Выбрать главу

— To prawda, sir — przyznała całkowicie neutralnym głosem.

— To nie jest pułapka ani zarzut — uspokoił ją. — Ale wiem doskonale, że nie da się poprawić starego rekordu przelotu o trzydzieści godzin bez zabawy z hipernapędem.

Alice Truman przyglądała mu się badawczo przez kilka sekund. Lord Alexander, a raczej earl White Haven, po śmierci ojca cieszył się zasłużoną reputacją kogoś, kto ignoruje regulaminy, jeśli przeszkadzają w wykonaniu zadania. Teraz w dodatku w jego oczach widać było radosne błyski.

— Ma pan rację, sir.

— Do którego pasma dotarliście?

— Do zbyt wysokiego, sir. Odbiliśmy się od ściany ioty dzień po opuszczeniu Yeltsina.

Alexander mimo wszystko drgnął — to, co usłyszał, oznaczało zdjęcie wszystkich blokad hipernapędu. A żaden okręt nie dotarł do pasma iota, a jeśli nawet, to nie przeżył nikt, kto mógłby o tym poinformować. Nie było nawet wiadome, czy jakikolwiek okręt zdołałby przetrwać w tym paśmie.

— Rozumiem — odchrząknął. — Miała pani nadzwyczajne szczęście, komandor Truman. Ufam, że zdaje sobie pani z tego sprawę.

— Zdaję sobie aż zbyt dobrze, sir.

— Musi pani być naprawdę dobra — dodał tym samym tonem. — Biorąc pod uwagę, że mimo to doleciała pani do celu.

— Jak pan powiedział, sir: miałam szczęście. Miałam też doskonałego pierwszego mechanika, który być może zacznie mi nawet kiedyś znowu mówić „dzień dobry”.

Alexander niespodziewanie wyszczerzył zęby niczym uczniak po udanym kawale. Odpowiedziała mu tym samym. Trwało to jednak tylko chwilę, potem spoważniała i wyprostowała się.

— Zdaję sobie sprawę, sir, że złamałam wszystkie procedury bezpieczeństwa, ale wiedząc, co grozi kapitan Harrington, uważałam, że to uzasadnione ryzyko.

— Zgadzam się z panią całkowicie. I tak też powiedziałem Pierwszemu Lordowi Przestrzeni Websterowi.

— Dziękuję panu, sir.

— Prawdę mówiąc, wkrótce przekonamy się, jak dobrych mechaników mają moje okręty. Obawiam się wprawdzie, że nie znajdę sensownego uzasadnienia dla takiego zwiększenia prędkości dwóch pełnych eskadr krążowników liniowych, by wyrównać pani rekord, ale nie ulega wątpliwości, że czas jest luksusem, którego nie mamy.

Truman przytaknęła, mając bolesną świadomość, że dla Honor i jej okrętów czas mógł się już skończyć.

Winda przystanęła i drzwi otworzyły się, ukazując zatłoczony mostek okrętu flagowego. Panowało tu zorganizowane zamieszanie, zwiększone w sporym stopniu przez fakt, iż trzy okręty nie należały do oryginalnego składu eskadry — zostały przeniesione, by zastąpić jednostki, które nie osiągnęły gotowości do natychmiastowego odlotu w ciągu kwadransa, toteż załogi zgrywały dopiero łączność i procedury z resztą. Ich przybycie jako pierwszy zauważył kapitan Hunter, szef sztabu Alexandra. Powiedział coś oficerowi operacyjnemu i podszedł do nich, wyciągając rękę do Alice Truman.

— Witaj, Alice. Słyszałem, że Apollo oberwał, ale cieszę się, że ty jesteś cała. Szkoda tylko, że nie spotykamy się w innych okolicznościach.

— Dziękuję, sir. Też tego żałuję.

— Chodź do sali odpraw, Byron — polecił Alexander. — Sądzę, że obaj powinniśmy zastanowić się nad szczegółami relacji komandor Truman.

— Naturalnie, sir.

Hamish Alexander ruszył przodem, a gdy weszli do przestronnej kabiny, dał znak obu podkomendnym, by usiedli, i poczekał, aż drzwi się zamkną, odcinając wszelkie odgłosy z zewnątrz.

— Obawiam się, że nie miałem dotąd okazji spotkać kapitan Harrington — wyjaśnił Truman. — Słyszałem o jej dokonaniach i przebiegu służby, ale nie znam ani jej samej, ani sytuacji, w jakiej się obecnie znajduje. Dlatego chciałbym, aby zaczęła pani od samego początku i opowiedziała nam szczegółowo o wszystkim, co wydarzyło się od chwili, gdy znaleźliście się w systemie Yeltsin.

— Dobrze, sir. — Truman wzięła głęboki oddech, wyprostowała się na fotelu i zaczęła: — Przybyliśmy o wyznaczonym czasie i…

Alexander rejestrował uważnie zarówno to co mówiła, jak i to, czego nie mówiła, oddzielając równocześnie fakty od komentarza i analizując je. Zapamiętywał pytania, na które nie słyszał odpowiedzi, i odpowiedzi na wcześniejsze wątpliwości, ale pod tą całą trzeźwą koncentracją czaił się strach. A raczej nie tyle strach, ile poważna obawa wynikająca z prostej logiki. Niezależnie bowiem od ryzyka, jakie podjęła Alice Truman, istniało bardzo poważne prawdopodobieństwo, że gdy przybędą do systemu Yeltsin, Honor Harrington i jej ludzie będą już martwi. A wówczas on, Hamish Alexander, rozpocznie wojnę, której Gwiezdne Królestwo Manticore starało się uniknąć od prawie czterdziestu lat.

— Skipper?

Honor uniosła głowę znad ekranu. W otwartych drzwiach widać było głowę Venizelosa.

— Tak, Andy?

— Pomyślałem, że może chciałaby pani wiedzieć, że laser numer 4 jest znowu sprawny, ma’am. To znaczy prawie sprawny, bo nadal istnieje przekłamanie na łączach z kontrolą ognia i załoga będzie musiała ręcznie wbijać koordynaty celu do komputera, ale poza tym działo jest naprawione, a działobitnia hermetyczna.

— Dobra robota, Andy! — uśmiechnęła się prawostronnie. — Gdybyście tak z Jamesem naprawili jeszcze sensory grawitacyjne…

— Skipper, niemożliwe robimy własnoręcznie, cuda zostawiamy stoczni.

— Tego się właśnie obawiałam — wymamrotała, pokazując mu fotel.

Venizelos usiadł i przyglądał się jej spod łba.

Wyglądała zdecydowanie lepiej — przyspieszona kuracja zastosowana przez Montoyę prawie zlikwidowała opuchliznę i siniaki. Połowa jej twarzy nadal była nieruchoma, ale do tego już się przyzwyczaił. Poza tym czarna przepaska, którą zastąpiła opatrunek, nadawała jej zawadiacką szorstkość.

Zresztą to nie wygląd był najważniejszy. Najistotniejsze było, że w końcu się wyspała po pięćdziesięciu trzech godzinach nieustannego działania i napięcia. Spała bite piętnaście godzin i obudziła się wściekła jak wszyscy diabli. Okazało się, że Montoya i MacGuiness zaserwowali jej kakao ze środkiem nasennym. Przez moment Venizelos był przekonany, że obaj wylądują w areszcie. Uratowało ich najprawdopodobniej zaprzysiężone oświadczenie Fritza, że gdyby Thunder of God się pojawił, zdołałby ją doprowadzić do pełnej przytomności w mniej niż trzydzieści minut. Być może zresztą uświadomiła sobie, jak bardzo potrzebowała tego snu…

Nie wiedział, co planuje Montoya, ale gdyby wiedział, własnoręcznie wsypałby jej środek nasenny do kakao, bo trzymała się na nogach jedynie resztką woli i zaczynał się poważnie martwić i o nią, i o okręt. Przykro było na nią patrzeć, gdy dowiedziała się o śmierci Courvosiera, gdy poznała losy jeńców z Madrigala, lepiej było tego w ogóle nie robić. Trudno ją było winić za nienawiść, ale nie podzielał jej przekonania, że zawiodła admirała, a przede wszystkim miał świadomość, że potrzebują jej przytomnej i myślącej, jeśli mają przeżyć. Żeby Fearless mógł przetrwać walkę, Honor Harrington musiała być sobą na mostku, by ponownie dokonać niemożliwego, a nie automatem działającym na rezerwowym zasilaniu.

— Cóż… — Oparła się wygodniej, wytrącając go z rozmyślań. — …Sądzę, że jesteśmy na tyle gotowi, na ile jest to w tych warunkach możliwe. Pozostaje tylko czekać.

— Jest pani pewna, że Thunder of God się tu zjawi, skipper? Minęły już cztery dni, jeśli chcieli przylecieć, powinni już tu być.

— Logika na to wskazuje.

— Ale pani sądzi inaczej. — Było to stwierdzenie, nie pytanie. — Dlaczego?

— Nie potrafię tego uzasadnić… — Skrzyżowała ręce na piersiach, przyglądając mu się z namysłem. — Wszystko, cokolwiek by teraz zrobili, pogorszy jedynie ich sytuację. Jeżeli nas zniszczą lub zbombardują Graysona, odsiecz zmieni ich we wspomnienia. Nawet jeśli ci zboczeńcy nie zdają sobie z tego sprawy, co nie jest niemożliwe, oficerowie i ambasador Ludowej Republiki wiedzą, że tak się stanie. Najrozsądniej dla nich byłoby nic nie robić, ale rozsądek i fanatyzm religijny nie idą w parze. Z drugiej strony, skoro już zdecydowali się nas zaatakować, powinni zrobić to natychmiast, kiedy tylko się dowiedzieli o utracie bazy, a nie dawać nam czas na naprawę uszkodzeń i na doczekanie przybycia pomocy. A mimo to…