Выбрать главу

Pomysł był dość prosty, przynajmniej na papierze: chodziło o to, by wirus pozostawał nieaktywny, dopóki nie natrafi na żywiciela, którego komórki mają określone cechy. Na szczęście, kiedy ambasadorka Tukana Prat przywiozła do Organizacji Narodów Zjednoczonych dziesięcioro najsłynniejszych neandertalczyków, wszyscy chętnie podzielili się wiedzą z różnych dziedzin. Jedna z nich, Borl Kadas, udostępniła wszelkie informacje zebrane podczas pracy nad sekwencjonowaniem genomu neandertalczyka. Zadanie to zakończono w roku, który Jock znał jako 1953. Ta baza danych dostarczyła informacji, dzięki którym wirus miał zabijać tylko tych, których powinien.

Teraz pozostał już tylko jeden problem: przeniesienie wirusa na drugą stronę. Początkowo Jock uznał, że najprościej będzie, jeśli sam się nim zakazi — w końcu przecież nie miałby on wpływu na hominida z dwudziestoma trzema parami chromosomów. Jednakże technologia laserowa wykorzystywana do odkażania ludzi podróżujących między światami bez trudu usunęłaby wirus z jego organizmu. Nawet przesyłki dyplomatyczne poddawano takiej samej procedurze dekontaminacji, więc umieszczenie wirusa w czymś takim też nie zdałoby egzaminu.

Nie, tym razem potrzebował czegoś w rodzaju bomby aerozolowej w pojemniku, którego nie mogły przeniknąć impulsy lasera, jakie emitował neandertalski sprzęt odkażający. Jock nie miał pojęcia, jak tego dokonać, ale zespół fotooptyków — zatrudnionych w celu studiowania neandertalskich technologii rejestracji obrazu w Kompanach i wybranych spośród najlepszych specjalistów Bausch Lomb, Kodaka i Xeroksa — na pewno mógł znaleźć rozwiązanie, zwłaszcza że neandertalczycy z własnej woli podzielili się z Gliksinami technologią przestrajalnych laserów.

Jock podniósł słuchawkę telefonu i wybrał jeden z numerów wewnętrznych.

— Halo, Kevin. Mówi Jock. Czy mógłbyś razem z Frankiem i Lilly zejść do mojego gabinetu? Mam dla was niewielkie zadanie…

Mary znalazła proste tymczasowe rozwiązanie problemu pracy w tym samym budynku co Cornelius Ruskin. Przychodziła późno i pracowała do nocy. Cornelius wychodził wkrótce po jej przyjściu — lub, jeśli miała szczęście, jeszcze zanim się pojawiała.

Ponter i Adikor przyjechali z Bristol Harbour Village razem z nią. Sami nie mogli nigdzie dotrzeć, więc musieli towarzyszyć Mary. W Synergii przez większość czasu pracowali z Lonwisem Trobem i Louise Benoit nad projektem budowy komputera kwantowego — ale Louise wolała pracę w bardziej normalnych godzinach i tego dnia poszła już do domu.

Mary zajęła się przygotowaniem raportu dla Jocka, szczegółowo opisując wszystko, czego dowiedziała się od Lurt, Vissan i innych na temat neandertalskiej genetyki. Podczas pracy na przemian to wpadała w euforię, to znów w przygnębienie, ponieważ w tej dziedzinie neandertalczycy wyprzedzali jej ludzi o całe dekady, co oznaczało, że wiele jej własnych osiągnięć było przestarzałych i…

Od strony korytarza dobiegło ją głośne dudnienie czyichś stóp.

— Mare! Mare!

W drzwiach jej gabinetu pojawił się Adikor z wyrazem przerażenia na szerokiej twarzy.

— Co się stało? — spytała.

— Lonwis stracił przytomność! Potrzebna pomoc medyczna!

Poza Bandrą, która słyszała już dowcip o myśliwych, neandertalczycy nie mieli pojęcia, jak na tym świecie wezwać pogotowie. Ich Kompany też nie były w stanie skontaktować się z nikim po tej stronie portalu. Mary wstała zza biurka i pędem ruszyła do laboratorium kwantowego.

Lonwis leżał na plecach, jego powieki drgały, chwilami pokazując jedynie gładkie metalowe kule. Najwyraźniej mechaniczne tęczówki zwrócone były do wnętrza czaszki.

Ponter klęczał obok starca. Jedną dłonią bez wysiłku miarowo uciskał pierś Lonwisa w neandertalskiej wersji masażu serca. Jednocześnie złoty Kompan wynalazcy na głos opisywał stan swojego właściciela.

Mary chwyciła telefon z jednego ze stołów, wybrała 9 „na miasto”, a potem wystukała 9-1-1.

— Straż pożarna, policja czy pogotowie? — spytała telefonistka.

— Pogotowie.

— O co chodzi?

— Mamy tu nieprzytomnego mężczyznę. Dostał ataku serca. Przyślijcie kogoś natychmiast!

Adres musiał się wyświetlić na monitorze telefonistki na podstawie numeru telefonu, bo powiedziała:

— Już wysyłam karetkę. Czy zna pani technikę reanimacji?

— Tak — odparła Mary. — Ale ktoś inny już to robi. Powinnam chyba od razu uprzedzić, że chodzi o neandertalczyka.

— Proszę pani, żarty w takich sprawach traktowane są jak przestępstwo…

— Ja nie żartuję! — ucięła Mary. — Dzwonię z siedziby Synergii. Jesteśmy grupą doradczą pracującą dla rządu Stanów Zjednoczonych i gościmy u siebie neandertalczyków.

Ponter nie przestawał rytmicznie uciskać klatki piersiowej Lonwisa. Tymczasem Adikor otworzył jedną z kieszeni przy medycznym pasie starca i za pomocą iniektora ciśnieniowego wstrzyknął coś w jego szyję.

— Poproszę o pani nazwisko — odezwała się telefonistka.

— Czy karetka już jedzie? Wysłaliście kogoś?

— Tak. Jest już w drodze. Jak brzmi pani nazwisko?

— Nazywam się Mary Vaughan. V-A-U-G-H-A-N. Jestem genetykiem.

— Ile lat ma pacjent, pani Vaughan?

— Sto osiem… Proszę mi wierzyć, wcale nie żartuję. Chodzi o Lonwisa Troba, jednego z neandertalczyków, którzy w zeszłym miesiącu odwiedzili siedzibę ONZ.

W drzwiach laboratorium pojawił się Stan Rasmussen, ekspert od geopolityki. Mary przesłoniła dłonią słuchawkę i szybko wyjaśniła mu:

— Lonwis ma atak serca. Powiadom Jocka!

Rasmussen kiwnął głową i zniknął.

— Połączę panią z sanitariuszami — poinformowała telefonistka.

Chwilę później w słuchawce zabrzmiał inny kobiecy głos:

— Za pięć minut będziemy na miejscu. Czy może pani opisać stan pacjenta?

— Nie — odparła Mary — ale poproszę o to jego Kompana. — Zgarnęła aparat ze stołu i postawiła go obok Lonwisa, po czym poprosiła implant wynalazcy: — Przejdź na angielski i odpowiadaj na wszystkie pytania, jakie usłyszysz. Pomoc już jest w drodze…

Rozdział 35

Niektórzy z nas zechcą pewnie pozostać na Marsie. Na kartkach książek science fiction już od dawna pojawiały się spekulacje na temat możliwości terraformowania Czerwonej Planety — uczynienia jej bardziej podobną do Ziemi poprzez poprawę jej atmosfery, uwolnienie zasobów zamarzniętej wody i stworzenie w ten sposób świata nadającego się do zamieszkania przez ludzi…

Jock, Ponter i Adikor pojechali do szpitala Strong Memoriał razem z nieprzytomnym Lonwisem. Mary nie mogła im więcej pomóc, więc na prośbę Jocka została w Synergii.

Dopiero po godzinie ochłonęła na tyle, by wrócić do pracy. W końcu usiadła z powrotem do komputera… tylko po to, żeby po chwili wszystko szlag trafił.

Jeden z jej znajomych z Yorku absolutnie wierzył w Linuksa i próbował przekonać wszystkich z wydziału genetyki, że powinni zrezygnować z Windows i przejść na system operacyjny typu open source. Mary nie miała zwyczaju wtrącać się w komputerowe wojny — tak jak dawniej nie mieszała się w potyczki typu mac czy pecet — ale za każdym razem, kiedy jej działający w oparciu o Windows komputer wyświetlał „niebieski ekran śmierci”, miała ochotę przyłączyć się do zwolenników Linuksa.

Tym razem stało się to samo — już po raz drugi tego dnia. Mary wykonała doskonale wszystkim znany salut trzema palcami, po czym cierpliwie przeczekała niekończącą się procedurę ponownego uruchomienia systemu, by ostatecznie stwierdzić, że maszyna uparcie odmawia pracy w sieci.