— Dzięki mnie? — zdumiał się Caslet.
— Dzięki panu i pańskim ludziom udało nam się zdobyć nienaruszoną bazę danych pirackiego okrętu. Jest tam wszystko, łącznie z koordynatami astronawigacyjnymi ich bazy. Wiemy, gdzie się ukrył, i zamierzam złożyć mu wizytę.
— Jednym okrętem? — Caslet spojrzał na Jourdaina.
Może i jego obowiązkiem było użyć wszelkich sposobów, by doprowadzić do zniszczenia Wayfarera, i to mimo że pozostawał na jego pokładzie, ale nie mógł zapomnieć, co rzeźnicy Warnecke’a zrobili z załogą Erewhona czy z Sukowskim i Hurlman. Jourdain przez chwilę siedział bez ruchu, po czym leciutko skinął głową, a Caslet spojrzał na Harrington.
— Proszę mi wybaczyć, kapitan Harrington — powiedział ostrożnie — ale mamy informacje potwierdzające, że Warnecke dysponuje kilkoma takimi okrętami jak te. Oby nie porwała się pani na zbyt wiele.
— Wiem dokładnie, na co się porywam, kapitanie Caslet, ale tym niemniej dziękuję za ostrzeżenie. Warnecke zajął planetę Sidemore w systemie Marsh. System ten był niezależną republiką położoną tuż poza granicami Konfederacji. To tłumaczy, dlaczego nigdy go tam nie szukano. Dysponuję też pełnym spisem jego floty. Ma jeden statek remontowy zabrany z Chalice i ograniczone zapasy, mimo iż pozostały mu pewne kontakty w Konfederacji. Miał łącznie dwanaście okrętów: wyście zniszczyli dwa, my także, czyli pozostało osiem. Część z nich jest na patrolach, a umocnienia systemowe na dobrą sprawę się nie liczą. Na powierzchni planety ma zaledwie kilka tysięcy żołnierzy… ogólnie rzecz biorąc, mogę ich pokonać, choć nie z łatwością. I może mi pan wierzyć, że zamierzam to zrobić!
— Nie powiem, by ta informacja mnie zmartwiła, kapitan Harrington — przyznał po chwili Caslet.
— Nie sądziłam, by miało być inaczej — błysnęła zębami w groźnym uśmiechu. — Choć to niewielka rekompensata za stratę okrętu, jeśli pan chce, będzie pan miał miejsce w pierwszym rzędzie, kiedy dobierzemy się tym psychopatom do skóry. Zapraszam pana i komisarza Jourdaina, byście mi towarzyszyli na mostku przez cały atak. Caslet drgnął, nie mogąc ukryć zaskoczenia — zaproszenie oficera strony przeciwnej, nawet jeńca, na mostek w czasie wojny było czymś, o czym nigdy nie słyszał. Ktoś wyszkolony i doświadczony musiał bowiem, przebywając tam, zauważyć rozmaite drobiazgi, których zauważyć nie powinien, choć z drugiej strony po pewnym czasie te rozwiązania się zmienią i tak nie będzie miał okazji nikomu o nich opowiedzieć…
— Dziękuję, kapitan Harrington — powiedział. — Doceniam pani zaproszenie i przyjmuję je.
— Przynajmniej tyle mogę zrobić — uśmiechnęła się ze smutkiem i uniosła kielich, a gdy automatycznie złapał za swój, dodała. — Proponuję toast, panie i panowie, który, jak sądzę, wzniesiemy wszyscy. Za Warnecke: niech go wreszcie spotka to, na co zasłużył!
Odpowiedział jej pełen aprobaty pomruk, do którego dołączył Warner Caslet. I Denis Jourdain.
ROZDZIAŁ XXVIII
Andy Wanderman wszedł do sali gimnastycznej witany serią żartobliwych obelg przez kilkunastu ćwiczących Marines — kilka tygodni temu postępujących niezrozumiale, obcych, a obecnie przyjaciół. Przyzwyczaił się do docinków i odgryzał się, jak umiał, pamiętając jedynie, by nie pyskować podoficerom, mimo że nie byli na służbie. Dziwne, ale czuł się tu bardziej w domu niż gdziekolwiek indziej na okręcie. Mocno też podejrzewał, że nigdy już nie zdobędzie się na stosowne (według reszty załogi) podejście do byczych karków.
Teraz z niecierpliwością czekał na kolejny trening, co także było dziwne w przypadku kogoś, kto zgodził się uczyć walki wręcz tylko dlatego, że nie miał innego sposobu wyjścia z tarapatów. Tym niemniej to, czego się nauczył, zaczęło — mimo siniaków — sprawiać mu przyjemność. Przyrost mięśni, zachowywanie dyscypliny i coraz większa pewność siebie były równie miłe jak samo fizyczne współzawodnictwo. No, a poza tym było to jedyne miejsce, gdzie na pewno nie spotka Steilmana i gdzie wszyscy autentycznie go polubili.
Teraz zatrzymał się gwałtownie, widząc parę zajmującą środek sali. Sierżant-major Hallowell tym razem nie miał na sobie sfatygowanego dresu, lecz czyściutkie gi związane czarnym pasem, a naprzeciw niego stała kapitan Harrington — także w formalnym stroju. Aubrey przyjrzał się jej uważnie i wytrzeszczył oczy — na jej pasie było siedem węzłów oznaczających stopnie znajomości coup de vitesse. Wiedział, że jest dobra, ale nie wiedział, że aż tak, bowiem ponad siedem istniały tylko jeszcze dwa, a tych nielicznych, którzy osiągnęli dziewiąty, określano po prostu jako „mistrzów”. Jedynie rzadkiej klasy idiota mógł chcieć zobaczyć na własnym przykładzie dlaczego.
A potem wmurowało go w podłogę zupełnie, bo zauważył, że Hallowell ma osiem węzłów na czarnym pasie. Jakoś tak nagle poweselał, zrozumiawszy, dlaczego nigdy nie udało mu się trafić nauczyciela. Ta myśl przemknęła zresztą jakby bokiem, gdyż nadal nie mógł wyjść z szoku wywołanego obecnością kapitan w sali gimnastycznej Marines — nigdy nie słyszał nawet, by się tu pojawiła, a jej widok budził w nim mieszane uczucia.
Nie żeby jej unikał — pełniący obowiązki mata nie musi unikać „pierwszego po Bogu”, nawet jeśli ma przydział do obsady mostka, z tego prostego powodu, że nader rzadko ma okazję zostać przez dowódcę zauważony, ale od czasu pobicia czuł się nieswojo, ilekroć przebywał w jej towarzystwie. A to dlatego, że zdawał sobie sprawę, iż zarówno Ginger, jak i Harkness mieli rację, że powinien powiedzieć prawdę i zaufać kapitan, że załatwi problem. Nadal jednak bał się Steilmana i jego kumpli. A poza tym zmieniło się jego własne podejście do sprawy — teraz uważał, że ma szansę wyrównać rachunki, a to była sprawa osobista. Wiedział, że jest to głupie podejście, ale tak właśnie czuł.
Obawiał się natomiast, że kapitan zapyta go, co się stało, i miał mocne podejrzenia, że nie potrafiłby jej skłamać. Oraz pewność, że gdyby kazała mu powiedzieć prawdę, zrobiłby to. Na szczęście poza kilkoma badawczymi spojrzeniami kiedy na nowo zameldował się na służbie, dała mu spokój. Co nie znaczyło, że postąpi tak samo, kiedy go tu zobaczy. W dodatku nie wiedział, co ją tu sprowadziło — istniała możliwość, że dowiedziała się o jego nowym hobby i postanowiła z nim skończyć, a gdyby tak było, Aubrey nie miałby żadnej alternatywy…
Chwilowo jednak jej uwaga skupiona była na Hallowellu. Aubrey dopiero w tym momencie zauważył, że oboje mieli grubsze ochraniacze niż te, których zwykle używali ćwiczący. A potem przestał zwracać uwagę na cokolwiek innego, gdyż oboje skłonili się formalnie i przyjęli pozycje wyjściowe do walki.
Wszyscy pozostali w sali przestali ćwiczyć i zebrali się wokół centralnej maty — Aubrey także do niej podszedł. Na jednej z poręczy zobaczył leniwie wyciągniętego treecata, a potem wstrzymał oddech, obserwując, jak przeciwnicy stoją naprzeciw siebie absolutnie bez ruchu. Hallowell był o dziesięć centymetrów wyższy, a Aubrey z doświadczenia, często bolesnego, wiedział, jak potrafi być szybki. Teraz jednak mijały sekundy, a ani on, ani kapitan nawet nie drgnęli, obserwując się nawzajem z taką uwagą, że stała się prawie namacalna.
A potem ruszyli na siebie i to równocześnie — pomimo iż Aubrey obserwował ich naprawdę uważnie, nie był w stanie zauważyć, które było o te ułamki sekund szybsze. Z bezruchu przeszli równocześnie do takiej aktywności, że ręce i nogi zlewały się w ruchu, wymieniając ciosy i bloki z szybkością, która nie wydawała się możliwa. Aubrey sądził dotąd, że major Hibson jest szybka jak błyskawica, teraz dowiedział się, że można być szybszym — właśnie widział to na własne oczy. A zarówno Gunny, jak i kapitan byli znacznie od niej więksi…