Выбрать главу

Chciał przeprowadzać rozmaite eksperymenty. Jeszcze w Vistulii kupił kilkadziesiąt zwierząt w drewnianych klatkach — kur, kotów, psów, węży i gryzoni — i zabrał je ze sobą na „Urkaję”. Aurelia przypomniała sobie, ile kłopotu było z ich przeniesieniem z „Łamichmura” na „Urkaję”. Oroneigesowy aerostat i łódź księżycowa spotkały się w umówionym punkcie, pięćdziesiąt stadionów nad dachami Uuk. Była ciemna noc, światła miasta przesłonięte przez chmury, światło Księżyca w trzeciej kwadrze też słabe i blade. Zimny wiatr zawodził na wysokościach. Między oroneigesową wieżą i aetherowym skorpionem przeciągnięto tuziny lin i sieci. Do skorpiona można było wejść jedynie przez otwór w jego głowie, tak zatem wycelowano anioła, jego kosa lśniła zimnym błękitem, aether „Podgwiezdnej” płonął niebieskim blaskiem. Z okien i balkonów minaretu wychylali się Oronejczycy z pochodniami i lampami w rękach, wiatr gasił płomienie, zapalano je od nowa, kołysał okrętami, to zbliżając je do siebie, to oddalając, sieci się napinały, by zaraz zapaść się głęboko w tę szczelinę światła i mroku między aniołem i skorpionem, a wicher porywał przekleństwa i trwożliwe okrzyki przechodzących po sznurowych pomostach. I rzeczywiście, jeden z niewolników strategosa podczas przesiadki spadł z rozciągniętej między okrętami sieci i zniknął z wrzaskiem w wietrznej ciemności. Przenosił klatkę ze szczurami i szczury spadły razem z nim. Antidektes klął i złorzeczył.

Wiedział był, że „Urkaja” poleci nad Skoliodoi, przygotował sobie cały plan.

— Powróz likotowy, trzy stadiony długości — pokazywał Aurelii — Na pewno wystarczy. Będę je spuszczał w samo serce Skrzywienia. Mam najlepszy zegar cygański, powinien wytrzymać, zapiszę wszystko co do minuty. Jakie zmiany po jakim czasie, i gdy powtórzę, w jakim oddaleniu od centrum, czy szybciej, czy wolniej — tak wykreślę precyzyjne mapy natężenia arretesowej morfy. Gdyby przeprowadzać te badania co tydzień, co miesiąc, a choćby co rok, zyskalibyśmy także konkretną, to znaczy wyrażalną numerologicznie, wiedzę o sile i tempie rozszerzania się Skoliozy, a po kilku latach — nawet o możliwej zmianie tego tempa, przyśpieszeniu lub zwolnieniu. Że mógłbym wyliczyć, czy i kiedy nadejdzie taki dzień, gdy istotnie nieludzka Forma obejmie całą Ziemię: Skoliodoi połączy się ze Skoliodoi i ostatnia wysepka starego świata, z górami, rzekami, łąkami, kwiatami, zwierzętami i ludźmi, ich miastami, rzemiosłami i sztukami, historią, językami i religiami — zostanie pochłonięta. Kilka klatek ze zwierzętami. Pomóż mi.

Ale koniec końców nie miał okazji przeprowadzić żadnego eksperymentu. Gdy po zejściu nad Lód Południowy „Urkaja” wróciła na kilka dni do sfery niebieskiej i okrążała Ziemię w tradycyjnym epicyklu dryfu, podhalsowała do niej z księżycowej sfery „Eloa”: łódź Pani, wielka ćma czarnego aetheru. Złożyła gigantyczne skrzydła, przyśpieszając tym samym wirowanie długiego, obłego korpusu, i zbliżyła się swym idealnie kulistym łbem do białej głowy skorpiona, Złączyły się w aetherycznym pocałunku, światło przepłyneło do światła, zadrżał jadowy ogon i ciężki odwłok. Na Pokład „Urkai” wszedł Hierokharis, Pierwszy Hyppyres, Hegemon Księżyca. Dla Aurelii było to oczywiście wielkie wydarzenie, dotąd tylko kilka razy widziała głównodowodzącego hyppyroi, wnuka Pani, nigdy z bliska, nigdy on sam nie zwrócił na nią swego spojrzenia. I tym razem zniknął zaraz ze strategosem Berbelekiem w kajutach Omixosa, omawiali przez długie godziny plany kampanii; Aurelii znowu nie dopuszczono do sekretu.

Została na zewnątrz, symboliczny strażnik, w przejściu prowadzącym do wewnętrznego szkieletu „Urkai”. Stąd widziała, jak pokładowi doulosi przenoszą z łodzi na łódź dobytek Antidektesa — oto spełniało się największe marzenie starego sofistesa, poleci na Księżyc, otworzą się przed nim wrota Biblioteki Labiryntu. Aczkolwiek stojąc teraz z boku i nadzorując tę przeprowadzkę, nie miał najszczęśliwszej miny.

— Zwierzęta zostawiam, wyrzućcie, jeśli będą zawadzać. Szkoda, że już nie sprawdzę mych hipotez.

Żuł w zamyśleniu ziarna qahwy. Aurelia podążyła za jego spojrzeniem. Patrzył pod nogi, gdzie za rozpędzoną aetheryczną burtą „Podgwiezdnej” płonął oślepiającą zielenią wąski sierp Ziemi: skrawek Azji, Wschodniego Okeanosu i Ziemi Gaudata. Aurelia przypomniała sobie, jak sama spoglądała na oddalającą się tarczę Księżyca, gdy opuszczała jego sferę dwa i pół roku temu wraz z esthlosem Berbelekiem. Naszła ją przykra myśl, że w istocie wcale się tak bardzo nie różni od Antidektesa Alexandryjczyka, że poruszają nimi te same daimoniony, nim być może potężniejszy, skoro gotów jest dla boskiej ciekawości opuścić swój świat na zawsze. Dotąd nie darzyła go wielką sympatią: wiedział, kim ona jest, i od początku traktował ją z pogardą, utrzymując Aurelię na dystans. Dopiero po jakimś czasie pojęła, że tak zachowywał się wobec prawie wszystkich. Co oczywiście nie czyniło go bardziej sympatycznym. Z różnych uwag rzucanych przez strategosa domyśliła się historii Antidektesa: był przekupny, miał wielu politycznych wrogów, był przekupny i był zadłużony, kończył mu się czas. Z drugiej strony, nie sprzedał się esthlosowi BerbelekoWi za pieniądze. Chociaż istotnie na Księżycu wierzyciele już go nie dopadną.

— Ale nie wierzyłeś naprawdę w to wszystko, co im opowiadałeś — pół stwierdziła, pół spytała. Sofistes nie uniósł wzroku. Aurelia myślała sobie tak: to najpewniej ostatni raz gdy go widzę, strategosowi też nie jest już potrzebny, mogę mówić, co chcę. — Ciekawe, w jakiej części zofia, te wszystkie mądrości zgromadzone w wielkich bibliotekach, w jakiej części stanowią one owoc podobnych zamówień.

Uśmiechnął się pod nosem.

— Za mądrości się płaci, to oczywiste. Gorzej, gdy płacą za głupoty. — Wrzucił do ust kolejne ziarno. — Pytasz, czy mówiłem im prawdę. Nie wiem, jaka jest prawda, więc na pewno też nie kłamałem.

— Kłamałeś, gdy mówiłeś, że wiesz.

— Czyżbyś nie popierała planu swego strategosa?

— Adynatosów trzeba zniszczyć.

— Ale Czarnoksiężnik biedna ofiara?

— Nie on jednak sprowadził adynatosów. Prawda? Antidektes spojrzał na nią ze złośliwą satysfakcją.

— Jak ja lubię tak zagorzałych miłośników prawdy! Trzymałem sobie zawsze kilku w akademei i gdy psuł mi się humor, szedłem i zadawałem jakieś proste pytanie, w rodzaju: „czym jest byt?”, albo „czym jest dobro?”, albo „kto jest twoim przyjacielem?” Od razu mi się poprawiało. — Rozgryzł i wypluł qahwę. — Chcesz wiedzieć, w co wierzyłem, a czego im nie mówiłem? Nie chcesz. Skąd adynatosi mogli powziąć zainteresowanie sferami ziemskimi? Co takiego mogli ujrzeć, poczuć tam, poza sferą gwiazd stałych, że wzbudziło to ich ciekawość i przywiodło do nas? Porządek jest niezmienną harmonią; to, co powtarzalne, nie budzi zdumienia, milionkrotny bieg Słońca wokół Ziemi nie stanowi żadnego wydarzenia. Znakiem jest zmiana, znakiem jest nieregularność, znakiem jest złamanie harmonii. Pięćset czterdzieści lat temu kratista Illea Kollotropyjska opuściła sferę Ziemi i osiadła na Księżycu. Dzisiaj macie tam całe miasta, świat zamknięty w swojej własnej hierarchii sfer, drugi porządek, nakładający się na porządek sfer Ziemi, drugi środek kosmosu, ku któremu układają się żywioły. Posłuchaj tej muzyki. Słyszysz, jak to brzmi? Święty rytm, odwieczna melodia rozdarta przez narastający z każdym wiekiem dysonans, zgrzyt idący przez całe niebo. Trrrrrrrrrrr! To właśnie usłyszeli, to właśnie poczuli — że ktoś, coś rozbija porządek tych sfer — i przylecieli. A dokąd? Gdzie nastąpiło pierwsze spotkanie, pierwsza bitwa? Czy nie zachowują się w istocie jak medyk, usiłujący znaleźć źródło choroby? Dokąd się skierowali przede wszystkim? Strategos mówił, że trzymacie tam nawet jeńca. Taak. Ona musi się przynajmniej domyślać, czyja to wina. Oczywiście, że chce za wszelką cenę ich przegnać.