Выбрать главу

– Jacek, co to było? – zapytała Karolina. Jej oczy były wilgotne, jakby dziewczyna miała się lada chwila rozpłakać.

– Nie wiem – powiedział po chwili. – Nie wiem – spojrzał jej prosto w oczy. – Musimy być cicho, to nas nie usłyszą. Poczekamy, aż sobie pójdą, i wtedy pojedziemy do szpitala. Okej?

Karolina w odpowiedzi tylko nieznacznie kiwnęła głową. Pomimo przyprawiającego o obłęd przerażenia, Jacek starał się zachować spokój.

Wola, godzina 13:15.

W tramwaju było nieznośnie gorąco i duszno. Kaja czuła się jak w piekarniku. Marzyła o znalezieniu się w centrum miasta i o zejściu na kojąco chłodny peron metra. Minęła Muzeum Powstania Warszawskiego, po raz kolejny karcąc się w myślach – za każdym razem, gdy tędy przejeżdżała, obiecywała sobie, że w końcu je zwiedzi. Ziewnęła przeciągle i leniwie, od niechcenia zakrywając usta dłonią. Pomimo wczesnej pory i ładnej, choć upalnej, pogody, odczuwała lekkie znużenie. Poranne bieganie zawsze ją pobudzało na kilka nadchodzących godzin, jednak konsekwencje bardzo wczesnego wstawania dawały o sobie znać w okolicach południa. Półprzytomnym wzrokiem wpatrywała się za okno, przełączywszy umysł na jałowy bieg. To przez to dopiero po kilkunastu sekundach poczuła wibrujący telefon. Wyciągnęła aparat z kieszeni – z wyświetlacza uśmiechała się do niej twarz Adama. Szybkim ruchem zdjęła słuchawki i przyłożyła komórkę do ucha.

– No, co tam? – zapytała w ramach powitania. – Już jestem w tramwaju – dopowiedziała tonem usprawiedliwienia.

W odpowiedzi usłyszała tylko uliczny gwar. Kaja pomyślała, że nawet jak na centrum miasta jest on o tej porze wyjątkowo głośny.

– Adam? Słyszysz mnie? – Znów brak odpowiedzi. Poczuła się dziwnie, ale nie była w stanie określić, czy czuje irytację, czy raczej zaniepokojenie. Pewnie jego telefon sam wybrał jej numer jako ostatnie połączenie, jednak umysł jak zwykle podsuwał najczarniejsze scenariusze.

– …jeżdż… – usłyszała w końcu urwane słowo swojego chłopaka.

– Powiedz jeszcze raz, nic nie rozumiem – powiedziała, przyciskając telefon jedną ręką, a drugą zakrywając ucho.

– Nie… jeżdża… – krzyknął Adam. W jego głosie było słychać przerażenie. – Nie przyjeżdżaj!

– Dlaczego? Co się dzieje? – zapytała podniesionym głosem Kaja. Ludzie w tramwaju odwrócili twarze w jej stronę. Zignorowała ich.

– Adam, Adam! Jesteś tam?! – Poczuła, jak przez jej ciało przechodzi dreszcz. Miała ochotę wyskoczyć z tramwaju i popędzić do centrum.

Brak odpowiedzi. Usłyszała jedynie gwar uliczny i… krzyki? Próbowała to jakoś skojarzyć z czymś, co znała – przychodził jej na myśl pub podczas meczu reprezentacji albo wesołe miasteczko. Ale krzyki były inne. Nie były wesołe. Brzmiały bardziej jak wrzaski przerażenia.

Kaja miała wrażenie, jakby podłoga wagonu się pod nią zapadała. Bolała ją lewa dłoń kurczowo zaciskana podczas rozmowy na poręczy. Wzięła głęboki oddech i starała się nie poddawać panice. Rady ojca w takich sytuacjach się przydawały – mawiał, że zawsze trzeba starać się kontrolować to, co się dzieje, a jeżeli to niemożliwe, przynajmniej kontrolować samego siebie i myśleć racjonalnie.

Nagle tramwaj zatrzymał się. Zaniepokojona dziewczyna wyjrzała przez okno i zobaczyła, że aż do kolejnego przystanku tory są zakorkowane, a na rondzie stoi mnóstwo samochodów. Pierwszą myślą był wypadek, bo korki o tej godzinie należały do rzadkości, nawet w tym drugim najbardziej zakorkowanym mieście Europy. Ale to raczej nie to… Każda minuta oczekiwania na ruch pojazdu była dla niej wiecznością. Wreszcie zdecydowała, że nie może dłużej czekać – podeszła do drzwi i mocnym szarpnięciem je otworzyła. W głębi duszy dziękowała Zarządowi Transportu Miejskiego za to, że jeszcze puszczają stare, wysłużone tramwaje – w tych nowych, futurystycznych modelach samodzielne otwieranie drzwi nie było już takie łatwe. Ktoś skomentował jej zachowanie, chyba nawet sam motorniczy zainteresował się samowolką dziewczyny, jednak Kaja nie zaszczyciła nikogo choćby jednym spojrzeniem.

Stanęła na trawie. Rozejrzała się, wyczekała odpowiedniego momentu i przebiegła przez jezdnię. Przeszła szybkim marszem kilkanaście metrów i skręciła w ulicę Srebrną. Stwierdziła, że jeśli pójdzie nią kawałek, potem prosto przez Twardą do Złotej, to znajdzie się w centrum szybciej, niż gdyby czekała na ruch tramwaju. Upał powoli osiągał apogeum. Już po przejściu kilkunastu metrów pomimo skąpego ubioru była cała spocona, a ciuchy się do niej kleiły. Szła szybko, stawiając długie, zdecydowane kroki. W ręku trzymała komórkę i co chwilę zerkała z nadzieją na wyświetlacz – niestety nie pojawiła się żadna wiadomość od jej chłopaka. Rozejrzała się dookoła. W normalnej sytuacji zdziwiłby ją zupełny brak ruchu na bocznej ulicy, jednak w obecnym stanie ducha nawet tego nie zauważyła. Stwierdziła, że nie da rady tak dłużej maszerować.

Zatrzymała się przed starym, opuszczonym budynkiem. Zdjęła z ramion plecak i ukucnęła. Po chwili wyciągnęła z niego adidasy, te same, w których biegała rano. Na swoje szczęście miała je zapakowane, bo po południu mieli iść z Adamem na tenisa. Dziękowała w myślach Bogu, że akurat w ten dzień jej chłopak dał się namówić na ruch, pierwszy raz od dwóch miesięcy. W japonkach nie dało się szybko iść, co dopiero mówić o bieganiu – zdjęła je, założyła na stopy krótkie skarpetki, potem adidasy. Następnie schowała japonki do plecaka, zarzuciła go na ramiona i ruszyła biegiem przed siebie. Schowała też odtwarzacz MP3, żeby lepiej słyszeć to, co się działo wokół niej. Włosy, które miała spięte w koński ogon, podskakiwały miarowo w rytm jej kroków. Minęła dwoje starszych ludzi, spacerujących powoli. Oprócz nich i Kai ulica zdawała się być wymarła, jakby był zimny, niedzielny wieczór, a nie piękne, letnie przedpołudnie. Kaja obejrzała się za siebie, ale nie dostrzegła nikogo więcej – spojrzała więc na drugą stronę ulicy, ale tam też nikogo nie było. Przez chwilę pomyślała, że to dziwne, ale na ulicy nie było żadnych lokali usługowych czy sklepów, więc brak przechodniów można było zrozumieć. Spojrzała na zegarek – wskazywał godzinę trzynastą dwadzieścia osiem. Oszacowała, że utrzymując średnie tempo biegu, uda się jej dotrzeć do centrum w mniej niż dziesięć minut.

Po przebiegnięciu zaledwie kilkuset metrów, pot lał się z niej już strumieniami. Spływał z czoła, podrażniając oczy, ale starała się to ignorować. Wiedziała, że jak zacznie go ścierać, będzie musiała to robić już cały czas. Jeżeli tego nie zrobi, oczy przyzwyczają się i po jakimś czasie przestanie jej to przeszkadzać. Niebieska tabliczka poinformowała ją, że znalazła się na ulicy Złotej – stąd już czekała ją prosta droga do ścisłego centrum miasta. Między budynkami pojawił się majestatyczny Pałac Kultury i Nauki.

Most Śląsko-Dąbrowski, godzina 13:15.

Kuba oparł się ciężko o wóz strażacki. Rozwiązał koszulę i założył na spocone plecy, pozostawiając ją rozpiętą z przodu. Cały śmierdział spalenizną, ale w chwili obecnej niezbyt mu to przeszkadzało. Poza tym i tak nie mógł nic z tym zrobić, więc nie było sensu przejmować się na zapas. Strażacy przejęli dziewczynę i odprowadzali ją w stronę karetki, ale zdążyła jeszcze odwrócić się i spojrzeć na mężczyznę, który uratował jej życie – bezdźwięczne „dziękuję” wydobyło się z jej delikatnie rozchylonych ust. Kuba odpowiedział uśmiechem i kiwnięciem głowy. W tym momencie koło niego pojawił się lekarz, pytając, czy nic mu nie jest.

– Nie, nie byłem w środku podczas wybuchu – powiedział Kuba, niemal spazmatycznie łapiąc świeże powietrze. Płuca i gardło paliły żywym ogniem.

– To jak pan się tam znalazł? – zapytał młody lekarz. Miał około trzydziestu pięciu, czterdziestu lat, z jego szarych oczu biły jednocześnie troska i specyficzny chłód, wyróżniający wąskie grono profesjonalistów.

– Staliśmy w korku na moście, kiedy budynek wyleciał w powietrze – odpowiedział, wyjmując jednocześnie odznakę i pokazując ją lekarzowi – więc zareagowałem. – Schował ją i w zamian wyciągnął czerwone lucky strike’i. Zapalił, głęboko się zaciągając. „Może jeden dym wyprze drugi?” – pomyślał.