– Mam samochód – mówi nagle Gertler bez związku z tematem. – Stoi zaparkowany w warsztacie.
– Żartujesz.
– Nie. To samochód mojego ojca. Pewnie nawet nie zauważył, że go nie ma.
– Co chcesz zrobić?
– Co powiesz na Londyn?
Po chwili Gertler już kładzie na kierownicy dłonie w wełnianych rękawiczkach. Ruszają opatuleni szalikami, w kapeluszach wciśniętych głęboko na oczy. Samochód jest przestronny i okazały. Przedwojenny wolseley. Mężczyzna z warsztatu dostał od Gertlera gwineę za garażowanie. Teraz patrzy z założonymi rękami i nieodgadnioną twarzą, jak odjeżdżają. Reflektory tworzą na oblodzonej drodze dwa rozchwiane kręgi światła. To jedyne świetlne punkty w morzu ciemności. Jazda dostarcza wielu emocji. W pewnej chwili wpadają w poślizg i lądują na żywopłocie. W okolicach Colchester zaczyna padać śnieg. Kiedy docierają do rogatek Londynu, są przemarznięci i zmęczeni. Niskie domy z cegieł mijają w całkowitym milczeniu. Dopiero gdy przed nimi zaczynają majaczyć sylwetki coraz wyższych budynków, a ulice są coraz bardziej rozświetlone, odzyskują humor i zastanawiają się, co będą robić.
Kawa i kanapki na postoju gdzieś w Islington. A potem…
WEST
END!
tętniący życiem przez całą dobę. Parkują samochód obok pubu Coach and Horses, dają nura do baru, potem przepraszam, przepraszam,
z kuflami wysoko nad głową przeciskają się przez tłum, znajdują odrobinę miejsca pod filarem, mielibyście ochotę? nie, dzięki, jak chcecie, z powrotem na ulicy, ludzie w drzwiach, muzyka dobiegająca z suteren, synkopujące dziewczęta z uśmiechem zapraszają do mieszkania przy Shepherd’s Market, ale najpierw chcą iść gdzieś na drinka, na przykład do Egyptian Room, poczekacie na nas?, to bardzo nowoczesne miejsce, bardzo amerykańskie, och, zresztą, co wy możecie wiedzieć o Ameryce, a potem nagle znajdują się nie wiadomo jak obok dzwonu Matki Taylor, dziewczęta zniknęły portfel, kapelusz i inne rzeczy Paula też, ludzie odpłynęli z lodowato zimnych ulic niczym krew z otwartej rany.
Gertler krzyczy: „Do diabła z wami! Do diabła!” w stronę okien kościoła św. Jakuba. Aresztują ich, jeśli Jonathanowi, który pił z większym umiarem, nie uda się go przekonać, że muszą być w szkole na śniadaniu, a to znaczy, że muszą natychmiast jechać. „Chodź już, Paul, no chodź”. Jonathana nawiedza myśl, że z każdą minutą zwłoki gromadzi się nad ich głowami zła energia. Z perspektywy czasu będzie widział tę chwilę jako początek końca swojego przyjaciela. W drodze powrotnej do Soho Gertler zabawia się kopaniem kosza na śmieci, który z łoskotem toczy się po Beak Street. Jonathan wciska mu do ręki kluczyki i każe ruszać. Gertler posłusznie wykonuje polecenie.
Droga powrotna do Norfolku obfituje w chwile grozy. Gertler jest tak pijany, że głowa co chwila opada mu na kierownicę. Co parę minut są o włos od katastrofy – zderzenia z wozem mleczarskim czy skręcającą taksówką. Jonathan jest zdumiony, że w ogóle udało im się wyjechać z miasta.
– Wszyscy mnie nienawidzą – mówi Gertler gdzieś w Essex, gdy w końcu lądują na drzewie, Jonathan ma wrażenie, że stracił przytomność na parę sekund, może minutę, a kiedy otwiera oczy, Gertler wciąż mówi, jakby nic się nie stało. – Wszyscy. Jak myślisz, czemu? – pyta.
Z rozciętego czoła Gertlera krew płynie strużką do lewego oka. Szyba jest rozbita, przedni zderzak wolseleya zgruchotany, ale silnik
ciągle pracuje. Ani Gertler, ani Jonathan nie odnieśli poważniejszych obrażeń. Kilka minut później, mimo wiatru wdzierającego się do wnętrza przez puste miejsce po szybie i mimo zaschniętej krwi na twarzy Gertlera, wszystko mogłoby wydawać się snem.
Kiedy docierają do Chopham Constable, odświętnie ubrany mężczyzna z warsztatu zdziwionym wzrokiem patrzy na dwóch sponiewieranych chłopców w rozbitym samochodzie. Jonathan i Gertler zostawiają mu wóz i wędrują wzdłuż kruszącego się muru w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca, przez które mogliby się dostać na teren szkoły. Niedzielny poranek na wsi. Ptaki rozświergotane na wysoką nutę niczym orkiestra jazzowa. Jonathan jest już w połowie muru, gdy widzi jakąś postać obserwującą ich spomiędzy drzew. Cherubinkowata buzia okolona kasztanowatymi lokami, bystre, szelmowskie oczy. Nie ma najmniejszych wątpliwości. To Waller, internatowa kokota.
Gdy Gertler ląduje obok i przewraca się, mrucząc coś pod nosem, Jonathan wskazuje palcem w tamtym kierunku. Waller wie, że został zauważony, i daje nura w krzaki. Po chwili jego sylwetka miga już między drzewami. Gertler puszcza się w pogoń, wyrzucając z siebie stek przekleństw. Przerażony Jonathan patrzy, jak dopada młodszego chłopca i powala na ziemię. Zły pomysł. Bardzo zły pomysł. Waller jest protegowanym Fender-Greene’a, a Gertler okłada go bez opamiętania. Chłopiec wije się na ziemi w zbutwiałych liściach, pluje i charczy: „Dorwę cię, dorwę cię”, gdy Gertler klęczy mu na piersi i bije po twarzy. Jonathan rzuca się ku nim ł odciąga przyjaciela. Obaj patrzą, jak Waller wlecze się w stronę szkoły z chusteczką przytkniętą do krwawiącego nosa. Kiedy jest już dość daleko, zaczynają obrzucać się oskarżeniami. Potem ramię w ramię, choć bez słowa, ciężkim krokiem wracają do internatu.
Kłopoty nie każą na siebie długo czekać. W porze lunchu zjawia się mały posłaniec i wzywa na spotkanie z Fender-Greene’em. Ten, dla podkreślenia powagi sytuacji, przyjmuje ich w swoim pokoju z okazałym złotym zegarkiem na ręce i w nowym krawacie. Szczęściem dla nich, mimo podejrzeń potrafi im udowodnić jedynie to, że naruszyli zasady. Chodzi o znęcanie się nad słabszymi. „Typowe dla ciebie, Gertler. Takie niechrześcijański e”. Jonathan jest skruszony, Paul obojętny. Utrata przywilejów i chłosta zdają się zamykać sprawę. Ale to tylko pozory. Jonathan dobrze wie, że skrzywdzili jednego z największych pupilków Fender-Greene’a, chłopca, który pełni dla niego osobiste posługi i umie go zadowolić. Poza tym Waller nie jest zwyczajnym faworytem. To Theda Bara internatu, trująca egzotyczna roślina, która stała się już przyczyną wyrzucenia dwóch starszych chłopców. Toleruje się go ze względu na opiekę Fender-Greene’a i istnienie nagrody za zasługi dla szkolnego teatru, ufundowanej ostatnio (w wielkim pośpiechu) przez ojca.
Waller to niebezpieczny przeciwnik i w połączeniu z Fender-Greene’em nie można go lekceważyć. Jonathan na próżno usiłuje przestrzec Gertlera. Paul zachowuje się, jakby nie miał nic do stracenia. Przestaje chodzić na zajęcia, odmawia noszenia krawatu, a kilka następnych dni spędza na opowiadaniu o stepach, wódce i upadku plutokracji, mieszając Rosję i komunizm, aż stapiają się w jedną całość, w wolny kraj, gdzie nie ma mrozu, szkoły i Fender-Greene’a. Gertler nigdy nie był w Rosji. Pojechałby jutro, gdyby tylko mógł. Jonathan słucha w milczeniu i stopniowo zamyka się w sobie. Przynajmniej jeden z nich powinien być czujny.
Pierwszy ruch Fender-Greene’a następuje parę dni później z samego rana. Jonathan stoi w łaźni, dygocząc pod leniwym strumieniem zimnej wody. Nagle spod sąsiedniego prysznica dobiega jakiś dźwięk. Jonathan odwraca się zaskoczony i widzi Wallera, który pojawił się znikąd, a teraz patrzy mu w oczy i mydli wzwiedziony członek, lubieżnie wydymając wargi. Kiedy Jonathan mruga zalanymi wodą oczami, Waller podchodzi bliżej i robi ruch, jakby chciał go pocałować. Na wpół śpiący Jonathan gwałtownym ruchem odpycha od siebie chłopca i chwyta ręcznik. W samą porę. Do środka wpada Hoggart w towarzystwie dwóch starszych uczniów. Teraz widać jak na dłoni, że cała rzecz została ukartowana. Na widok Bridgemana i Wallera po przeciwnych stronach łaźni Hoggart jest wyraźnie rozczarowany. Mimo to wygłasza przemowę o Niemoralności, Czystości Obyczajów i Grzechu, machając Jonathanowi palcem przed nosem i osaczając cuchnącym oddechem. „Coś z tobą nie tak, Bridgeman, chociaż doktor Noble twierdzi inaczej. Coś nie tak”.