Aubrey zamrugał oczami zaskoczony — bosmanmat przecenił jego odwagę, tego był pewien… ale mógł mieć rację co do Steilmana… sam nigdy nie rozważał tego, co się stało, w takim świetle…
— Musisz zrozumieć jedną rzecz, jeśli chodzi o takich jak Steilman — podjął Harkness. — Z natury to tchórze lubiący iść na pewniaka. On lubi sprawiać ból i wygrywać, a że jest duży, sprawia groźne wrażenie. Bo jest duży i silny, przyznaję. Jest większy niż ja, walczy po chamsku i pewnie jest przekonany, że twardy i niebezpieczny z niego typek. Ale tak naprawdę to jest głupi, bo gdyby był choć cwany, przyszłoby mu do łba, że każdy, jeśli zostanie zmuszony, może stać się niebezpieczny, nawet ty.
— Ja?! — Aubrey roześmiał się z nutką histerii. — On mógłby mnie załatwić jedną ręką! Zresztą już to zrobił!
— Przeszedłeś podstawowy kurs walki wręcz?
— Oczywiście, ale nigdy nie byłem w tym dobry. Przecież w sześć tygodni nie można nauczyć się, jak pokonać kogoś takiego jak on!
— Nie można, ale daje to podstawy do dalszej nauki, dlatego zresztą kurs nazywa się „podstawowy” — odparł Harkness tak poważnie, że Aubrey przestał się śmiać, a zaczął słuchać. — Pewnie, wiedziałeś, że to tylko szkółka, i nie traktowałeś tego poważnie. Powiedziałeś sobie, że jak ci się dotąd w życiu nie przydała ta umiejętność, bo nigdy nie musiałeś się z nikim bić, to i dalej nie będziesz musiał, więc po co się przemęczać. Tak było?
— Ano tak… — przyznał Aubrey.
— No to wygląda na to, że się pomyliłeś, bo będziesz musiał się bić. Jedyne pytanie brzmi, czy zamierzasz tę walkę wygrać, czy dać sobie rozbić łeb i połamać żebra. Bo jak cię weźmie na fleki, a weźmie, to żebra pójdą, nie ma się co oszukiwać. A wiesz, jaki jest jedyny sposób, by nie dać sobie rozbić łba?
— Jaki? — spytał Aubrey prawie wbrew sobie.
— Rozwalić łeb przeciwnikowi — wyjaśnił rzeczowo Harkness. — Jeśli zaczniesz się bić, uważając, że będziesz się tylko bronił, to już przegrałeś, chyba że doskonale znasz jakąś sztukę walki. Zdecydować trzeba teraz, na spokojnie i z wyprzedzeniem, wiedząc, że jeśli dojdzie do walki, to twoim celem jest zabicie tego gnojka.
— Ja?! Mam zabić kogoś takiego jak Steilman? Zwariował pan?!
— Nieuprzejmie jest mówić starszym, że im odbiło, chłopcze, i nie jesteśmy na ty — zwrócił mu uwagę Harkness, znów z leniwą pewnością siebie. — Kiedy byłem w twoim wieku, byłem niewiele większy niż ty. Wyższy, ale równie chudy i żylasty. Tyle że znacznie groźniejszy i wredniejszy. Jeśli chcesz dać sobie radę ze Steilmanem i wyjść z tego w jednym kawałku, będziesz się musiał tego też nauczyć.
— Ja?! Groźny? — Aubrey roześmiał się gorzko.
Harkness westchnął i usiadł na łóżku.
— Posłuchaj: już ci powiedziałem, że masz tylko dwa wyjścia, a ty zdecydowałeś, że z rozsądniejszego nie skorzystasz. Dobra, więc zostaje jedynie głupsze, a żeby się udało, musisz się sporo nauczyć. I po to tu jestem. Jedynej rzeczy, jakiej Steilman naprawdę się nie spodziewa, to tego, że następnym razem ty go zaatakujesz. I zdradzę ci mały sekret: Steilman nie umie walczyć. Nigdy nie uznał za stosowne się nauczyć, bo jest duży, silny i wredny. Jeżeli chcesz się nauczyć, jak mu skopać dupę tak, by już nigdy nie próbował cię tknąć, to ja i Gunny Hallowell pokażemy ci, jak to się robi. Nie gwarantujemy, że wygrasz, to będzie zależało tylko od ciebie, ale jeśli dasz nam parę tygodni i będziesz się starał, to sukinsyn nawet jeśli wygra, będzie w niewiele lepszym stanie niż ty.
ROZDZIAŁ XXIII
Aubrey nigdy w życiu nie czuł się tak kompletnie nie na miejscu jak tu, w sali gimnastycznej Korpusu, kiedy nerwowo obserwował wysportowanych Marines obojga płci rzucających sobą po matach i ścianach z niesamowitą wręcz skutecznością. To było zupełnie co innego niż podstawowy kurs walki wręcz Królewskiej Marynarki. Tamten wyglądał bardziej na stylizowaną odmianę gimnastyki niż sztuki zabijania, a to dlatego, że personel floty przynajmniej teoretycznie nie miał walić przeciwnika po łbie kolbą, ale strzelać do niego rakietami czy innymi promieniami spolaryzowanego światła na dziesiątki i setki tysięcy kilometrów. Dlatego zresztą Aubrey, podobnie jak większość rekrutów, traktował kurs jako zło konieczne i przeżytek wywodzący się z tradycji.
W Korpusie było inaczej, gdyż Marines mieli taplać się w błocie i krwi i dlatego do nauki, jak zabić kogoś bez broni, podchodzili zupełnie poważnie, a uczono ich tego, co najskuteczniejsze, a nie najbardziej poprawne. Wszyscy byli ochotnikami. Jak w większości sił zbrojnych w społeczeństwie ludzi używającym prolongu minimalna długość służby wynosiła dziesięć lat standardowych, co dawało im dość czasu na doskonałe opanowanie fachu. Większość ćwiczyła kontaktową formę walki i mimo ochronnych ubiorów same odgłosy towarzyszące trafianiu po niektórych kopnięciach czy ciosach powodowały, że Aubrey odruchowo krzywił się z bólu. Zwłaszcza jeśli chodziło o te zadawane przez major Hibson.
Pani major była drobna — o połowę mniejsza od przeciwnika — ale sprawiała wrażenie skonstruowanej z zapasowych elementów zbroi i chodzącej na dopalaczu. Jej partner nie był nowicjuszem, a miał przewagę tak wielkości, jak i zasięgu, ale stanowili równorzędną parę. Ich ruchy były błyskawiczne, precyzyjne, a często automatyczne do tego stopnia, że dla przypadkowego widza mogło to wyglądać na skomplikowany choreograficznie taniec, a nie na próbę urwania przeciwnikowi głowy wraz z płucami. I to Hibson nadawała tempo, parując, atakując i robiąc uniki z zaskakującą szybkością. Nawet Aubrey zrozumiał jej taktykę i był pełen podziwu — obrywała, ale nie przerywała ataku i jakoś tak albo zdołała uniknąć najsilniejszych ciosów, albo przejąć je w ten sposób, by pozbawić je znacznej części siły. Zaciekłość, z jaką atakowała, wzbudzała mimowolny szacunek, a odporność na ciosy podziw. W końcu doczekała się błędu przeciwnika — jeden z jego ciosów został zadany o kilka centymetrów za daleko.
Hibson odchyliła się i zaatakowała, dążąc do zwarcia. Jej miękki but trafił przeciwnika w szczękę w niemożliwym zdałoby się kopnięciu. Potem pani major natychmiast się odwróciła na pięcie drugiej stopy i gwałtownie schyliła. Mężczyzna zatoczył się pod wpływem kopnięcia, a nim odzyskał równowagę, złapała go za kostkę i szarpnęła w górę. Padł na plecy, a ona równocześnie siadła na nim z impetem. Próbował ją objąć, ale był oszołomiony i spóźnił się o ułamek sekundy. Wbiła mu łokieć w splot słoneczny, obróciła się i przyklęknęła na jego piersi, pozorując prawą ręką cios, który gdyby dotarł do celu, zmiażdżyłby jego krtań.
Aubrey potrząsnął głową — oni od lat uczyli się tego, czego on miał się nauczyć w parę tygodni. Pewnie, widok kogoś tak dobrego jak Hibson załatwiającego o tyle większego przeciwnika podnosił na duchu, ale widział, jak trudno jej to przyszło, i zrozumiał, jakiego poziomu umiejętności wymagało. On nie miał takich możliwości i nie sądził, by zdołał je uzyskać do następnego spotkania ze Steilmanem. Cały ten pomysł był absurdalny i najrozsądniej by zrobił, gdyby po prostu sobie poszedł i…
— Przepraszam, że się spóźniłem, chłopcze. — Aubrey podskoczył i obrócił się przestraszony, gdy mięsista dłoń opadła na jego ramię.
Horace Harkness wyszczerzył radośnie zęby. — Refleks masz niczego sobie, Wanderman — ocenił. — Żebra się zrosły?
— Zrosły, panie bosmanmat.