuła odrazę do samej siebie i nic nie mogła na to poradzić.

— Wyglądałam już lepiej — przyznała z masochistyczną fascynacją, patrząc, jak prawa połowa ust porusza się normalnie, a lewa ani drgnie. — Wyglądałam już lepiej.

Za drugim razem wyszło to wolno i niepewnie, ale zrozumiałe, i nawet przypominało jej normalny ton.

— Zgadza się, ma’am — przyznał Montoya.

— Cóż… — Oderwała wzrok od lustra i spojrzała na Venizelosa. — To mogę wstać, jak sądzę.

Słowa zabrzmiały prawie normalnie — najwyraźniej, jeśli koncentrowała się i mówiła powoli, pamiętając o tym, by używać prostych słów i krótkich zdań, mogła wyrażać się zrozumiałe.

— Nie jestem przekonany, czy to dobry po… — zaczął Montoya.

— Poradzę sobie ze wszystkim, dopóki nie… — zawtórował mu Venizelos.

Obaj zamilkli, gdy opuściła nogi z łóżka i dotknęła stopami podłogi. Montoya ruszył ku niej, jakby chciał ją fizycznie zmusić do pozostania w łóżku.

— Może pani tego nie czuje, ale oberwała pani solidnie. Komandor Venizelos da sobie bez trudu radę z dowodzeniem okrętem, a komandor Truman eskadrą, dopóki pani trochę nie odpocznie, ma’am. Parę godzin nie zrobi nikomu różnicy, poza panią.