Выбрать главу

Bandra podniosła dużą dłoń.

— Tak, tak, wiem. Planujesz przyjeżdżać tu tylko, gdy Dwoje będzie Jednym, a wtedy chcesz spędzać cały czas z Ponterem. A ja…

— Tak mi przykro, Bandro. Na pewno znajdziemy jakieś rozwiązanie.

— Nie przejmujmy się tym teraz. Po prostu cieszmy się czasem, jaki nam został do twojego wyjazdu.

— Carpe diem?

Bandra się uśmiechnęła.

— Exactamundo!

Posiłek był wspaniały. Mięso mamuta miało bogaty, złożony smak, a słodki klonowy sos do sałaty, który przyrządziła Bandra, okazał się wart grzechu.

Mary usiadła wygodniej na siodłowym krześle i westchnęła z zadowoleniem.

— Szkoda, że nie macie tutaj wina.

— Wina? — powtórzyła Bandra. — A co to takiego?

— Taki napój. Alkohol. Ze sfermentowanych winogron.

— Dobrze smakuje?

— Hm, nie o smak w tym chodzi… a przynajmniej nie tylko o smak. Alkohol wpływa na centralny układ nerwowy, to znaczy tak jest u Gliksinów. Sprawia, że się odprężamy.

— Ja jestem odprężona.

Mary się uśmiechnęła.

— Prawdę mówiąc, ja też.

W numerze „The Globe and Mail”, który Ponter przywiózł Mary z podróży, przedstawiano wyniki konkursu na najzabawniejszy dowcip świata. Bynajmniej nie chodziło o żart, który wywoływałby największy śmiech — nie była to próba znalezienia odpowiednika tajnej broni Monty Pythona, czyli dowcipu, który sprawiał, że każdy, kto go przeczytał, umierał ze śmiechu. Chodziło raczej o wymyślenie żartu pokonującego wszelkie bariery kulturowe — takiego, który rozśmieszyłby niemal wszystkie ludzkie istoty.

Mary postanowiła wypróbować zwycięski dowcip na Bandrze. Dotyczył polowania, więc pomyślała, że powinien się podobać neandertalczykom. Najpierw kilkakrotnie wplotła w rozmowę odpowiednie hasła, aby wprowadzić Bandrę w temat, a następnie, około dziewiątej wieczorem — pod koniec szóstej decymy dnia — wytoczyła działa:

— No to posłuchaj. Dwóch facetów wybrało się na polowanie. Nagle jeden z nich pada jak długi. Nie oddycha i ma zaszklone oczy. Drugi przerażony wybiera numer 9-1-1. U nas to telefon pogotowia, bo my nie mamy Kompanów. No więc facet dzwoni na pogotowie z komórki. Zupełnie nie wie, co robić, jest w szoku. Mówi: „Halo, jestem na polowaniu. Mój znajomy, Bob, przewrócił się i przestał oddychać. Obawiam się, że nie żyje. Co mam robić? Co robić?”.

Operator, który odebrał połączenie, odpowiada: „Proszę się uspokoić. Proszę oddychać głęboko. Przede wszystkim musimy się upewnić, czy Bob naprawdę nie żyje”.

„Jasne”, mówi gość i operator słyszy, jak facet odkłada telefon i odchodzi. Za chwilę — trach! — pada strzał. Facet wraca do telefonu i mówi: „Dobra, i co teraz?”.

Bandra wybuchła śmiechem. Piła właśnie sosnowy napar i gdyby była Gliksinką, napój poszedłby jej nosem. Na szczęście neandertalczycy mieli innej budowy krtań.

— To okropne! — oświadczyła, wycierając łzy z oczu.

Mary uśmiechnęła się tak szeroko, że mogłaby w tej chwili konkurować z Ponterem.

— Prawda, że straszne?

Resztę wieczoru spędziły rozmawiając o swoich rodzinach, żartując, słuchając nagrań neandertalskiej muzyki, odtwarzanej bezpośrednio przez ich implanty ślimakowe, i ogólnie dobrze się bawiąc. Mary miała kilka bliskich przyjaciółek, zanim poznała Colma, ale po wyjściu za mąż oddaliła się od nich i właściwie nie znalazła sobie nowych znajomych po rozstaniu z mężem. Jedną z pozytywnych cech neandertalskiego systemu było według niej to, że dawał mnóstwo czasu na pielęgnowanie przyjaźni z innymi kobietami.

Choć obie były dosłownie z różnych światów, Bandra okazała się osobą, z którą Mary chętnie by się zaprzyjaźniła: ciepłą, dowcipną, życzliwą i inteligentną — taką, z którą można było się pośmiać z głupiego dowcipu albo pomówić o ostatnim przełomowym odkryciu naukowym.

Po jakimś czasie Bandra wyciągnęła planszę do gry partanlar — tej samej, w którą Mary grała z Ponterem. On miał szachownicę z drewna, z kwadratami bejcowanymi na przemian to na ciemno, to na jasno. Tymczasem Bandra, jak na geologa przystało, miała planszę z polerowanego kamienia z czarnymi i białymi polami.

— Świetnie! — ucieszyła się Mary. — Znam tę grę! Ponter nauczył mnie zasad.

Podczas gry w szachy lub warcaby gracze siadali naprzeciwko siebie i każdy próbował wkroczyć swoją armią pionków na drugą połowę szachownicy. W partanlar gra nie polegała na atakowaniu i wycofywaniu się. Bandra umieściła planszę na niskim stoliku przed jedną z kanap, robiąc Mary miejsce obok siebie.

Grały przez jakąś godzinę — ale była to przyjemna rozgrywka, pozwalająca miło spędzić czas, a nie rywalizacja typu „przekonajmy się, kto jest lepszy”, którą preferował Colm. Ani Mary, ani Bandra nie przejmowały się tym, kto wygra, i otwarcie podziwiały nawzajem swoje sprytne posunięcia.

— Przyjemnie spędza się z tobą czas — przyznała Bandra.

— Ja też lubię tu być.

— Wiesz, są na tej Ziemi ludzie, którzy nie aprobują kontaktów między naszymi światami. Radny Bedros — pamiętasz, widziałaś go na Podglądaczu — on właśnie się do takich zalicza. Ale przecież od kilku zgniłych jabłek nie psuje się cała reszta. Bedros nie ma racji, Mare. Myli się co do twoich ludzi. Ty jesteś tego dowodem.

— Dziękuję ci. — Mary się uśmiechnęła.

Bandra wahała się przez chwilę, błądząc wzrokiem to w lewo, to w prawo. W końcu pochyliła się i powoli polizała lewy policzek Mary.

Mary cała zesztywniała.

— Bandro…

Barastka wlepiła wzrok w podłogę.

— Przepraszam… — powiedziała cicho. — Wiem, że ty tak nie robisz…

Mary powoli uniosła głowę Bandry tak, że znalazły się twarzą w twarz.

— Nie — odparła. — Tak nie robię. — Spojrzała w pszeniczne oczy Bandry. Jej serce waliło jak oszalałe.

Carpe diem.

Przysunęła się bliżej i musnęła ustami wargi Bandry.

— Robię za to tak — powiedziała.

Rozdział 29

Jeśli nasi neandertalscy kuzyni zechcą do nas dołączyć, będą mile widzianymi uczestnikami tej wspaniałej marsjańskiej przygody. Wydaje się jednak, że niewielu z nich tego zapragnie…

Cornelius Ruskin zapukał do drzwi gabinetu.

— Proszę — rozległ się znajomy kobiecy głos z lekkim pakistańskim akcentem.

Cornelius odetchnął głęboko i otworzył drzwi.

— Witaj, Qaiser — powiedział, wchodząc do środka.

Metalowe biurko profesor Qaiser Remtulli stało prostopadle do wejścia, dłuższą krawędzią do ściany, lewym, krótszym bokiem do okna. Kobieta miała na sobie ciemnozielony żakiet i czarne spodnie.

— Cornelius! — przywitała go. — Już zaczynaliśmy się o ciebie martwić.

Ruskin zdobył się na uśmiech, ale nie powiedział: „To miło z waszej strony”.

Na okrągłej twarzy Qaiser pojawił się wyraz dezaprobaty.

— Powinieneś był mnie uprzedzić, że przyjdziesz dziś do pracy. Dave Olsen wziął za ciebie zastępstwo na popołudniowe zajęcia.

Cornelius nieznacznie pokręcił głową.

— Nie ma sprawy. Prawdę mówiąc, przyszedłem porozmawiać właśnie o tym.

Qaiser postąpiła tak, jak każdy pracownik akademicki, kiedy ma gościa: wstała z obrotowego fotela i zdjęła stertę książek i papierów z drugiego krzesła. Miało metalową ramę i pomarańczowe winylowe poduszki.