— Mam na linii kapitan Fuchien — zameldował Fred Cousins.
Honor powstrzymała go gestem i spytała Jennifer Hughes:
— Kiedy dogoni nas ten krążownik liniowy?
— Nie wcześniej jak za trzy godziny, ma’am. Nie wiem, co się stało temu ciężkiemu krążownikowi: zwolnił dwadzieścia sześć minut temu i jest już poza zasięgiem ekranu, ale drugi Sultan zbliża się szybko i przy tej przewadze prędkości w końcu nas dogoni.
Honor odetchnęła głęboko — sytuacja stawała się jednoznaczna…
— Frank, przełącz kapitan Fuchien na mój fotel — poleciła i twarz Tschu na ekranie łączności została zastąpiona przez oblicze Margaret Fuchien.
— Dziękuję pani, kapitan… — Fuchien zrobiła znaczącą przerwę.
A Honor uśmiechnęła się złośliwie — dotąd nie bardzo miały czas na uprzejmości towarzyskie.
— Harrington, dowodząca krążownikiem pomocniczym Jej Królewskiej Mości Wayfarer — przedstawiła się.
Oczy Fuchien rozszerzyły się, ale potrząsnęła głową, jakby odganiała natrętną muchę, i spytała rzeczowo:
— Jaka jest sytuacja pani okrętu, lady Harrington?
Jej sensory pokładowe musiały pokazywać smugę skrystalizowanego gazu ciągnącą się za Wayfarerem, która oznaczała poważne rozhermetyzowanie kadłuba, a obie jednostki były na tyle blisko, że kamery ukazywały poszarpane dziury w burcie i ćwiartce rufowej.
— Mam przynajmniej stu pięćdziesięciu zabitych i rannych — poinformowała ją rzeczowo Honor. — Straciłam prawie połowę lewoburtowego uzbrojenia i w najlepszym wypadku połowę uzbrojenia rakietowego. Jeżeli uda się naprawa, to ta połowa będzie nadawać się do użytku, ale w tej chwili nie wygląda to obiecująco. Jeśli miała pani nadzieję, że uda się pokonać następnego natręta, to obawiam się, że muszę panią rozczarować.
Kiedy to powiedziała, na mostku zapadła cisza. Wszyscy zdawali sobie z tego sprawę, ale co innego świadomość, a co innego słowa dowódcy przyznającego, że to prawda. Fuchien zacisnęła usta i na moment zamknęła oczy.
— W takim razie obawiam się, że mamy poważny problem, milady — przyznała cicho. — Mam poważnie uszkodzony generator hipernapędu: nie mogę wejść na wyższe pasmo, a zejść na niższe pasmo tylko powoli i ostrożnie. Oceniam, że zejście potrwa pięć razy dłużej niż zwykle, a i tak istnieje niebezpieczeństwo awarii całego systemu. A to oznacza, że także nie zdołam uciec.
— Rozumiem… — Honor odchyliła się na oparcie fotela, utrzymując spokojny wyraz twarzy, i podrapała w skroń, zmuszając się do myślenia. — W takim razie…
Nie dokończyła, gdyż nagle w rozmowę wtrącił się trzeci głos.
— Mówi Klaus Hauptman! Pani okręt ma sprawny generator hipernapędu. Dlaczego nie weźmie pani na pokład naszych pasażerów?
Honor zacisnęła usta — obecność Hauptmana na pokładzie Artemis stanowiła dla niej kompletne zaskoczenie, podobnie jak jego bezpardonowe wtrącanie się w rozmowę. To ostatnie było zresztą tak typowe dla niego, że miała ochotę rąbnąć go czymś ciężkim.
— Rozmawiam z kapitan Fuchien — oznajmiła chłodno. — Proszę natychmiast się wyłączyć!
— Jeszcze czego! — warknął Hauptman i nagle umilkł, by dodać spokojniejszym nieco tonem po kilku sekundach walki z samym sobą. — To, że słucham, w niczym nie przeszkadza pani w rozmowie z kapitan Fuchien. Ale nie odpowiedziała pani na moje pytanie: dlaczego by pani nie miała nas stąd zabrać?
— Dlatego, że mój okręt ma system podtrzymywania życia obliczony na trzy tysiące osób, a mam załogę liczącą tysiąc dziewięciuset ludzi, a ponadto został uszkodzony — odparła z lodowatą precyzją. — Nie wiem, czy dysponuję wystarczającym marginesem dla własnych ludzi, dla waszych pasażerów na pewno go nie wystarczy. A teraz albo się pan wynoś z tego kanału, albo milcz!
Klaus Hauptman zbladł z wściekłości, ale zacisnął usta i nie odezwał się. Uniósł tylko oczy na stojącą poza zasięgiem kamery Stacey. Nikt inny, patrząc na nią, nie podejrzewałby, że się boi, ale ojciec znał ją zbyt dobrze — czuł jej strach i wszystko w nim żądało, by zmusił albo przekupił Harrington, aby wywiozła ją w bezpieczne miejsce. Jednak coś w oczach Stacey powstrzymało go przed tym i gdy opuścił wzrok, oprócz wściekłości był w nich widoczny też wstyd, choć z tego nie do końca zdawał sobie sprawę.
— A więc, kapitan Fuchien — powiedziała Honor normalniejszym tonem. — Jaki jest stan systemu podtrzymania życia pani statku?
— W pełni sprawny — jedynie lekki uśmiech świadczył o tym, że docenia sposób, w jaki Honor spacyfikowała Hauptmana. — Straciliśmy trzy węzły beta, dwie duże kapsuły ratunkowe i dziesięć procent uzbrojenia antyrakietowego. Gdyby nie hipernapęd, statek byłby w całkiem dobrym stanie.
— Ilu ma pani pasażerów?
— Dwa tysiące siedmiuset plus załoga.
— Aha… — Honor potarła czubek nosa, czując na karku muśnięcie wąsów Nimitza mruczącego cicho na znak pełnego poparcia.
— Dobrze. W takim razie zrobimy tak: przewieziemy na pani statek wszystkich poza, niezbędną do obsługi Wayfarera załogą, jako że system podtrzymywania życia Artemis da sobie radę, a następnie…
— Zaraz! — Hauptman nie wytrzymał. — Jak to na ten statek? Dlaczego…
— Zamknij się pan! — warknęła Honor. — Nie mam czasu ani cierpliwości na głupie pytania!
Tym razem cisza trwała dłużej. Potem Honor ponownie zwróciła się do Fuchien. Sądząc po wyrazie twarzy, kapitan Artemis zaczynała rozumieć, co Honor chce zrobić.
Klaus Hauptman za to klął rozwścieczony. A potem spojrzał na Stacey i przestał. W jej oczach oprócz strachu dostrzegł też rozczarowanie… zanim bez słowa nie odwróciła się od niego.
— Jak już mówiłam, po przewiezieniu tej części mojej załogi, która nie będzie niezbędna, przydzielę pani sześć kutrów rakietowych jako osłonę. Gdy tylko zakończymy transfer personelu, tak pani statek, jak i kutry wyłączą napędy i wszystkie inne źródła emisji. Chcę, żebyście stali się dziurą w próżni, czy mnie pani rozumie, kapitan Fuchien?
— Tak — zapytana nieomal szepnęła. Honor zmusiła się do uśmiechu.
— Bardzo mnie to cieszy. Zanim to nastąpi, wystrzelę boję EW zaprogramowaną tak, by udawała pani statek i z nią na holu zmienię kurs. Przy odrobinie szczęścia pogoń uzna, iż dalej lecimy razem, i zostawi was w spokoju. Gdy tylko upewni się pani, że tak właśnie się stało, proszę zacząć powoli schodzić na niższe pasmo, a potem dalej, aż znajdziecie się w normalnej przestrzeni. I macie tam pozostać przez pełnych dziesięć dni. Dziesięć dni, kapitan Fuchien! Niech pani spróbuje naprawić napęd i odlecieć jak najdalej od tego rejonu przestrzeni, nim ponownie wejdzie pani w pasmo alfa!
— Tchórz! — syknął Klaus Hauptman, nie mogąc nad sobą zapanować: strach o córkę był silniejszy od samokontroli. — Nawet nie próbujesz bronić tego statku! Będziesz tylko uciekać i modlić się, by nikt cię nie zauważył! Porzucasz nas, ty tchórzliwa, pozbawiona…
— Ojcze, zamknij się! — rozległ się lodowaty głos, ale zza jego pleców, nie z głośnika i Klaus odwrócił się natychmiast.
Głos należał do Stacey, której oczy płonęły taką wściekłością, jakiej jeszcze u niej nie widział.
— Ale ona…
— Ona zginie za ciebie! — oznajmiła lodowato Stacey. — To powinno nawet tobie wystarczyć!
Hauptman zatoczył się, widząc w oczach córki bezbrzeżną pogardę.
— Ale… — wykrztusił. — To o ciebie się martwię i… Stacey bez słowa sięgnęła obok niego i zdecydowanym ruchem wyłączyła moduł łączności.