Выбрать главу

— To chyba dobrze?

— Szulima była przekonana, że to ojciec przysłał tu Zajdara. A on nie zaprzeczył. O co innego się pokłócili.

— Pokłócili się?

— Oni tak zawsze…

— Co mówił strategos?

— Och, teraz ty mnie wypytujesz.

— Proszę.

Alitea wzięła głębszy oddech; przechyliwszy głowę, spojrzała na Księżycankę ponad wachlarzem.

— „Plan Pani nie jest moim planem”.

— Tak powiedział?

— „Cele Pani są moimi celami, ale plan Pani nie jest moim planem”.

— I co na to Lakatoia?

— Tu zaczęli się kłócić. Szulima powtarzała, że on musi mieć kraj, z którego mógłby wyprowadzić ofensywę, musi mieć bezpieczną bazę i punkt wyjścia zarówno do ataku na Skoliodoi, jak i na Czarnoksiężnika. A jeśli Nabuchodonozor nie otworzy dla strategosa Aegiptu, to co strategosowi pozostanie? I tak dalej. Że przecież Złoty sam z siebie nienawidzi Wdowca; że nie chodzi o to, żeby bić się po kolei z Macedonią Czarnobrodego i Babilonem, ale żeby je oddzielić i może nawet obrócić przeciwko Uralowi; że Nabuchodonozora trzeba tylko mocniej przycisnąć, przestraszyć, a zgodzi się. Cała tyrada. Zatrzymałam się pod drzwiami, nie weszłam, nie chciałam się z nim witać w trakcie tej awantury.

— Ale co jej odpowiedział?

— Że on tak czy owak będzie miał ten kraj. Szulima tylko szydziła: „Huratię? Macedonię? Rzym może?” A strategos: „Stworzę nowy”. I trzasnął drzwiami. Całe szczęście, że nie wyszedł na mnie.

Aurelia otworzyła usta, obejrzała się na żywe posągi — i zamknęła je z powrotem. Chwyciwszy Aliteę za ramię, pociągnęła ją w najdalszy róg trzeciego tarasu, dokąd nie sięgał blask pochodni i lampionów ani poświata bijąca z okien pałacu. Tu perystyl schodził pod płytką wodę, śnieżnobiałe płytki mozaiki jaśniały pod falami jeziora, w płyciźnie przechadzały się dostojnie krzywodziobe ibisy. Esthle Latek była w koturnowych sandałach, lecz Aurelia — boso. Brodziła w zimnym hydorze.

— Posłuchaj — szepnęła, obracając się plecami do pałacu i karium, świateł, głosów i muzyki. — Możesz mnie nazwać naiwną, ale nie mówiłabym ci tego, gdybyś nie była tym, kim sądzę, że jesteś.

— Co znowu

— Ciii. Posłuchaj. Oni się zawsze pytają: czy zamierza wrócić? czy zamierza się zemścić? czy to jest jej dzień? czy temu służy wojna strategosa Berbeleka? A ja mówię że nie, że nie opuści na dłużej Księżyca, zresztą nie może co by się stało z nami wszystkimi, z ludźmi i zwierzętami, imopatrami i miastami, spadłyby przecież na Ziemię, Więc nie. I to jest prawda. Ale teraz widzę, że miała inny plan. Chyba wiem, o czym mówił strategos. Posłuchaj. To był jej kraj. Tu biło jej serce, od Złotych Królestw do Kaftoru; do Aegiptu tęskni najmocniej. Gdyby jej córka zginęła tu w niewoli Nabuchodonozora… I Nabuchodonozor byłby przekonany, że Illea poświęci wszystko, by się na nim za to zemścić… Pomyśl. Tak oto, szybko i bez walki zdobyłaby Aegipt dla swej morfy; tak otworzyłaby go dla strategosa. I dalej. Kto zasiadłby na tronie Hypatii? W Pani imieniu, w Pani morfie, gdy nie ma już Lakatoi. Pomyśl, esthle. Jedyna córka Strategosa Labiryntu, pogromcy Czarnoksiężnika, a zarazem małżonka Namiestnika Górnego Aegiptu, węzeł Teb i Alexandrii. Lakatoia wybrała cię i wymorfowała na swój obraz i podobieństwo, na jej obraz i podobieństwo. To było twoje dziedzictwo — gdyby zginęła. Teraz musi wszystko zmienić, plan się zmienił, strategos zmienia plan.

Alitea przytknęła w zamyśleniu złożony wachlarz do lewego nozdrza. Jeszcze przed chwilą unosiła brwi i kręciła głową; teraz patrzyła na Księżycankę ze spokojem i być może nawet lekkim rozbawieniem.

— A adynatosi? Sojusz przeciwko kakomorfii.

— Oczywiście, esthle, to jest cel główny.

— Nie liczy, że strategos przeżyje.

— Nie. Jeśli istotnie poprowadzi w aetherze atak na ich kratistosa… Nie. Pozostaniesz ty.

— Abel zginął w Skoliodoi.

— To od początku musiała być kobieta, morfa kobiety.

— Mogłam zginąć ja.

— Nie wiem. Mogłaś?

— Dlaczego nie jakąś Księżycankę, na pewno ma inne dzieci, dlaczego nie kogoś z Labiryntu, kogo zna?

— Aepicjanie, Ziemianie mają zaakceptować zwierzchność. Tak się domyślam; sama rozważ. Ktoś spośród nich, związany z ich krwią — ale tak naprawdę morfa Pani. Inne ciało i imię tego samego bóstwa.

— Urodziłabym Dawidowi córki. Tak.

— Początek Dynastii Kollotropyjskiej. Po upadku Imperium Uralskiego… Na wschód, na południe, do Żółwiej Rzeki i poza nią, wszystkie Złote Królestwa, i na północ, powrót do Kaftoru, pusty tron w Knossos…

— Widzisz to.

— Widzę. — Alitea potrząśnięciem głowy odrzuciła na plecy zaplecione w drobne warkoczyki włosy, wyprostowała się, spojrzała hyppyresowi prosto w oczy. Dotknęła wachlarzem piersi Aurelii. — Komu służysz? Do kogo należysz? Dlaczego mi to zdradzasz?

Aurelia pochyliła głowę.

— Właśnie dlatego. Jestem ryterem Pani, jej winnam pierwszą lojalność.

— A zatem?

— Pod jakimkolwiek imieniem i w jakimkolwiek ciele by się objawiała.

Aurelia uklękła przed esthle Latek, kaftorska suknia momentalnie nabiegła zimną wodą Mareotu. Aurelia przycisnęła twarz do białego lnu spódnicy esthle.

— Despoina.

Alitea złapała ją szybko za ramiona, poderwała.

— Wstań! Bo cię zobaczą! Nie jestem nią.

— Spójrz na Lakatoię. Także przecież nią nie jest. — Zamilcz już. Muszę pomyśleć.

Aurelia energicznie otrzepała suknię z wody, z tkaniny Podniosły się z sykiem strużki pary. Obejrzała się w górę perystylu. Esthlos Berbelek wydał ucztę — z teatrem, muzyką i tańcami — dla elity aristokracji Alexandrii; prawie wszyscy przyjęli jego zaproszenie. Alexandryjskie gazety pisały o „finansowanej z prywatnych źródeł armii Hieronima Berbeleka” i o „historycznym zwycięstwie Pioruna Vistulii w Kolenicy”. Ilość fantastycznych plotek na temat zamiarów Berbeleka, jakie Aurelia dotąd usłyszała od gości (a nie minęła jeszcze północ), przekraczała wszelką miarę; plotkarze przeczyli sami sobie w kolejnych rozmowach, rosła piramida absurdu.

Być może to właśnie Forma tego wieczoru sprowokowała Aurelię do wyznania córce strategosa własnych przypuszczeń; a może owa Forma nagłej serdeczności i familiarności, gdy razem śmiały się i szukały pierśczyka. Rzeczy najmniejsze przesądzają o rzeczach największych. Im dłużej esthle Latek milczała w zamyśleniu, tym bardziej była Aurelia pewna swego osądu. Ten ruch nadgarstka. Ten ton głosu. Uniesienie głowy, lekki uśmiech, spojrzenie szeroko otwartych oczu, te oczy, tak samo zielone. I morfa jej bezruchu. Jak wczoraj, gdy Panna Wieczorna spojrzała na Aurelię. „Opowiedz mi” — dwa słowa, tyle rzekła. Aurelia mówiła przez godzinę.

— Chodź.

— Esthle.

— Opowiedz mi dokładnie. Nabuchodonozor, Szulima, strategos, warunki. Nie, czego się domyślasz, ale co słyszałaś.

Wróciły do sali tańców. Aurelia starała się nie podnosić głosu ponad szept; odruchowo też cofnęła się, pozostając pół kroku za esthle Latek. Tak przesuwały się między gośćmi, między służącymi, doulosami, muzykami i tańczącymi, o tej porze wszyscy się już mieszali, zaplanowany przez gospodarza porządek przyjęcia poddawał się pod naciskiem chwilowych presji towarzyskich. Czwarty raz grano jamedię, bo o nią wołano najgłośniej. Jamedia stanowiła kompromis między klasycznymi koreiami, wykonywanymi przez najmowanych specjalistów, a „rytmiką pospólstwa”, pochodzącą morf północnych. Tańczyło ponad dwadzieścia par. Z sali kolumnowej, zza wodnych zwierciadeł, dochodziły co chwila wybuchy śmiechu: tam występowała trupa komediantów z Krokodylopolis, dająca przedstawienie wyśmiewające się wulgarnie z Hypatii i aegipskich aristokratów — aristokraci śmieli się najgłośniej. Paliły się wysokim płomieniem wszystkie lampy pyrokijne, pod zwierciadłami zawieszono dodatkowe lampiony: światło przepalało kolorowe szaty, wkłuwało się pod skórę gości, cienie nie istniały, światła było aż za dużo, wylewało się na zewnątrz burzowymi falami, na perystyl i na jezioro, wraz z głośną muzyką. Kiedy bawią się aristokraci, wie o tym pół Alexandrii.