Выбрать главу

Jacek spojrzał na nią z góry. „Niezła” – pomyślał. Szczupłe nogi, fajne wcięcie w talii. Ładna niebieska bluzeczka, tak figlarnie rozerwana na górze, ukazująca biały stanik, trzymający w ryzach pełne i jędrne piersi. Twarz chyba też miała ładną, choć to trudno było tak do końca ocenić, a to dlatego, że cała była pokryta krwią, miała zerwaną skórę z połowy głowy i brakowało jej kilku zębów. Na szyi zionęła wielka dziura, którą jakiś zbyt natarczywy kochanek zrobił własnym zębami. „Ciekawe, jak smakowała?” – zastanowił się mężczyzna. „Poza tym, że jest brudna, zakrwawiona i martwa, chętnie bym się z nią umówił”.

– To jak? Pójdziesz ze mną na kawę? – zapytał, pochyliwszy się nad ofiarą. Położył jej nogę na szyi, przytrzymując ją na ziemi. Kobieta wiła się, starając się uwolnić z uścisku.

– No nie bądź taka niedostępna, przecież grzecznie pytam – ciągnął dalej Jacek. Nagle kobieta złapała go obiema rękami za nogę, uniosła głowę i zatopiła zęby w jego łydce. Ból był nie do opisania, przenikał całe jego chore ciało i gwałcił umysł, a jakaś część jego świadomości tańczyła i śmiała się, potępieńczo, machając rękami nad głową. Mężczyzna uniósł maczugę do uderzenia, gdy nagle w jego plecy grzmotnęło coś bardzo dużego i bardzo szybkiego.

Tym razem to Jacek wyrżnął twarzą w asfalt, gdyż unieruchomione ręce nie mogły zamortyzować upadku. Poczuł w ustach smak krwi. Zombie, który na niego skoczył, nie był wcale ani wielki, ani ciężki. To zwykły dzieciak, chłopak w wieku gimnazjalnym. Niespecjalnie wyrośnięty, ale z jakimś dziwnym zacięciem w oczach. Jacek mozolnie się podniósł, stanął na nogi i od razu zaczął kuleć – wyrwa w łydce zdecydowanie przeszkadzała w chodzeniu, poza tym był nieco zamroczony od uderzenia.

– No chodź! – krzyknął, czując, jak przez jego ciało przechodzi dreszcz podniecenia. Miał nieodparte wrażenie, że tym razem będzie naprawdę zabawnie.

Zombie-chłopak ponownie rzucił się w jego kierunku. Jacek, tak jak wcześniej, uniósł maczugę do uderzenia, ale przeciwnik był zaskakująco szybki – chłopak uderzył w Jacka, zanim ten opuścił do połowy maczugę. Mężczyzna zaczął robić desperackie kroki do tyłu, gdy nagle trafił na coś miękkiego. Potknął się o leżącą na ziemi kobietę i wylądował na plecach. Chłopak leżał na nim i szarpiąc się, kłapał zębami, żeby tylko wbić je w twarz mężczyzny. Ten trzymał go na dystans za pomocą dzierżonej oburącz nogi od stołu, jednak szybko zrozumiał, że nie będzie mógł uwolnić ręki, żeby odpędzić się od kobiety.

Nagle zaczął się śmiać.

– Zobaczcie, jak pięknie. Ojciec, matka i syn – wydyszał. – Jesteśmy jak jedna, kochająca się rodzinka! – krzyknął do zombie, cały czas się śmiejąc.

– Nie uważacie?

Lecz oni mu nie odpowiedzieli. Chłopak cały czas wierzgał i nacierał, a Jacek starał się kopniakami odepchnąć leżącą obok niego kobietę, lecz z każdą chwilą tracił coraz więcej siły.

– Pierdolcie się! – krzyknął w nagłym przypływie siły i złości. Bardzo chciał wstać, a oni bardzo nie chcieli, żeby to uczynił. Ewidentny konflikt interesów.

Jednym silnym ruchem odepchnął i zrzucił z siebie chłopaka, po czym błyskawicznie zdzielił kobietę maczugą w głowę. Odbiła się od niej i uderzyła skronią w asfalt, lecz w jej oczach dalej było widać resztki życia. „Czyli jednak istnieje życie po śmierci” – stwierdził Jacek. Jak miło, to stwarza zupełnie nowe perspektywy. Uderzył ją drugi raz, trzeci. Kobieta na parę sekund zwiotczała, ale po chwili ocknęła się i wyciągając przed siebie ręce, sięgała w stronę oprawcy. Mężczyzna zupełnie zapomniał o chłopaku, który ponownie rzucił się na niego, korzystając z tego, że ten w dalszym ciągu leżał na ziemi.

Tym razem Jacek miał mniej szczęścia niż dotychczas. Chłopak wgryzł się w jego ramię, wyrywając olbrzymi kawał skóry i mięśni. Mężczyzna wrzasnął piskliwie jak wystraszona dziewczynka i przetoczył się na bok, z zombie cały czas przyczepionym do siebie. Zmienili się teraz miejscami i to Jacek był na górze.

– Debilu jeden! – krzyknął Jacek, starając się zepchnąć chłopaka. – Puść mnie!

W tym momencie kobieta powstała z zimnego betonu, podeszła do Jacka i wgryzła mu się w szyję.

Jacek poczuł, jak ciepła krew spływa po jego klatce piersiowej. Przestał walczyć, stwierdził, że już mu się nie chce. Kobieta wyrwała mu jakieś ścięgno, a ból promieniował od karku aż po sam czubek lewej dłoni, którą właśnie zaczynał gryźć chłopak. Po paru przeciągających się sekundach, mężczyzna przestał cokolwiek czuć, oprócz metalowej maczugi, którą cały czas trzymał w prawym ręku. Stara dobra przyjaciółka, której tak wiele zawdzięczał. Jacek patrzył obojętnie w niebo i nagle na dachu budynku zobaczył Szalonego Kapelusznika. Jego twarz wyrażała niesmak i rozczarowanie. Przyglądał się chwilę konającemu mężczyźnie, kręcąc powoli głową. Następnie zdjął kapelusz i rzucił go w przepaść między kamienicami. Ten leciał powoli, hamowany jedynie przez ciepłe powietrze tego pięknego, lipcowego przedpołudnia. Pomimo tego, że nie było wiatru, kapelusz zataczał leniwe kręgi, szybując w stronę głowy Jacka, który wyczekiwał go z nieukrywaną tęsknotą. Mężczyzna poczuł, jak z jego dłoni powoli wysuwa się noga od stołu. Po paru chwilach kapelusz opadł na jego twarz i wszystko skryła nieprzenikniona ciemność.

Bielany, godzina 09:27.

Cała trójka była już czysta i przebrana w świeże rzeczy. Natalia pożyczyła od siostry Tomka brązową bluzkę na ramiączkach oraz jeansowe spodenki, podobne do tych, które miała na sobie wcześniej. Rozważała założenie pełnych spodni, jednak ostatnie dni były tak upalne, że nie miałoby to najmniejszego sensu. Kuba dostał od Tomka biały, świeży T-shirt. Zdecydował się pozostać w swoich spodniach. Trochę nie miał wyjścia, bo ani ubrania chłopaka, ani jego ojca nie pasowały na policjanta. Ostatni wykąpał się Tomek. Wszyscy poczuli olbrzymią ulgę – strumień wody oczyścił ich nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Część ich trosk i bólu, jakiego doświadczyli, zniknęła głęboko w odpływie.

Jedli śniadanie i pili zaparzoną przez Tomka kawę, jakby byli zwykłymi znajomymi, którzy spotkali przy kubku gorącego napoju, by porozmawiać o pogodzie. Od ponad godziny nie słychać było strzałów ani zawodzących w oddali syren czy wybuchów. Było cicho i spokojnie, co pozwalało oderwać myśli od koszmaru, przez jaki przeszli. Tomek znalazł klucze i spakował się, Natalia i Kuba odświeżyli się i odpoczęli. Ciepły aromat świeżej kawy koił nerwy, tworząc złudne, aczkolwiek bardzo aromatyczne, poczucie bezpieczeństwa. Było tak pięknie, tak spokojnie i miło, że nikt nie odważył się poruszyć tematu wyjazdu. Każdy był pogrążony we własnych myślach, jednak po twarzach zebranych przy stole osób nie trudno było odgadnąć, że tak naprawdę nie były one pozytywne. Nieuchronność trudnego wyjazdu, któremu prędzej czy później będą musieli sprostać, odciskała się głębokim piętnem na ich czołach.

– Mogę się o coś zapytać? – zaczął Tomek.

– No – odpowiedział Kuba, biorąc łyk kawy. – Mogę tu zapalić? – dodał, wyciągając z paczki papierosa. Nie czekając na odpowiedź chłopaka, po prostu go odpalił.

Tomek tylko uniósł brwi w zdziwieniu, jednak stwierdził, że zabranianie Kubie czegokolwiek nie ma sensu. To, czy zapali tu, czy nie, nie miało już najmniejszego znaczenia.

– No, o co chciałeś zapytać? – dopytał Kuba, wypuszczając z ust kłąb gryzącego dymu.

– Nie, nic już. Nieważne – odpowiedział Tomek, machając ręką, jakby odganiał niewidzialną muchę. Chłopak chciał zapytać o to, czym zajmowali się wcześniej. Jak wyglądało ich życie, zanim wszystko zostało wywrócone do góry nogami. I jak udało im się przeżyć. Czy musieli zabić kogoś, kogo znali? Kuba wyglądał na takiego, który mógłby coś takiego zrobić.