Nareszcie esthle Latek wyrwała się z zamyślenia i przypomniała sobie o Aurelii. Odłożyła kostkę, skinęła na rytera.
— Chyba rzeczywiście mówiłaś prawdę.
— Ostrzegałam cię, despoina: ja powtórzę wszystko strategosowi.
— Och, ależ powtórz, powtórz. Czyż nie podałam mu właśnie na tacy Aegiptu i Babilonu? Nie poskąpi mi przecież tej drobnej nagrody!
Puściła do Aurelii oko i wstała, przeciągając się kocio. Aurelia również się podniosła.
— Muszę zajrzeć do rekonwalescenta — mruknęła esthle, spoglądając w roztargnieniu na kakomorficzne ptaszysko w nadsufitowym ornitorium. — Nagle zrobiła się z tego polityczna kwestia, czas ustalić datę ślubu.
Zawahała się jednak w pół kroku i obróciwszy się na pięcie, zawróciła do Aurelii. Trzymając się z dala od rozpędzonego aetheru okalającego jej prawicę, objęła Księżycankę i pocałowała ją w lewy policzek.
— Dziękuję.
— Ja naprawdę nie powinnam —
— Nie znajdujesz się na Księżycu. Zdejm to i idź potańczyć. Zobaczysz, ilu znajdziesz chętnych partnerów. Jesteś ryterem Pani — ale czy nie przyszło ci do głowy, że siła to także piękno?
Υ
O naturze ludzkiej i kwiatach Hyakinthosa
Na chwilę przed tym, jak królewski diadem spoczął na skroniach Mariusza Seleukidyty, z tłumu pod stopniami zigguratu wyrwał się mężczyzna w czarnym dżulbabie Pielgrzyma do Kamienia i wyminąwszy w pędzie horrornych oraz gwardię pergamońską, pchnął sztyletem w pierś intronizowanego Seleukidyty. Ostrze przeszło przez płaszcz i tunikę, by, wyszczerbione, odskoczyć ze zgrzytem od torsu aristokraty iganazi. Mariusz ryknął piachem i żwirem, na moment zniknął cały za pustynną kurzawą. Gdy opadła, odarty ze skóry i mięśni szkielet zamachowca staczał się już po kamiennych schodach. Tłum zamilkł.
Oto na oczach Aurelii ostateczny tryumf wymykał się z dłoni strategosa Berbeleka; zwycięstwo, od którego zależało wszystko, obracało się w klęskę.
Na niebie na zachodzie, od strony Alexandretty i odległego od Amidy o ponad 2000 stadionów Morza Śródziemnego, piętrzył się front czarnych chmur. Król Burz obiecał był Strategosowi Księżyca sztorm stulecia, uniemożliwiający żeglugę na co najmniej miesiąc, by żadne okręty z wojskami Uralu i Macedonii nie mogły dotrzeć na czas do oblężonego Pergamonu — i sztormowe wichry huczały także nad Amidą, szarpiąc wielkimi sztandarami z Czwórmieczem, którymi obwieszono gęsto Ziggurat Etemenankejski i otoczono rozciągający się pod nim wielki Plac Attalidów. Teraz, gdy wszyscy wstrzymali oddechy, jak w ciszy oka cyklonu słychać było wyraźnie każdy łopot i trzask rozfurkotanych płacht materiału, trzeszczenie drzewc, świst wiatru między budynkami.
Sekunda, dwie… Ten bezruch zaraz eksploduje, zaraz zatrzęsie się Amida od ryku rozwścieczonych — oszukanych, zawiedzionych, przerażonych, zdjętych obrzydzeniem — Pergamończyków; zamiast pójść za swym panem, pójdą przeciw niemu, ruszy tu wzwyż schodów zigguratu fala gniewnego tłumu. Nie potwora, nie daimona, nie strach pustynny, przed którym drżą dzieci, nie jego mieli ujrzeć w świętym diademie. Wolność spod babilońskiej niewoli miał im przecież przynieść szlachetny i potężny victor, piękny aristokrata wysokiej morfy — i Mariusz był nim, aż do momentu, gdy objawiła się jego gesomatyczna natura. Aurelia, horrorni, gwardia, świta królewska zebrana na szczycie zigguratu, wokół i za plecami koronującego się Mariusza — niemal fizycznie czuli, jak na dookolnym kerosie przełamuje się Forma narodu, poruszony głaz chwieje się i zaraz runie w przepaść, już słychać echo grzmotu przyszłej lawiny; ciarki przechodziły po skórze i krew dudniła w uszach.
— Hołd!
Drgnęli i na ostry okrzyk strategosa odwrócili wzrok od tłumu na dole. Hieronim Berbelek nie czekał na nich: podszedł i uklęknął przed Seleukidytą, obejmując go za kolana i przyciskając czoło do kamienia. Aurelia zrozumiała pierwsza. Przesunęła się w bok, przed Mariusza, i także uklękła.; okółkolanniki wgryzły się z rozdzierającym wizgiem w granitową płytę, odłamki poleciały na wszystkie strony. Nie podnosząc głowy, hyppyres widziała innych klękających: dwóch leonidasów, siedmiu tysięczników Horroru, potem jak jeden mąż padli przed Mariuszem gwardziści, fala przyśpieszała — mgnienie oka i klęczeli tu wszyscy.
Usłyszała pośpieszny szept strategosa; znowu nie rozumiała słów. Szeptał do iganazi.
Mariusz nałożył sobie diadem na głowę.
Przez plac szedł szum wielkiego poruszenia, jeszcze nie słowa, lecz poszum ruchu gigantycznej masy ludzkiej — tam zebrało się przecież co najmniej pięćdziesiąt tysięcy amidańczyków. Aurelia nie wiedziała, co ten dźwięk oznacza, ku jakiej morfie przechylił się tłum, i nie miała możliwości tego sprawdzić, podobnie jak żaden z klęczących przed Mariuszem Seleukidytą. Musieliby wstać, obejrzeć się za siebie; a tego właśnie nie wolno im było uczynić. Nie wiedział także strategos Berbelek.
Nie podnosząc się, uniósł wzwyż dłoń zaciśniętą w pięść.
— Król Skała! — krzyknął z całych sił. — Król Petra!
Aurelia powtórzyła za nim, spuszczając po wyprostowanym ramieniu flarę czystego Ognia. Ile aeru i pyru w płucach:
— Król Skała! Król Skała!
Horrorni i gwardziści posłusznie podjęli okrzyk.
Liczyła skandowane słowa. Szum tłumu za ich plecami podnosił się niczym fala przypływu, wyżej, wyżej i wyżej, aż sięgnął szczytu zigguratu i objął ich swą Formą — i nagle już nie musieli, lecz chcieli, szczerze pragnęli wykrzyczeć radośnie w rytmie z tysiącami gardeł tryumf odrodzonego narodu.
Taka bowiem była oczywistość:
— Skała! Skała! Skała! Skała! Skała!
„Pergamon” znaczy „Twierdza”. Bodaj żadne miasto byłego Imperium Alexandryjskiego nie było oblegane tak często i tak zaciekle, żadnego tyle razy nie burzono i nie odbudowywano, i żadne w efekcie nie zostało tak potężnie ufortyfikowane. Kto je zdobył, ten przecie sam wiedział już najlepiej, jakich zmian i wzmocnień wymaga ono dla skutecznej obrony. Pół wieku temu, gdy Pergamon z kolei przeszedł w ręce Czarnoksiężnika, wzniesiono większość obecnej jego zabudowy, łącznie z podwójnym murem miejskim i gigantycznymi wieżami mostowymi na Kaikussie.
Naga równina otaczająca miasto i strome wzgórze, wokół którego je rozbudowano, stanowiła widownię tylu bitew, tylu aresów i strategosów odciskało tu swe aury, że jej keros chyba już na stałe zachował pamięć śmiercionośnych form. Nikt na Równinie Krwi nie mieszkał, nikt tu nie hodował bydła i nie uprawiał zbóż. Ludzie umierali młodo, zapadając na wszelkie możliwe i niemożliwe choroby, nawet przygodni wędrowcy łamali sobie nogi i ręce na prostej drodze, rozbijali czaszki, potknąwszy się o rzemień własnych sandałów, zwierzęta atakowały wściekle wszystko, co się rusza, a rośliny wschodziły kolczaste i trujące, jeśli w ogóle.