— To właśnie od paru godzin ogląda cały Grayson — powiedział cicho. — Jak pani uratowała życie mojej rodziny i moje.
Honor poczuła, że prawa strona twarzy dosłownie stanęła w ogniu.
— Ja… — zaczęła i umilkła, widząc jego uniesioną dłoń.
— Niech pani nic nie mówi, a ja nie będę pani zawstydzał powtarzaniem się. Nie muszę; to nagranie raczej jednoznacznie załatwia kwestię podejrzeń, że to pani rząd zorganizował napad. A poza tym nie wydaje mi się, by po jego obejrzeniu ktokolwiek na Graysonie, łącznie z admirałem Garretem, śmiał jeszcze kiedykolwiek poddawać w wątpliwość to, czy nadaje się pani na oficera. Prawda?
ROZDZIAŁ XXII
Honor pierwszy raz była w głównym centrum dowodzenia Graysona i jego wielkość zrobiła na niej wrażenie. Podobnie jak poziom hałasu wywołanego sygnałami interkomu, dzwonkami priorytetowych połączeń i krzyżującymi się głosami, nade wszystko zaś łomotem drukarek. Znacznie wrażliwszy na hałas Nimitz stulił uszy, wyprostował się na jej ramieniu i bleeknąl z takim oburzeniem, że rozmowy umilkły natychmiast.
Na drukarki i dzwonki to nie podziałało.
Wszyscy obecni w dużej sali odwrócili się jak na komendę i Honor poczuła się jak poczwara, a stojący u jej boku komandor Brenthworth najeżył się, spoglądając ostrzegawczo na wszystkich niezależnie od rangi. Już miał się odezwać, ale powstrzymała go dotknięciem, bowiem w tych spojrzeniach była ciekawość, szok i odraza, ale nie wrogość czy chamstwo, a prawie wszyscy czerwienili się i wracali do pracy, gdy spojrzała im w oczy.
Komodor Brenthworth oczekiwał ich przybycia, toteż od razu podszedł do Honor i wyciągnął ku niej dłoń jedynie ze śladem wahania.
— Jestem komodor Walter Brenthworth, kapitan Harrington — przedstawił się równym głosem. — Witam w głównym centrum dowodzenia.
— Dziękuję, komodorze — odparła tak wyraźnie, jak była w stanie.
Ćwiczyła intensywnie wymowę, ale nagły ruch jego oczu świadczył, że nie udało jej się w pełni opanować nieruchomej części warg. Miał ochotę wbić spojrzenie w uszkodzony fragment jej twarzy, ale powstrzymał się.
— Oto moi dowódcy — ciągnęła. — Komandor Truman z HMS Apollo i komandor McKeon z HMS Troubadour; sądzę, że komandora Brenthwortha już pan zna.
Ostatnim słowom towarzyszył lekki uśmiech na prawej stronie ust.
— Sądzę, że faktycznie go znam — komodor odpowiedział jej uśmiechem, skinął synowi głową i uścisnął dłonie dwojga pozostałych oficerów, po czym spojrzał ponownie na Honor. — Kapitan Harrington, proszę pozwolić mi przeprosić za wszystkie…
— Żadne przeprosiny nie są konieczne, komodorze Brenthworth — przerwała mu, ale ponieważ widać było, że jest równie uparty jak syn, dodała szybko: — Pochodzimy z różnych kultur. Musiały być tarcia. Ważne, żebyśmy dopilnowali, by już ich nie było.
Przyjrzał się jej uważniej, zwłaszcza obrzmiałej, nieruchomej twarzy, i powoli przytaknął.
— Ma pani rację. — Niespodziewanie uśmiechnął się. — Mark uprzedzał mnie, że jest pani rozsądna i inteligentna, nie wspominając o uporze, a już dawno nauczyłem się ufać jego sądom.
— Dobrze, bo ja też — odparła zwięźle i komandor zaczerwienił się.
A jego ojciec roześmiał się i wskazał na przeciwległą ścianę, w której znajdowało się kilkoro par drzwi.
— Proszę pozwolić za mną do gabinetu admirała Garreta — powiedział z lekkim rozbawieniem i czymś zbliżonym do oczekiwania. — Jak sądzę, oczekuje pani odwiedzin z pewną niecierpliwością.
Admirał Leon Garret miał pooraną zmarszczkami twarz i krzaczaste brwi, spod których obserwował Honor z fascynacją. Obejmowała ona również Nimitza i Honor zastanawiała się przez dobrą chwilę, kto wydał mu się dziwaczniejszy — sześcionogie „udomowione zwierzątko”, które okazało się śmiertelnie groźne, czy kobieta w mundurze kapitana. Wstał, gdy podeszła, ale nie wyciągnął ręki, i gdyby nie zaskoczenie widoczne tak w oczach, jak i w całym jego zachowaniu, uznałaby to za obrazę. Stanowił jednak tak komiczny widok, iż mimo powagi sytuacji omal nie wybuchnęła śmiechem. Stłumiła całkowicie niestosowny chichot, korzystając z chwili spokoju, gdy komodor Brenthworth kolejno ich przedstawiał, a potem dokonał prezentacji kilku towarzyszących admirałowi oficerów.
Jej uwagę zwrócił zajmujący miejsce z prawej strony Garreta oficer — nosił mundur komodora i admiralskie dystynkcje na kołnierzu, toteż nie zdziwiła się zbytnio, gdy usłyszała, że jest to admirał Wesley Matthews. Przyjrzała mu się uważnie — bez natręctwa, ale i nie ukrywając, że go ocenia. Wyprostował ramiona i odpowiedział jej równie zaciekawionym spojrzeniem.
Podobało jej się to, co zobaczyła — Matthews był niski nawet jak na graysońskie standardy, masywny i solidny, o inteligentnej, ruchliwej twarzy, na której nie ujrzała śladu zastrzeżeń co do swej osoby. Przypomniała sobie, co mówili o nim obaj Meyhewowie, i zdecydowała, że mieli rację. Nie powinna mieć problemów ze współpracą z nim.
— Dziękuję za przybycie… kapitan Harrington — Garret zaczerwienił się, słysząc wahanie w swoim głosie, i wskazał na puste krzesła po przeciwnej stronie stołu konferencyjnego. — Proszę zająć miejsca.
— Dziękuję, admirale. — Usiadła, a po niej zrobili to pozostali.
Nimitz poruszył nerwowo ogonem, ale miał świadomość, że powinien się zachowywać dostojnie, więc nie poruszył się. Zdjęła go i postawiła na stole obok szklanki. Dopiero w tym momencie dostrzegła uwagę, z jaką graysońscy oficerowie obserwowali każdy jego ruch — najwyraźniej byli pod wrażeniem nagrania pokazującego jego krwawe wyczyny. Paru wyglądało na nieco przestraszonych i trudno było im się dziwić — niewielu mieszkańców Sphinxa zdawało sobie sprawę, jak niebezpieczny potrafi być treecat, gdy ktoś zagraża jemu lub jego człowiekowi.
— Cóż, jak pani wie, kapitan Harrington — Garret tym razem się nie zaciął — kom… admirał Matthews został dowódcą naszych mobilnych sił. Jak rozumiem, jest pani przekonana, że lepiej będzie rozmieścić je jako wysuniętą formację obronną prowadzoną przez pani okręty, niż wykorzystać do obrony satelitarnej samej planety.
Honor musiała przyznać, że dobrze ukrył żal i rozczarowanie, jako że pomysł obrony orbitalnej, czyli wykorzystania okrętów jako ruchomych fortów, był jego autorstwa.
— Tak uważam, sir — odparła, starając się, by nie pojawiła się w jej głosie satysfakcja. — Według naszych ocen, lokalne okręty, którymi dysponują władze Masady, wspierane są przez jeden lekki i jeden ciężki krążownik Ludowej Marynarki Haven. Jeśli to prawda, to moje okręty powinny poradzić sobie z nimi bez pomocy orbitalnych fortów. Trzydzieści pięć lat temu Grayson został zbombardowany ładunkami nuklearnymi, a przeciwnik powtarza, że gotów jest to zrobić ponownie; po fiasku Machabeusza należy założyć, że spełni groźbę, uważam więc, że należy przechwycić go tak daleko od Graysona, jak to tylko będzie możliwe.
— Jeżeli pani okręty znajdą się w niewłaściwym namiarze, napastnicy zdołają się przemknąć bez walki i ostrzelają planetę — zauważył cicho jeden z oficerów. — A bez pani okrętów nasza obrona nie zdoła powstrzymać nowoczesnych rakiet, prawda?
— Komandorze Calgary, jestem pewien, że pani kapitan przewidziała taką możliwość — osadził go Garret, niezbyt uszczęśliwiony tym, co robi.
Widać było, że Benjamin Mayhew istotnie odbył z nim długą i poważną rozmowę. Honor przytaknęła, ale Calgary zasługiwał na konkretniejszą odpowiedź, bo kwestia istotnie była poważna.
— Ma pan rację, komandorze, ale należy wziąć pod uwagę, że nasi wrogowie doskonale wiedzą, gdzie leży Grayson, i gdyby chodziło im wyłącznie o ostrzał nuklearny, mogliby wystrzelić rakiety z bardzo dużej odległości, nadając im prawie prędkość światła. Kiedy ich napędy wypaliłyby się, nawet nasze sensory miałyby problem z ich znalezieniem. Zdołalibyśmy przechwycić większość, ale przy głowicach jądrowych chodzi o przechwycenie wszystkich, a to jest najłatwiejsze, gdy jeszcze dysponują napędami. — Calgary skinął głową ze zrozumieniem, a Honor dodała: — Faktem jest, że oddalenie od planety może ułatwić im zadanie, ale mamy pewną przewagę techniczną, o której, jak sądzimy, Haven nie ma pojęcia.