Potknęła się o kanciaste kamienie. Między omszałymi pniami otwierało się wyłożone płaskimi głazami wzniesienie. W jego środku — podeszła, pochyliła się — ustawiono głaz największy, ociosany w graniastosłup o gładkich bokach. Teraz oczywiście również porośniętych przez mech. Graniastosłup był wysoki na trzy pusy, do połowy jednak krył go stos zsypanego naokoło śmiecia. Rozgarnęła je stopą — jakieś kości, czaszki — przykucnęła — wszystkie identycznego kształtu, żuki i stonogi umykają przez puste oczodoły i pod żuchwami, gdy roztrąca szczątki — nie ludzkie, te czerepy są długie, wąskie, o niskich, płaskich czołach i kłach drapieżników — wilki? lisy? psy? Niektóre już zmurszałe, a niektóre, te na wierzchu, zaskakująco świeże, jeszcze z krwawymi przebarwieniami, nie do końca oczyszczone przez robactwo. Kto je tu znosi i w jakim celu? Usunęła je spod głazu, uderzyła weń otwartą dłonią, potem starła spaleniznę. Jak przypuszczała, wykuto tu napis. Nie rozpoznała vistulskich słów, choć alfabet był łaciński. Tylko jedno rzuciło się jej w oczy: BERBELEK. To grób, stała na grobie. Znalazła arabskie cyfry: 1161 1179. Jakiś krewny strategosa. Szukała imion w bezpośrednim sąsiedztwie nazwiska. NADIJA. REGINA. SLUVA. A może po prostu vistulskie słowa, których nie rozumie. Strategos nigdy nie wspominał o nikim takim. Może inna gałąź rodziny? Ale czy ma w ogóle jakąś inną rodzinę?
Od grobu odchodziło kilka ścieżek, wybrała tę na pierwszy rzut oka najbardziej wydeptaną. Po kilkunastu minutach wyszła na brzeg rzeki. Błotnista skarpa schodziła stromo ku mętnej, żółtej wodzie. Ścieżka prowadziła w prawo, gdzie stadion dalej brzeg opadał ku szerokiemu brodowi, otwierającemu się po drugiej stronie rzeki w owalną polanę z kilkudziesięcioma drewnianymi chałupamiJedna z wiosek ostrogowych, lenno Berbeleków. Dymiły już kominy, ludzie krzątali się między zabudowaniami. Aurelia weszła wyżej między drzewa i usiadła na obalonym pniu, wpółskryta za zaroślami. Stąd mogła się bezpiecznie przyglądać ziemskiemu życiu. Często było to jej główne i jedyne zajęcie, gdy tak podróżowała ze strategosem lądem, morzem i powietrzem po połowie globu — cofała się w cień i patrzyła, słuchała. Nic innego nie miała do roboty przez całe dni i noce. Choćby i chciała porozmawiać — i tak nikt by jej nie zrozumiał; nie rozumiał jej nikt, nawet spośród tych, co znali grekę.
Bo i z esthlosem Berbelekiem nie dane jej było się w Ostrogu zobaczyć. Natomiast przez Porte dowiedziała się, iż czekają już tylko na powrót „Łamichmura”, strategos ma umówione kolejne spotkania — również z królami? Haser Obol przebąkiwał o masowym przerzucie dwóch Kolumn afrykańskiego Horroru na granice Babilonu. Czyżby strategos istotnie szykował się do frontalnego ataku na Siedmiopalcego? Bez wsparcia Aegiptu, bez wsparcia izmaelitów efremowych i książąt Indusu, bez przymierza z Macedonią? A może już wsparcie takie uzyskał? Z czyichś ziem ten atak będzie musiał przeprowadzić. Z czyich? Czyżby liczył jednak na uległość Nabuchodonozora? I to teraz, gdy Hypatia trzyma w niewoli Lakatoię?
Nie to ją niepokoiło, że nie potrafiła przeniknąć planów strategosa, bo dlatego przecież był strategosem, że konstruował plany, których inni nie potrafili przeniknąć — lecz to, że przez te kilka dni od Aurelii przebudzenia do powrotu „Łamichmura” esthlos Berbelek ani razu się z nią nie zobaczył. Przez moment nawet pomyślała, iż Janna-z-Gniezna. może mieć rację — i zrozumienie, że w ogóle otworzyła się na taką myśl, wygnało Aurelię na kilkanaście godzin w ostrogowe puszcze, gdzie nie musiała znosić niczyjego wzroku, wstyd był tylko jej. Na Księżycu biegałaby z furią po spielnikach i pyrowiskach do ostatecznego zmęczenia ciała i umysłu; tu chodziła powoli ciemnymi ruczajami i wąwozami, bacząc, by nie wywołać pożaru. Spotkała kilkoro myśliwych. Znacznie więcej zapewne widziało ją, nie będąc przez nią widzianymi. Unosiła w powitaniu puste dłonie. Czy i tu opowiadano już o niej straszne bajki? Być może król Kazimir słusznie się domyślał. Gdyby wszak Pani jej zabroniła — głosem któregoś ze swych hegemonów — Aurelia nie poleciałaby z Berbelekiem. Zatem Pani chciała, by Aurelia towarzyszyła na Ziemi Strategosowi Labiryntu.
Oni w Ostrogu jeszcze najczęściej ją widywali: myśliwi oraz zwierzęta — których, nie będąc nimrodem, nie potrafiła w porę dostrzec i rozpoznać, zwłaszcza drapieżników: lśniące ślepia w mroku i nagłe szelesty w zaroślach. Lasy Światowida pełne były zwierząt, dzikich, najdzikszych, o morfach nie tkniętych ludzką przemyślnością, bezcelowych, służących tylko celom Lasu. Zrozumiała wkrótce, że tego nie sposób rozdzielić — Światowida i lasu — że nie rozróżniali ich sami Vistulczycy. Natykała się na wykonane przez nich toporne rzeźby, słupy totemiczne jak osie obrotu rozpędzonej zieleni, wbijane tu i tam podług tajemnego planu, w niezmiennym wzorze od tysiącleci — pieczęć anthosu Światowida, lecz starsza od samego Światowida. Przypomniała sobie jedno z bluźnierstw Antidektesa: bogowie nie istnieją, lecz istnieją ich Formy, gotowe na wypełnienie przez pierwszą lepszą Potęgę, narodzone wraz z narodzinami człowieka.
We dworze, oprócz dziesięciu horrornych, Janny i strategosa ze służbą, chyba zresztą wcale nie opuszczającego swych pokoi we wschodnim skrzydle, rezydowało jedynie kilku starych Vistulczyków, z którymi Aurelia oczywiście nijak nie mogła się porozumieć. Od Porte wiedziała o jakiejś leciwej „pani dworu”, której komnaty znajdowały się tuz pod Hieronimowymi — to musiała być owa esthle, którą widziała nocy drugiego przebudzenia.
Spotkała ją jeszcze raz, w noc ostatnią.
Tuż po zmierzchu spadł deszcz; Księżyc przeglądał się w kałużach dziedzińca, przedziwny widok. Siedząc na kamiennym stole pod dębem, Aurelia jadła światowidowe gruszki i smakowała powietrze po nocnej ulewie — wiedziała że tego zapachu nie będzie w stanie opowiedzieć po powrocie do domu.
Pestkami gruszek pluła pod cembrowinę studni.
Siwowłosa esthle wyłoniła się z cienia sadu. Rękawy sukni podwinięte miała wysoko, ręce czarno ubrudzone, egzotyczna poświata Księżyca zagęszczała wszystkie kolory. Stara zatrzymała się przy studni, pchnęła żuraw, opuszczając wiadro w głąb, drewno zatrzeszczało głośno. Aurelia patrzyła w milczeniu. Esthle wyciągnęła cebrzyk i pochyliła się, by obmyć ręce. Wtedy Aurelia w końcu rozpoznała tę barwę, lśnienie tej czerni.
Zeskoczyła ze stołu.
Esthle obejrzała się na nią.
— To ty.
— Po to je tu trzymasz, całe stada psów.
— Aurelia, tak?
— Kto to był?
— Moja córka. Podejdź.
Aurelia podeszła. Esthle otrzepała dłonie.
— Masz go strzec.
— Strzegę go.
— Nigdy już potem nie był sobą. Ją jedną kochał. Nie wierz w to, co teraz o nim mówią.