Выбрать главу

Ponownie spojrzała na Pontera.

— W moim Kościele funkcjonuje pojęcie grzechu pierworodnego: oznacza to, że ludzie rodzą się nieczyści, obarczeni złem i winą za czyny swoich przodków. Ja jednak odrzucam ten pogląd. Veronica Shannon wspomniała o behawioryzmie, o tym, że człowiekowi można wpoić każde zachowanie, każdą reakcję. Być może u Gliksinów i u Barastów osiąga się to innymi metodami, ale podstawy są takie same. Nowe dziecko… nowe życie… to nic innego jak możliwości, które mogą się rozwinąć w taki czy inny sposób. Dlatego chcę, aby nasza córka miała cały ich potencjał i aby dzięki twojej i mojej miłości stała się najlepszym człowiekiem, jakim może być.

Ponter skinął głową.

— Zgodzę się na wszystko, na czym tobie zależy.

— Zależy mi właśnie na tym. Na dziecku, które może wierzyć w Boga.

Rozdział 26

Staję tu dzisiaj przed wami, aby ogłosić nowy etap podróży. Nadszedł czas, moi przyjaciele, aby przynajmniej część z nas ruszyła dalej, zostawiając Ziemię i decydując się na krok, który dla ludzkości będzie kolejnym olbrzymim skokiem…

Mary, Ponter i Mega zostali na noc u Vissan. Spali na podłodze. Następnego dnia, z kodonerem owiniętym w skóry, aby nikt nie zorientował się, co to takiego, cała trójka wróciła sześcianem do Centrum Kraldak, a stamtąd helikopterem do Saldak… akurat na sam koniec dni, na które Dwoje stało się Jednym.

Ponter spotkał się z Adikorem i razem wsiedli do poduszkobusu zabierającego wszystkich mężczyzn do ich domów. Mary wiedziała, że na następny dzień ma zaplanowaną kolejną wyprawę. Razem z delegacją Organizacji Narodów Zjednoczonych, której towarzyszył Jock Krieger, wybierał się na wyspę Donakat.

Czuła nieznośny ból. Nie mogła się doczekać następnych wakacji. Przypuszczała, że wtedy już nie będzie mieszkała na rym świecie. Musiała przecież wrócić do Synergii. Ale oczywiście zamierzała przyjechać tu na te kilka wolnych dni.

Była potwornie zazdrosna o Adikora. Wiedziała, że traktuje go niesprawiedliwie, ale cały ten układ sprawiał, że czuła się jak ta „druga”, tak jakby Ponter wykradał się na schadzki z nią, a potem wracał do swojej prawdziwej rodziny.

Powoli ruszyła z powrotem do domu Bandry, niosąc owinięty w skóry kodoner. Wokół kręciło się mnóstwo kobiet. Żadna z nich nie wydawała się smutna. Jedne rozmawiały między sobą, co chwila wybuchając śmiechem; inne szły dokądś z twarzami rozciągniętymi w uśmiechach — nie takich, jakie posyła się komuś na powitanie, lecz potajemnych i osobistych, jakie pojawiają się, gdy wspominamy coś przyjemnego.

Mary czuła się jak idiotka. Co ona do cholery robiła na tym świecie z tymi ludźmi? Owszem, lubiła czas spędzany z Ponterem. Seks był niezmiennie bajeczny, rozmowy z nim wciąż ją fascynowały, a ostatnia wspólna wyprawa w poszukiwaniu Vissan okazała się pod wieloma względami wspaniała. Tylko że teraz musiała czekać dwadzieścia pięć dni, by znowu go spotkać!

Chmura gołębi wędrownych na moment przesłoniła słońce. Mary wiedziała, że to ptaki wędrowne. Kursowały między dwoma domami, tym na północy i tym na południu. Westchnęła z żalem i ruszyła dalej. Domyślała się, dlaczego neandertalskie kobiety, które mijała po drodze, były uśmiechnięte. Przecież nie wracały do samotnej egzystencji, tylko do kochanek i do dzieci — wracały do swoich rodzin.

Podniosła kołnierz kurtki z mamuciego włosia. Skądś pojawił się chłodny wiatr. Nienawidziła zimy w Toronto i przypuszczała, że tutaj jeszcze bardziej nie lubiłaby tej pory roku. Jej miasto było duże, rozwinięte przemysłowo, z mnóstwem ludzi i samochodów, a to miało niebagatelny wpływ na lokalny klimat. Na północy i na południu zimą bez przerwy padał śnieg, ale w Toronto zdarzało się to tylko kilka razy do roku i zwykle nie wcześniej niż w okresie świąt Bożego Narodzenia. Oczywiście Saldak znajdowało się o 400 kilometrów dalej na północ, w miejscu, gdzie na świecie Mary było Sudbury, a w Sudbury zawsze padały tony śniegu. W Saldak śnieżyło pewnie jeszcze bardziej.

Poczuła nieprzyjemny dreszcz, a przecież jeszcze nie było tak zimno. Zastanawiała się, czy nie poprosić Kompana o informacje na temat tutejszych zim, ale podejrzewała, że Christine tylko potwierdzi jej najgorsze obawy.

W końcu dotarła do szerokiego, przysadzistego drzewa, które stanowiło główną konstrukcję domu Bandry. Jego liście zaczęły już opadać. Weszła do środka. Miała na sobie neandertalskie spodnie połączone z pokrowcami na stopy, ale gdy tylko przekroczyła próg, instynktownie sięgnęła w dół, aby zdjąć buty. Westchnęła. Nie miała pojęcia, czy kiedykolwiek zdoła przywyknąć do tego miejsca.

Zaniosła kodoner do swojej sypialni i wróciła do głównego pomieszczenia. Usłyszała szum wody. Bandra była już w domu. Może jej partner wolał wrócić na Obrzeża wcześniejszym poduszkobusem. Lejąca się woda zagłuszyła pewnie hałas, jaki Mary zrobiła swoim wejściem, a ponieważ drzwi do łazienki były zamknięte — ze względu na higienę, nie na potrzebę prywatności — Bandra jeszcze nie poczuła jej zapachu.

Mary wzięła sobie sok z kuchni. Słyszała, że neandertalczycy, którzy pracowali na południu przy zbiorze owoców, golili głowy i ciała, żeby lepiej znosić wysokie temperatury. Spróbowała wyobrazić sobie Pontera bez włosów. W telewizji widywała czasem kulturystów z nagimi torsami i plecami. Przypuszczała, że albo dokładnie je golili, albo taki efekt dawały przyjmowane przez nich sterydy. Tak czy inaczej, wolała Pontera takim, jaki był.

Bandra powinna już wyjść z umywalni, ale drzwi wciąż były zamknięte, a Mary bardzo chciało się siku. Z czystej konieczności zmusiła się do przezwyciężenia obaw przed wspólnym korzystaniem z łazienki. Podeszła do drzwi i pchnęła je otwartą dłonią.

Bandra stała pochylona nad umywalką i patrzyła w kwadratowe lustro nad zlewem.

— Wybacz — przeprosiła ją Mary — ja tylko… Och! Bandro, co ci się stało?

Dopiero po chwili zauważyła krew na gładkim granicie umywalki; czerwone krople były mało widoczne na ciemno-różowym kamieniu.

Bandra próbowała ukryć twarz. Mary podeszła bliżej.

— Co ci jest? — spytała, kładąc dłoń na ramieniu Barastki. Bandra mogła bez trudu ją powstrzymać. Na pewno miała dość siły. Początkowo stawiała lekki opór, ale w końcu pozwoliła, by Gliksinka obróciła ją twarzą do siebie.

Mary gwałtownie wciągnęła powietrze. Lewa strona twarzy Bandry wyglądała okropnie. Niebieskoczarny siniec z żółtą otoczką miał średnicę przynajmniej dziesięciu centymetrów. Zaczynał się tuż nad wałem nadoczodołowym i obejmował cały policzek aż po kącik ust. Pośrodku widniał strup wielkości połowy siniaka. Bandra zdarła większą jego część i stąd się wzięły świeże ślady krwi na umywalce.

— Mój Boże. Co ci się stało? — Mary znalazła szorstki, kwadratowy kawałek materiału pełniący rolę myjki, zmoczyła go i pomogła Bandrze oczyścić ranę.

Łzy przepełniły głębokie studnie oczu Barastki i popłynęły po jej twarzy, omijając wielki nos, skapując ze szczęki prosto do granitowego zlewu i rozmywając krople krwi.

— Nie-niepotrzebnie pozwoliłam ci tu zamieszkać — powiedziała cicho Bandra.

— Dlaczego? Co ja takiego zrobiłam?

Bandra nie zwróciła uwagi na jej pytanie.

— Nie jest aż tak źle — stwierdziła, patrząc w lustro.

Mary odłożyła myjkę i położyła dłonie na szerokich ramionach Barastki.

— Bandro, co się stało?

— Próbowałam usunąć strup. Myślałam, że może zdołam zamaskować siniak tak, iż nic nie zauważysz, ale… — Pociągnęła nosem. U neandertalczyków tej czynności towarzyszył głośny, burczący dźwięk.