Выбрать главу

— Milcz.

— Teraz mi powiedz, Płomienna: czy kłamię? Czy kłamię? Czy ja kłamię? No? Żegnam.

Aurelia wyrzuciła w aether klatki ze zwierzętami i resztę rzeczy pozostawionych przez sofistesa, gdy tylko „Eloa” z nim na pokładzie rozłożyła czarne skrzydła i na powrót wzbiła się do Księżyca. Teraz Aurelia trochę żałowała, byłaby dobra okazja spuścić kurę czy psa w ten rozgotowany bulion kolorów i form. Czynić rygorystycznych obserwacji i eksperymentów ponawianych w regularnych seriach nie miała ochoty, lecz przydałoby się sprawdzić, jaka właściwie jest siła tego Skrzywienia. Przyjdzie im przecież stoczyć bój pod arretesowym anthosem — im: hyppyroi — w tej wojnie zetrą się ludzie z tym, co nieludzkie, a w pierwszym szeregu staną Jeźdźcy Ognia — jeśli nie na Ziemi, to w aetherze na pewno, nie w tym roku, to w następnym, nie pod strategosem Berbelekiem, to pod innym hegemonem. Czuła, że ta bitwa została jej przeznaczona, że urodziła się dla tej bitwy.

Za jej plecami (nie podnosiła głowy nad uranoizową podłogę) Omixos dyskutował z esthlosem strategię ofensywy.

— Lód Południowy i te wyspy okeanosowe są rzeczywiście na tyle oddalone i odseparowane od zamieszkanych ziem że trudno przeprowadzić na nie jakikolwiek skoordynowany atak — mówił Omixos. — Ale też nie ma potrzeby go przeprowadzać — póki właśnie pozostają odseparowane. Oni rzeczywiście wybierali miejsca o minimalnej szansie kontaktu z cywilizacją, przyczółki dobrze ukryte.

— Ale tu, ale to — już dotyka Złotych Królestw, odciska się na Axum, Aegipcie, Huratii. Stąd mogą wyprowadzić bezpośredni szturm i tu są najsilniejsi. Tu, w Afryce musimy uderzyć.

— Wiem, esthlos, wiem. No ale — sam widzisz.

Minęli już środek Skoliodoi, zmierzali ku Żółwiej Rzece. Aurelia obserwowała, jak zmieniają się pod „Urkają” barwy i formy nie-dżungli — jak się nie zmieniają, dla zmiany trzeba bowiem złamania jakiejś regularności, a gdzie nie ma żadnej regularności lub gdzie regularność jest tak porażająco absolutna, o żadnej zmianie nie może być mowy. Strategos wspominał jej o „mieście adynatosów”, o plotkach roznoszonych przez miejscowych dzikusów — plotkach o wielkich konstrukcjach, sztucznych tworach, budowlach wzniesionych w głębi Krzywych Krain. Wypatrywała czegokolwiek, co przebija powierzchnię wrzącej kakomorfii. I istotnie, zdarzały się od czasu do czasu odstępstwa od jednolitej pstrokacizny amorficznej dziczy, obiekty wychylające ponad, drobne różnice: coś jakby skała, coś jakby kość, coś jakby łuk wodny, coś jakby noc, coś jakby stojące tornado, a noc w jego wnętrzu — przelecieli ponad i zajrzała. Czasami przemykały nad Skoliodoi ptaki. Oczywiście kakomorfy, ale jeszcze na tyle przypominające ptaki — posiadały skrzydła, a niekiedy i dziób — że można je było przyypisać tej Formie. Obserwowała pilnie ich lot. Jeśli chodziły nazbyt nisko, zmieniały się w locie w inną Forme, większość spadła w nie-dżunglę jak kamień — może istotnie skamieniawszy. Raz ujrzała zaś proces odwrotny: fragment nieruchomej żółtoczerwonoczarnej kakomorfii zmienił się wtem w cieniu „Urkai” w skrzydlatego żółwia i wzbił się w powietrze; zaraz skrzydła obróciły mu się w tęczowe meduzy, a skorupa zaczęła dymić, i kakomorf z powrotem runął w Skoliodoi.

— Walki w dżungli — nie ma nic gorszego. I jak ich otoczyć? Skąd wyjdziesz, esthlos? Z Axum?

— Złote Królestwa otworzą się przed każdą wystarczająco silną armią. Oczywiście, również Axum, trzeba będzie pójść od wschodu, Efrem pójdzie. Pokaż no tę mapę. Widzisz, jak układają się góry, rzeki i pustynie? Pójdziemy, o, stąd i stąd, tak.

— Zepchnąć ich do Zachodniego Okeanosu. Tak.

— Ale spójrz na same odległości. Dziesiątki tysięcy stadionów. Pory suche, pory deszczowe, linie zaopatrzeniowe, na litość Pani, samo zaopatrzenie to problem godny Odyseusza. Mówisz o kampanii na miarę Alexandra, esthlos.

— Tak. To potrwa, wiem. Zapewne znacznie dłużej niż wojna w aetherze.

— No i ta dżungla… Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Popatrz: ktokolwiek w to wejdzie

— Myślałem o tym. Szukałem rozwiązań. Konsultowałem się z astromekanikami Labiryntu. Hierokharis przywiózł mi najnowsze obliczenia. Wy na Księżycu wywołujecie w ten sposób sztuczne pyrowniki, ściągacie je bezpiecznie na pustkowia. Wyładowania ze spięcia epicykli Ognia, pioruny czystego pyru wprost ze sfer niebieskich. Gdyby się udało…

— Zamierzasz spalić pół Afryki.

— Wyżegać Skoliodoi.

— Kyrios…

— Wiem. Dlatego Pani chce, bym ja podejmował decyzje. Ale to nie jest takie proste: sofistes Aker Numizmatyk twierdzi, że najpierw trzeba by z powrotem objąć te krainy ziemską morfą, położyć tu anthos starego porządku, gdzie ogień się pali, woda płynie, a powietrze roznosi płomienie, inaczej mogę walić pyrownikami do woli i nie spalę ni źdźbła trawy. Bo też tam nie ma już trawy. Ofensywa musi pójść tak czy owak. Teraz patrz. Sprawdzisz mi następujące trasy.

Aurelia słyszała tę rozmowę i rozumiała słowa, lecz żadne wyobrażenia nie były już w stanie wywołać u niej silniejszej reakcji emocjonalnej. Kosmiczne pioruny palące pół kontynentu — to z pewnością będzie piękne i straszne widowisko.

Znów czuła się jak mała dziewczynka przysłuchująca się w ukryciu za żywopłotami żargaju rozmowom dorosłych, fascynującym opowieściom hyppyroi o bitwach staczanych z anairesami po Drugiej Stronie i o długich żeglugach przez wysoki aether, do sfery Merkurego, Wenus, do palącego Słońca, świętej sfery hyppyroi, gdzie niektórzy ryterzy pyru popadają w obłęd, dopada ich śmiertelna tęsknota, przypinają do zbroi ikarosy i lecą prosto w Słońce, nie da się ich powstrzymać, to głos ognistej krwi… Przerażające, fascynujące, niezrozumiałe opowieści, powtarzane szeptem między dziećmi i odradzające się potem w stugodzinnych snach małej Aurelii, księżycowych snach, które są jak pieśń Homera, jeden raz je prześnić to za mało. Wiedziała, że w następnym miesiącu przyśni się jej bitwa w afrykańskiej niedżungli i Dzeusowy pyrownik spadający z nocnego nieba na tę skłębioną wełnę kakomorfii, która przesuwa się teraz pod wirburtą „Urkai”.

Ich głosy docierają z drugiego brzegu snu na jawie.

— Potem polecisz bezpośrednio nad Amidę, jak się umawialiśmy. Te orbitalne mapy Zauralia nie są w tej chwili najważniejsze. Wszystko jasne?

— Tak, esthlos.

— Za ile będziemy nad tą oazą? On już tam czeka.

— Wyskoczymy do aetheru, złapiemy silny epicykl północny, trzy godziny, esthlos.

— Więc już. Rozkazy!

Aurelia patrzyła, jak skąpane w słońcu Skoliodoi oddala się od nich, ucieka w dół spod uranoizowego pancerza wznoszącej się łodzi, i dziwną rzecz wówczas zauważyła: wzrok obejmował coraz większe przestrzenie, zmieniała się skala postrzeganego chaosu, lecz gdyby nie znaki zewnętrzne — krzywizna horyzontu, drżenie powietrza, wreszcie chmury — nie byłaby w stanie tego stwierdzić. Skoliodoi pozostawało takie samo, z jakiejkolwiek wysokości widziane, w jakiejkolwiek mierze rozciągnięte były fale jego kakomorfii — pusów, stadionów czy setek stadionów. Ta sama, nieodróżnialna, bezimienna aforma.

Z nawiedzonego na krótko aetheru spadli potem na powrót w sfery pyru i aeru, i znowu pyru, jak się wydawało Aurelii, gdy wirująca „Podgwiezdna”, ze złożonymi skrzydłami i wyciągniętymi w przód skorpionowymi szczypcami, mknęła ponad nieskończonością białego piasku, ponad północną Sadarą, najstarszą w niej pustynią, całą aż rozdygotaną od wydalanego żaru. Aurelia czekała końca tej monotonii symetrycznych diun i cieni ich zboczy — cieni coraz dłuższych, w miarę jak Słońce opadało do poziomu lewego ramienia skorpiona. Purpurowe promienie prześwietlały rozpędzony aether.