— Kim —
— Esthle Orlanda Sluva z Moskwy. Ale umrę tutaj, w Ostrogu.
Zsunęła w dół rękawy sukni, odstawiła wiadro. Z bliska Aurelia widziała liczne ciemne plamy na pofałdowanym materiale, cała suknia była pokrwawiona — zapewne tak samo jak podczas pierwszego ich spotkania, wówczas jednak Aurelia nie zwróciła uwagi.
— To nic nie pomoże, esthle.
Esthle Orlanda już nawet nie patrzyła na Księżycankę.
— Rozszarpały ją — nuciła stara swym dziewczęcym głosem. — Nauczył ją polować, zabierał ze sobą, myślałam, że…
— Tak?
— Wszystko się zmieniło. — Zamrugała. — Popatrz. Palisz się.
— Esthle.
— Masz go strzec, on tu kiedyś wróci, już po mojej śmierci, ale wróci do siebie, nikt nie rodzi się strategosem, moja Aurelio, nikt nie rodzi się victorem i tyranem.
— Toż musiałbym być szaleńcem! Po tym, co przeżyliśmy nad Lodem…! — zakrzyknął Omixos Żarnik. — Popatrz na te ptaki, esthlos. Jeśli zejdziemy jeszcze niżej, aether nie wytrzyma, łódź mi się rozpadnie.
— Przecież cumowałeś już nawet na powierzchni Ziemi, po kilkanaście godzin — zauważył strategos Berbelek. — Nad Lodem też zeszedłeś na pół stadionu.
— I drugi raz nie popełnię tego błędu — stwierdził hegemon „Urkai”.
Aurelia spojrzała w dół przez uranoizową podłogę kajuty hegemona w głowie „Urkai”. Wirujący korpus łodzi (skrzydła złożone, ogon wyprostowany) dzieliło od pstrokatej dżungli prawie dwa stadiony. Lecieli z południowego zachodu. Jeśli wierzyć mapom strategosa — popękane pergalony esthlosa Berbeleka przesłaniały połowę krajobrazu — jeśli im wierzyć, znajdowali się dokładnie nad geograficznym centrum Afrykańskiego Skoliodoi, pięćset stadionów na południe od Żółwiej Rzeki, osiem tysięcy od wybrzeża Zachodniego Okeanosu. Położenie owego centrum dało się z tej wysokości dosyć dobrze ocenić gołym okiem, albowiem wraz z postępującym Skrzywieniem dżungla traciła formę dżungli i już nawet nie dominowała w niej zieleń, w istocie nie dominował żaden kolor, spoglądali z przestworzy na jakąś chaotyczną mieszaninę wszystkich możliwych barw i odcieni, bolesny dla oczu bełkot światła. Czy tam w ogóle jeszcze rosły jakiekolwiek drzewa? Nie sposób powiedzieć. Skały, rośliny, zwierzęta, woda, ogień, ruch czy bezruch, kształt czy koniec kształtu, obłoki twardego powietrza czy budowle i rzeźby z dymu i płomienia — przymrużysz lewe oko, widzisz co innego, przymrużysz prawe oko, widzisz co innego, zamkniesz obydwa, o, może to jest prawda!
Którą to już godzinę tak lecieli po niebie ponad Skoliodoi, wstrząsani porywami gwałtownych wiatrów wypluwanych ze Skrzywienia, zakręcając powoli podług energicznych wskazówek strategosa, trochę bardziej na północ, trochę bardziej na wschód — tu, tu, patrzcie, tu rozegra się bitwa najcięższa, oblężenie. Aurelia przyciskała czoło do ciepłego aetheru, wyciągnięta na nagiej podłodze, osłaniając oczy dłońmi, by zajrzeć głębiej w kolorowy chaos pod „Urkają”. Zaiste, nie mogło być porównania do Skoliodoi Lodowego czy do tych kilku znacznie słabszych adynatosowych przyczółków wykrytych na samotnych wysepkach Okeanosu Wschodniego i Zachodniego, niekiedy tak małych, że nie posiadających nazwy i nie opisanych przy żadnych żeglarskich szlakach. Na pytanie, skąd zatem ma tak precyzyjne mapy okeanosowej Skoliozy, strategos wyznał, że sporządziła je już kilka lat temu Panna Wieczorna, opierając się na zebranych przez siebie doniesieniach o nowych potworach morskich i uzyskanej od pilotów okeanosowych wiedzy o prądach; to dlatego odwiedzała była wszystkie największe porty Europy. Aurelii dopiero po chwili przyszło do głowy, że kakomorf, który zaatakował okręty szczurów, nie musiał być więc dla esthlosa Berbeleka zaskoczeniem; że esthlos Berbelek najprawdopodobniej celowo wybrał był takie miejsce ich spotkania. Miał mapy.
„Urkaja” wzbijała się do sfer aetheru, rozkładała skrzydła, dawała się porwać epicyklom uranoizy i ponownie zwijała skrzydła, okrążywszy Ziemię do nowej destynacji — tak spadali ku oślepiająco białemu Lodowi Południowemu, ku zielonym otchłaniom Okeanosu, ku żółtym piaskom Afryki.
Skoliodoi Lodu to jedna wielka burza śnieżna, rozpędzony na kilkuset stadionach biały wir, przesłaniający ziemię, lód i to, co na lodzie. Łódź księżycowa zeszła tuż nad ów wir, było to prawie jak starcie z anairesem, drobne, ostre odłamki zmarzliny wbijały się w aetheryczny pancerz „Urkai”: nieustanne trrrrrrsztrukkk, jakby szorowali burtami po grzbietach lodowych raf; wszystkich we wnętrzu łodzi przechodziły dreszcze. Po powrocie do sfery niebieskiej Aurelia wraz z wujem i gwiezdnymi nawigatorami wyszła w aether, by przyjrzeć się poczynionym szkodom. Powierzchnia uranoizowego kadłuba, normalnie gładka jak lico młodej perły, przypominała teraz żużlowy spiek, blizna zachodziła na bliznę, gdzie nie spojrzeć, gdzie nie dotknąć — rysy, szczerby, bruzdy. Co gorsza, zetknięcie z adynatosową demorfą zostawiło swój ślad także w samej konstrukcji łodzi, w spójności jej mekanizmów i precyzji wiecznomakin: tu i tam, jedno i drugie drobne skrzywienie orbity, zwiększenie lub zmniejszenie epicyklu, podczas gdy różnica nakłada się na różnicę i skrzywienie się kumuluje… Omixos był przerażony. Spędzili na orbicie Ziemi blisko tydzień, mekanikosi „Urkai” cierpliwie stroili aether łodzi. Aurelia wykorzystała okazję, by dostroić swoją zbroję. Zajęcie miał także pokładowy medyk: prawie wszyscy doulosi „Podgwiezdnej” cierpieli na skutek zetknięcia z Lodowym Skoliodoi na rozmaite kakomorfie: zamarznięte gałki oczne, topiące się paznokcie i zęby, nie dawał im spokoju ciągły ból stawów, języki przymarzały im do podniebień, na koniec jedna z niewolnic zmarła; sofistes rozciął potem zwłoki, ujawniając płuca pełne śniegu i czerwony sopel przebijający serce. Hegemon Żarnik z góry stanowczo odmówił podejmowania kolejnych prób tak bliskiego podchodzenia do miejsc desantu adynatosów. Raczej nie należy oczekiwać, że strategos zdoła go teraz przekonać lub że okaże się na tyle głupi, by wydać taki rozkaz.
Nawet do tych bezludnych wysp pośrodku Okeanosu nie schodziła „Urkaja” bliżej niż na stadion. Antidektes bardzo chciał zejść osobiście na ich brzeg i przyjrzeć się, jak to mówił, „Skoliodoi nienarodzonemu”, „adynatosom nagim i bezbronnym”. Ale nie otrzymał zgody. Okrążali wyspy w bezpiecznej odległości. Chociaż czy była ona naprawdę bezpieczna — tego nigdy nie mogli z góry stwierdzić. Wyspa leżąca w dziesiątym liściu zachodnim stanowiła siedlisko latających ryb, hydorowoaerowe kakomorfy szybowały gęstymi ławicami. Wyroiwszy się z podmorskich legowisk w rafach otaczających atol, przebijały z szumem taflę wody i wypryskiwały złotobłękitną fontanną w niebo, setki, tysiące aeryb, łuski błyskały oślepiająco w tropikalnym słońcu, gdy ławica zakreślała na niebie skomplikowaną spiralę. Raz napotkała na swej drodze kilkanaście mew, trfuch, i po mewach ujrzeli tylko spadający do morza obłok skrwawionego pierza. Ryter Żarnik od razu podniósł „Urkaję” o kolejny stadion.
Strategosowi i sofistesowi pozostało obserwować wyspy przez lunety. Potężne księżycowe opticum, zamontowane w głowie łodzi, pozwalało zniwelować tę odległość, lecz przecież nadal było to spojrzenie z zewnątrz, nie pozwalające na wejrzenie do środka Skoliodoi, na ujrzenie jego prawdziwej postaci — widzieli jedynie ten pozorny chaos, jak migotanie powierzchni okeanosu. — Dopóki jej nie przebijesz, nie zanurzysz się i nie otworzysz oczu pod wodą — mówił Antidektes — nie poznasz prawdy o życiu okeanosu, oślepiony przez słoneczne refleksy, pisać będziesz durne rozprawy o kształcie fal i kolorach bałwanów. Antidektes gotów był zejść nawet w Skoliodoi Lodu.