Fuchien stanęła nad jej ramieniem i spojrzała na ekran. Widać na nim było jedynie frachtowce gnające co sił nowym, odbijającym w prawo od dotychczasowego kursem. I Hawkwinga zmierzającego kursem przeciwnym. Odległość między nimi rosła z przyspieszeniem pięćdziesięciu dwóch kilometrów na sekundę kwadrat, a niszczyciel znajdował się już ponad milion kilometrów za rufami frachtowców i Artemis.
— Gdzie mu się tak spieszy?! — zdziwiła się.
— Pojęcia nie mani, skipper. — Ward pochodziła ze Sphinxa i było to słychać. — Ruszył bez uprzedzenia jak zamroczony treecat i kazał nam uciekać. Nic nie widzę na przedłużeniu jego kursu.
Fuchien przyglądała się pustemu w tym rejonie ekranowi przez kolejnych kilka sekund i zerknęła na ekran wizualny. Nasycenie cząsteczek w okolicy było wyjątkowo duże, toteż abstrakcyjne wzory nadprzestrzeni widoczne były wyraźniej i w żywszych niż zwykle barwach. Co równocześnie oznaczało znaczne zredukowanie zasięgu sensorów i zdecydowanie jej się nie podobało. Sensory pokładowe Artemis były równie dobre jak sensory niszczyciela i nie bardzo potrafiła zrozumieć, dlaczego nie odkryły niczego, co zarejestrowały pokładowe czujniki Hawkwinga.
— Hawkwing przesłał jeszcze jakieś informacje? — spytała, spoglądając na Donevskiego.
— Nie, ma’am.
— Odtwórz wiadomość — poleciła.
Donevski dał znak oficerowi łącznościowemu i pięć sekund później z głośników rozległ się głos komandora Usher a:
— Do wszystkich, tu Hawkwing! Alarm Czerwony! Alarm Czerwony! Powtarzam: Alarm Czerwony! Natychmiast przejść na kurs 270 z maksymalnym przyspieszeniem konwoju i utrzymać go aż do otrzymania następnych rozkazów! Bez odbioru!
— To wszystko?! — zdziwiła się.
— Tak, ma’am — potwierdził Donevski. — Zanim zdążyliśmy odpowiedzieć, ruszył, jakby się paliło, i sensory zarejestrowały postawienie osłon burtowych oraz uaktywnienie kontroli kierowania ogniem.
Fuchien spojrzała pytająco na porucznik Ward, która potwierdziła i dodała:
— Nie wiem, co Usher zauważył, ale nie bawi się: gotowość bojową osiągnął w dwanaście sekund od rozpoczęcia nadawania, a nowy kurs osiągnął, zanim skończył mówić.
Fuchien skinęła głową i ponownie spojrzała uważnie na ekran. Niszczyciel oddalił się już o pełne trzydzieści sekund świetlnych ze względną prędkością trzydziestu tysięcy kilometrów na sekundę i właśnie wystrzeliwał wabiki. To ostatnie było wysoce niepokojące, tym bardziej że żadna jednostka nie powinna znajdować się w zasięgu strzału rakietowego niszczyciela, nie będąc widoczną dla sensorów Artemis, niezależnie od warunków w nadprzestrzeni.
— Dlaczego tak szybko wystrzelił wabiki? — spytała, nie kryjąc napięcia.
— Nie wiemy, skipper. — Ward dobrze nad sobą panowała, ale w jej głosie słychać było niepewność.
— Napastnik może używać pełnego ekranowania?
— Może, ale skoro jest już w zasięgu rakiet, powinniśmy mieć jakiś ślad z sensorów grawitacyjnych niezależnie od tego, jak dobre by były jego systemy maskujące. — Ward wpisała komputerowi polecenie i zniechęcona pokręciła głową, patrząc na ekran. — Nic, skipper. Nie widzę tam abso…
Urwała, gdyż Hawkwing wykonał właśnie ostry zwrot na lewą burtę, zaraz potem zaczynając równocześnie obrót. Wpierw z jednej, zaraz potem z drugiej burty odpalił rakiety tak zaprogramowane, by poleciały ku przeciwnikowi jak jedna salwa. A potem przeszedł na ogień ciągły, wystrzeliwując salwę z każdej burty co siedemnaście sekund i wirując niczym zwariowany derwisz. Fuchien zbladła — coś, co wymagało takiej lawiny ognia, musiało być groźne, tylko co to takiego było do nagłej i niespodziewanej…
— Skipper, stary Hauptman na linii — oznajmił Donevski, przerywając jej rozmyślanie.
Już miała warknąć, żeby jej głowy nie zawracał, ale zapanowała nad sobą, wzięła głęboki oddech i dała mu znak, by przełączył go na ekran wizualny.
— Tak, panie Hauptman? — nie całkiem zapanowała nad złością w głosie. — Jestem teraz trochę zajęta, więc…
— Co się dzieje, kapitan Fuchien?
— Wygląda na to, że jesteśmy atakowani — odparła tak spokojnie, jak tylko mogła.
— Atakowani?! Przez kogo?
— Jeszcze nie wiem, panie Hauptman. Hawkwing odpalił właśnie rakiety, więc przeciwnik musi być blisko.
— Dobry Boże! — jęknął Hauptman i przymknął oczy. — Proszę informować mnie na bieżąco.
I zakończył połączenie, co wskazywało na to, że ma więcej zdrowego rozsądku, niż go Fuchien podejrzewała.
— Do czego on, do cholery, strzela?! — zirytowała się Ward. — Nadal nic a nic nie widzę!
Kontrolki jej wyrzutni płonęły czerwienią oznaczającą stan pełnej gotowości, ale bez namierzonego celu były całkowicie bezużyteczną kupą metalu i elektroniki.
— Nie wiem… — mruknęła cicho Fuchien. — Cokolwiek by to było, to…
Pierwsza podwójna salwa Hawkwinga detonowała w pobliżu czegoś, czego nikt na mostku Artemis nawet nie był w stanie zobaczyć. Według sensorów liniowca w tym rejonie przestrzeni nie było nic. A w tym nic, dokładnie w tym samym miejscu, eksplodowało pięć pełnych podwójnych salw burtowych niszczyciela. A zaraz potem Hawkwing nagle przestał strzelać, wykonał zwrot o dziewięćdziesiąt stopni na prawą burtę i ruszył w pogoń za frachtowcami.
Fuchien przyglądała się ekranowi taktycznemu, nic nie rozumiejąc, po czym odwróciła wzrok i spojrzała na Ward, która miała równie głupią minę.
— Nic nie rozumiem, skipper — przyznała, wzruszając bezradnie ramionami. — Nigdy dotąd nie widziałam nic podobnego.
— Wiadomość z Hawkwinga, ma’am — oznajmił oficer łącznościowy.
— Na głośnik — poleciła zwięźle kapitan Fuchien.
— Wszystkie statki mogą wrócić na poprzedni kurs i zmniejszyć prędkość — rozległ się zadowolony głos Gene Ushera. — Dziękuję za współpracę i gratuluję doskonałego czasu reakcji. Na tym kończymy nasze niezapowiedziane ćwiczenia. Bez odbioru.
ROZDZIAŁ XXXVII
Honor siedziała wygodnie w fotelu, mając na kolanach czytnik, a w prawej dłoni wysoki kieliszek zawierający jej ukochane Delacourt. Pod ręką miała pudło czekoladek, a na twarzy zadowolony uśmiech, kiedy lewym palcem wskazującym przesuwała strony w czytniku.
Powieść, podobnie jak wino, była prezentem od ojca, tylko w ciągu ostatnich paru miesięcy nie miała zbyt wiele czasu na lekturę. Dlatego też zdecydowała się zachować ją na specjalną okazję jako nagrodę. O tym, że na nią zasłużyła, będzie najlepiej świadczyło to, że będzie miała czas na czytanie.
Książka była naprawdę stara. Napisano ją na długo przedtem, nim ludzie rozpoczęli loty kosmiczne, w ówczesnej odmianie angielskiego, który był dość trudny do zrozumienia, zwłaszcza że akcja działa się dobre trzy wieki wcześniej, a postacie używały specyficznej gramatyki, właściwej dla owych czasów, i słownictwa, które w części całkowicie wyszło z użycia. Na dodatek wagi i miary podane były w starym angielskim systemie, o którym wiedziała tyle, że „jard” to mniej niż metr, a „mila” to nieco mniej niż dwa kilometry. Ile gramów miał „funt”, nie była w stanie dociec, a miało to pewne znaczenie w powieści. Całość dodatkowo komplikował fakt, iż „funty” (wraz z „gwineami” i „szylingami”) były także ówczesnymi odmianami pieniędzy. Funty i franki pamiętała mętnie z czasu studiowania historii Napoleona i jego wojen, ale teksty historyczno-militarne przeliczały je od razu na współczesne dolary, toteż miała raczej mgliste pojęcie, ile taki funt był rzeczywiście wart, a o gwineach i szylingach w życiu nie słyszała. Mogła co prawda poszukać odpowiedzi w komputerze, ale nie chciało jej się wstawać, tym bardziej że wzajemne relacje tych środków płatniczych zdołała zrozumieć z kontekstu. A przynajmniej tak jej się wydawało…