Выбрать главу

Wstał, i spacerując po kabinie, usiłował wytłumaczyć sobie, że zachowuje się głupio. Oczywiście, że reakcja gospodarzy nie była normalna, bo oni i normalność wzajemnie wykluczali się niejako z założenia. Mimo to nie ulegało kwestii, że z ich punktu widzenia zawiódł — to, że nie z własnej winy, nie miało znaczenia. I powinno to rzutować na ich stosunek do niego. A żadnych zmian w ich zachowaniu względem siebie nie zauważył.

Zatrzymał się, próbując ustalić, co go najbardziej niepokoiło: milczenie Rady Starszych? Słabe, jakby pro forma zgłaszane protesty Simondsa dotyczące powodów, dla których Thunder of God nadal pozostawał w systemie Endicott? Czy po prostu wszechobecne poczucie klęski?

Spodziewał się histerii i lawiny sprzecznych rozkazów, desperackiego miotania się przerażonych teokratów i fakt, że nic podobnego nie nastąpiło, powinien sprawić mu ulgę. Ta cisza bardzo ułatwiała realizację scenariusza uzgodnionego z ambasadorem Lacy. Dlaczego więc go niepokoiła? Dlatego, że wszystko, co szło zgodnie z planem, było podejrzane?

Zachowanie Simondsa nie było takie dziwne, jeśli wzięło się pod uwagę, że musiał być nadal mocno zaskoczony, że jeszcze żyje. Zapewne też cały czas zastanawiał się, kiedy skończy się ten nieoczekiwany immunitet, a człowiek czujący na karku oddech śmierci rzadko kiedy zachowuje się tak jak zawsze, choćby to „zawsze” było niezmiernie denerwujące dla wszystkich. Co się zaś tyczy poczucia nieuchronnie zbliżającej się zagłady — czego innego się spodziewał?! Mimo iż mówił to nawet zaufanym oficerom, nie wierzył, by Królestwo Manticore wycofało się z uwagi na obecność w układzie Endicott jednego krążownika liniowego Ludowej Marynarki. Zwłaszcza tego, który rozpoczął całą strzelaninę. Skoro sam był tego zdania, jak mógł się spodziewać, że fanatycy czy załoga pomyślą inaczej? Na okręcie panowało pełne napięcia oczekiwanie — załoga wykonywała swe obowiązki w milczeniu, próbując wierzyć, że jakimś cudem przeżyje.

Wszystkie te wyjaśnienia brzmiały prawdopodobnie, ale nie tłumiły jego niepokoju. Odruchowo spojrzał na kalendarz wiszący na ścianie — od zniszczenia bazy minęły trzy dni. Frachtowce najpewniej odleciały przed rozpoczęciem ataku, a jeśli nie, na pewno zrobiły to, ledwie dowiedziano się, że Thunder of God jest krążownikiem liniowym. Jeśli przyjąć to drugie założenie, miał osiem do dziesięciu dni do przybycia odsieczy z Manticore. Każda mijająca sekunda oczekiwania grała mu na nerwach coraz bardziej.

Przynajmniej rządzący fanatykami zdawali sobie sprawę, że przegrali. Albo robili takie wrażenie. Miłą niespodziankę stanowiło szybkie i w zasadzie bezproblemowe przyjęcie przez Radę Starszych jego argumentów, iż dalsze ataki byłyby niepotrzebnym marnotrawstwem sil i środków. Co prawda prywatnie uważał, że decyzja Simondsa o wzmocnieniu rozsianych po systemie umocnień też była bez sensu, ale stanowiła bezwzględnie przyjemniejsze zajęcie od samobójczego ataku na Graysona.

Wychodziło na to, że gospodarze robili dokładnie to, czego sobie obaj z ambasadorem życzyli, dlaczego więc zamiast zadowolenia czuł niepokój?

Jedynym logicznym wyjaśnieniem była świadomość daremności wysiłków — poczucie, że finał i tak jest już przesądzony i nic nie może go zmienić. W tej sytuacji bezczynność była niezwykle atrakcyjną perspektywą.

Być może właśnie dlatego nie protestował przeciwko ostatnim rozkazom, mimo iż Thunder of God nigdy nie był przewidziany do pełnienia roli transportowca wojskowego. Był jednak znacznie szybszy od jednostek gospodarzy i w tym punkcie Simonds miał rację, a poza tym — jak długo bawił się w transportowiec nie musiał wracać do Yeltsina. No i miał przynajmniej złudzenie, że coś robi.

Zastanowiła go ta ostatnia myśl — może obaj z Simondsem byli bardziej podobni, niż dotąd przyznawał. Zależało im na zachowaniu pozorów. Ponownie spojrzał na kalendarz — pierwsze promy powinny zjawić się za dziewięć godzin. Wyprostował się i ruszył ku drzwiom. Będzie musiał odbyć naradę z Manningiem i ustalić, gdzie poupychać żołnierzy na czas lotu. Miało to swoje dobre strony — przynajmniej przez jakiś czas będzie miał konkretne powody do zmartwień.

Admirał Eskadry Zielonej Hamish Alexander, trzynasty earl White Haven, czekał przy wylocie korytarza pokładu hangarowego HMS Reliant. Jego okręt flagowy leciał już ku granicy wejścia w nadprzestrzeń z pełną prędkością, podobnie jak reszta dowodzonych przez niego jednostek. Robił wrażenie spokojnego, choć w jego lodowato błękitnych oczach widać było napięcie — zdawał sobie sprawę, że właściwy szok jeszcze nie nadszedł. Raula Courvosiera znał całe życie, a dzięki prolongowi był to naprawdę długi czas. był o dwanaście lat standardowych młodszy od niego, gdy się poznali, i awansował szybciej, częściowo dzięki urodzeniu, ale zawsze byli ze sobą blisko i to nie dlatego, że zmuszały ich do tego obowiązki. Porucznik Courvosier uczył go astronawigacji, gdy był jeszcze midszypmenem, po kapitanie Courvosierze objął stanowisko starszego instruktora taktyki na wyspie Saganami. Z admirałem Courvosierem przez lata dyskutował i planował strategię Królewskiej Marynarki i stosowaną przez nią taktykę, jak i współpracę z politykami. A teraz, ot tak, Raula Courvosiera już nie było.

Miał takie dziwne wrażenie, jakby obudził się bez ręki czy nogi, które stracił we śnie. Ale to nie bólu po stracie bliskiej osoby bał się najbardziej. Nawet nie tego, że flota straciła nietuzinkowego oficera i nadzwyczajnego stratega. Najbardziej obawiał się, że oprócz czterystu ludzi, o których śmierci już wiedział, Royal Manticoran Navy straciła lub straci następny tysiąc w układzie Yeltsin, a to oznaczało, że on osobiście wyda rozkazy, które zakończą się wojną z Ludową Republiką Haven.

Na korytarzu pojawiła się niewysoka komandor o zaplecionych blond włosach przykrytych białym beretem. Rozległ się świst trapowy, warta okrętowa sprezentowała broń, a oficer zasalutowała zgrabnie.

— Witam na pokładzie, komandor Truman — odezwał się Hamish Alexander.

— Dziękuję, sir.

Na twarzy Truman malowało się zmęczenie — to nie był łatwy przelot. Ale w zielonych oczach ujrzał także świeży żal, który doskonale rozumiał.

— Przykro mi, że tak bezceremonialnie wyciągnąłem panią z Apolla — powiedział cicho, gdy szli do windy. — Ale wyruszyliśmy natychmiast, a potrzebuję kogoś, kto tam był i wszystko widział, by zdał mi relację i doradził w razie potrzeby. W tych warunkach…

Wzruszył lekko ramionami, a Truman przytaknęła.

— Rozumiem, sir. Żal mi było opuścić okręt, ale Apollo w tej chwili potrzebuje stoczni, nie mnie, a komandor Prevost na pewno da sobie doskonale radę.

— Cieszę się, że pani to rozumie.

Drzwi windy zamknęły się za nimi i Alexander wykorzystał drogę na mostek, by dokładnie przyjrzeć się komandor Truman. Jego okręty opuściły orbitę Manticore piętnaście minut po otrzymaniu kodowanego i skomplikowanego meldunku z HMS Apollo. Widział zniszczenia, jakich doznał lekki krążownik, gdy Reliant spotkał się z nim, by przejąć na pokład Alice Truman, ale wydarzenia, które rozegrały się w systemie Yeltsin, znał nadal jedynie pobieżnie. Jedno spojrzenie na zmasakrowany kadłub upewniło go, że sytuacja jest zła. To, że Apollo był w stanie wejść w nadprzestrzeń, zakrawało na cud, a to, w jakim tempie pokonał odległość między systemami, było zjawiskiem rajskim. Gdy dowiedział się o tym wyczynie, zastanawiał się, jak wygląda dowódca okrętu. Teraz już wiedział.

— Zauważyłem, że osiągnęła pani doskonały czas przelotu z Yeltsina, komandor Truman — powiedział, starannie dobierając słowa.